środa, 28 grudnia 2011

Od takich mężczyzn zachowaj nas, Panie


Thomas Hardy, Tessa d’Urberville: Historia kobiety czystej
Hardy T., „Tess of the d’Urbervilles. A Pure Woman”, The Reader’s Digest Association Limited, London 1991
s: 379

Nie wyobrażam sobie oczekiwania na Święta Bożego Narodzenia bez dobrej klasyki w ręce. Ten niezwykły czas rozświetlony tysiącem migoczących lampek i pachnący korzennymi przyprawami sprzyja podróżom w przeszłość. Szkoda, że w tym roku trzeba było obejść się bez śniegu lśniącego diamentowym lukrem w świetle księżyca. Na co dzień nie znoszę tej szaroburej mazi, ale Boże Narodzenie to jedyny moment, kiedy naprawdę pożądam śniegu. Niestety Natura lubi płatać nam figle…

Natura, Fatum i Zbieg Okoliczności to siły, które rządzą również życiem Tessy, biednej dziewczyny z dziewiętnastowiecznej angielskiej prowincji, która miała nieszczęście być nieco inteligentniejsza od reszty swojej rodziny. Skutkiem ubocznym tej inteligencji było rozrastające się w niej jak trujący bluszcz poczucie winy, które w konsekwencji sprowadziło na nią całą lawinę nieszczęść. Tessa obwiniała się o niedolę, która spadła na jej rodzinę, udała się więc do rzekomych krewnych z prośbą o pomoc. Tam na swoją zgubę natknęła się na kuzyna Aleca, który zdawał się nie rozumieć słowa „nie”. Po krótkim „rodzinnym” zapoznaniu Tessa wróciła do domu i znowu spędzała dnie, winiąc się za wstyd, który sprowadziła na rodzinę. Ostatecznie postanowiła opuścić rodzinne strony, by zgubić ciągnący się za nią cień hańby, a tym samym uwolnić od niego najbliższych. Udało jej się na chwilę zapomnieć, zakochać i być szczęśliwą, ale widmo przeszłości znów zawisło nad nią jak gradowa chmura. Przypomniała sobie o winie i doszła do wniosku, że jest niegodną Angela, mężczyzny, którego pokochała, bo ukrywa brudny sekret. Poczucie winy znowu ją dopadło i odebrało jedyne radosne chwile.

Tessa nie ma szczęścia w życiu, ale tak naprawdę nawet nie próbuje o nie walczyć. Przyjmuje swój los takim, jaki jest, ze zwieszoną głową, bez słowa protestu. Najgorsze jest jednak to, że jej niedola nie jest skutkiem jej złych wyborów czy pochopnych decyzji. Kowalami jej losu są inni: głupsi, bardziej cwani i zepsuci. A ona jak ta kukiełka daje się im sterować obezwładniona przez dławiące poczucie winy. Dziwne, ale Tessa nie denerwowała mnie swoją bezsilnością. Wzbudziła we mnie podziw swoją konsekwencją i dumą, które czyniły ją tak wyjątkową na tle pospolitych dziewcząt. Dziwiłam się również, że Hardy tak jednoznacznie opowiedział się po stronie skrzywdzonej kobiety, nazywając ją Czystą, a tym samym narażając się na krytykę wiktoriańskiego społeczeństwa. Tessa była ofiarą czasów, w których przyszło jej żyć, niewinna grzechów, którymi ją obarczono i którymi sama się obarczała. Nie miała szczęścia również do mężczyzn, którzy wywarli największy wpływ na jej życie: ojciec – głupi, wiecznie pijany, niepotrafiący zatroszczyć się o własną rodzinę, zaślepiony przekonaniem o arystokratycznych korzeniach, Alec – cwany, bez zasad moralnych, gardzący ludźmi i Angel – najgorszy ze wszystkich, który dał Tessie nadzieję na szczęście, by w chwilę potem strącić ją w najgłębszą otchłań rozpaczy, dwulicowy, okrutny, egocentryczny, żyjący iluzją i oderwany od rzeczywistości. Oj, nie miała ci nasza Tessa szczęścia do prawdziwych mężczyzn…

Powieść zauroczyła mnie po części dzięki głównej bohaterce spoglądającej na mnie żałośnie kocimi oczami Nastassji Kinski (Tess, 1979 r., reż. R.Polański), a po części dzięki przyjemności, której doświadczyłam, wędrując razem z nieszczęsną Tessą po angielskiej prowincji, ciesząc duszę opisami przyrody i codziennych czynności, których Hardy nie poszczędził. I chociaż to one były kiedyś wstydliwym powodem nieukończenia lektury Nad Niemnem, w Tessie grają wyjątkową rolę, czyta się je lekko i bez znużenia. Nie można oprzeć się wrażeniu, że przyroda to kolejny bohater powieści, który razem z Tessą przeżywa jej dramaty.

A więc jeśli chcecie się przekonać czy mężczyźnie udało się zrozumieć kobietę i odnaleźć to miejsce, gdzie kumuluje się cały ból świata, sięgnijcie po Tessę. Powieść może i straciła już nieco na aktualności, ale zdziwicie się odkrywając, że niektóre uprzedzenia i poglądy nigdy się nie zmienią, a pewne konflikty wciąż pozostaną aktualne. A to wszystko przez Ewę, która dawno, dawno temu skusiła Adama.


Moja ocena: 5/6

środa, 14 grudnia 2011

Luźne przemyślenia o miłości

Śpiący
Sylvia Plath


Żadna mapa nie zaznacza tej ulicy,
Gdzie śni tych dwoje śpiących.
Zgubiliśmy jej ślad.
A oni spoczywają pod wodą
W błękitnym niezmiennym świetle
Przy otwartych oszklonych drzwiach
Przysłoniętych żółtą koronką.
Przez wąską szczelinę
Wnika zapach wilgotnej ziemi.
Ślimak pozostawia srebrny ślad;
Ciemne zarośla okalają dom,
A my oglądamy się wstecz.

Pośród płatków bladych jak śmierć
I liści o wyraźnym kształcie
Oni śpią, tuląc usta do ust.
Biała mgiełka unosi się w górę,
Małe zielone nozdrza oddychają,
Śpiący przewracają się we śnie.
Wyrzuceni z ciepłych łóżek
Jesteśmy snem, który oni śnią.
Są poza zasięgiem wszelkich krzywd,
A my zrzucając skórę zsuwamy się
W inny czas.


przeł. Teresa Truszkowska
[obraz Ivana Koulakova]


Ostatnio dużo myślę o miłości. Dużo za dużo. Przypominam sobie, jak zmieniało się jej wyobrażenie w mojej głowie począwszy od przegryzienia na pół gumy balonówki i oberwania w tornister śnieżką, poprzez przedrzeźnianie się na szkolnym korytarzu, pierwszy taniec na dyskotece, pierwsze złapanie się za ręce, pierwszy pocałunek, a skończywszy na… małżeństwie. Małżeństwo to koniec poszukiwania miłości. Bo ją znaleźliśmy. Bo jest dobrze. Bo jesteśmy gotowi zakotwiczyć naszą łódź, a poszukiwania bywają męczące. Niestety życie niekiedy odważa się weryfikować nasze wybory, ale z reguły nikt nie bierze ślubu, by się odkochać. Decydujemy się na małżeństwo, by kochać i być kochanym, a przyczyną rozwodów jest pośpiech i błędne wyobrażenie o miłości dojrzałej.

Jaka jest zatem miłość dojrzała? Co pozostaje, gdy ogień już nieco przygaśnie, gdy zamiast pocałunkami zasypujemy się wyrzutami, gdy piętrzące się rachunki przysłaniają wizję wspólnych wakacji, gdy praca wydziera nam kolejne chwile tylko we dwoje, gdy łatwiej zwalić winę na drugą osobą niż poszukać rozwiązania? Pozostaje miłość i to w tej swojej prawdziwszej odsłonie. Nie zatrzymamy czasu, nie unikniemy konfliktów, nie zmienimy drugiej osoby, możemy ewentualnie zmienić siebie (tylko po co zmieniać coś, co jest doskonałe?:), ale jeśli jesteśmy w stanie to wszystko zaakceptować, to jest miłość. Jeśli chcemy obudzić się obok tej samej osoby jutro, za miesiąc, za trzydzieści lat, chociaż dziś doprowadza nas do szału, to jest miłość.

Wiersz Sylvii Plath dyskretnie wpisuje się w moje rozmyślania. Bo miłość zawsze wiąże się z tęsknotą za czymś, czego nie mamy. Gdy trawi nas ogień, chłodzimy się myślą o stabilizacji, gdy przygniata nas codzienność, chcemy spłonąć. Chyba wystarczy zrozumieć, że miłość się zmienia, ewoluuje i codziennie jest inna. Nie trzeba walczyć z naturą.

Piękny wiersz.

czwartek, 1 grudnia 2011

A co na to Wyspiański?


Wesele, 2004
reż. Wojciech Smarzowski

Nie miałam zamiaru pisać o tym filmie. Rzucił mną o ścianę, więc chciałam szybko zapomnieć o siniakach. Niestety minęło pół roku, a ja wciąż nie podniosłam swojej szczęki z podłogi. Leży tam razem z moim poczuciem tożsamości narodowej. Smarzowski daje po pysku, ale jeśli czujesz się Polakiem, musisz przyjąć cios z godnością.

Polskie wesela to kondensacja tradycji, folkloru, pijaństwa i złotej zasady „zastaw się, a postaw się”. I to jak Polska długa i szeroka, bo wesele miejskie od wiejskiego różni się prawdopodobnie wyłącznie stopniem natężenia poszczególnych składników. Smarzowski zabiera nas na wieś, gdzie jesteśmy świadkami hucznego weseliska córki lokalnego bogacza, Wojnara (świetny Marian Dziędziel). Od początku do sielskiego obrazka nie pasuje nam kwaśna mina panny młodej i nerwowe uśmiechy jej ojca. Coś nam podpowiada, że nie będzie to romantyczna historia jakich wiele. Nie rozczarowujemy się: młoda jest w ciąży, kroczy do ołtarza pod przymusem, a inicjatorem ślubu jest ojciec, który urządził całą tę mistyfikację, by nie stać się we wsi pośmiewiskiem. Oczywiście wielu osobom musiał dać w łapę, by przedstawienie zaistniało. Niestety kolejka chętnych do uszczknięcia z majątku Wojnara z minuty na minutę się wydłuża. On sam powoli gubi się w swoich intrygach, jedno kłamstwo smaruje następnym, a za zaoszczędzony tysiąc przychodzi mu zapłacić dziesięć kolejnych. W końcu wciąga go bagno konsekwencji, z którego nie ma już wyjścia. A więc upadek totalny na oczach całej wsi. O, ironio...

Moglibyśmy powiedzieć, że to mocno przerysowany obrazek polskiego społeczeństwa, które przelewa wódkę hektolitrami, kręci, mataczy, zdradza i sprzedaje się. Ja nawet chciałabym tak myśleć. Albo choćby nie utożsamiać się z tym brudem i zakłamaniem, bo przecież gdzież mi do tych prostaków ze wsi. Ale nie mogę. Podczas filmu zdarzyło mi się nawet kilka razy zaśmiać, bo te obrazki z polskiej wsi naprawdę zakrawają na komedię. Teraz pozostał mi już tylko posmak goryczy i smutna refleksja, że ten taniec chocholi u Wyspiańskiego wcale nie był taki najgorszy. Bo nie niemoc okazuje się naszą najgorszą wadą narodową, ale upodlenie.

Wcale nie zgadzam się ze Smarzowskim do ostatniej klatki. Niemożliwe, byśmy byli tacy nieludzcy albo właśnie tak bardzo ludzcy. Zresztą i on daje nam na końcu złudzenie nadziei, którą widzi w ucieczce. Tylko czy możemy uciec od swojej tożsamości? Wciąż czuję się zbrukana, ale niech Smarzowski nigdy nie zdejmuje swoich czarnych okularów. Według mnie to najlepszy polski reżyser.

Moja ocena: 6/6

Przeczytaj: Smarzowski "Dom zły"

czwartek, 17 listopada 2011

Moralność pana Zafona


Carlos Ruiz Zafon, Światła września
Zafon C. R., „Światła września”, Muza SA, Warszawa 2011
tłum.: Katarzyna Okrasko i Carlos Marrodan Casas
s: 255

No i się przejadłam. Tupię nóżką i oświadczam, że nie chcę już być karmiona powieściami zastępczymi napisanymi dawno temu i to nie dla mojej grupy wiekowej. Oczekuję pełnowartościowej powieści dla dorosłych bez powielonych i uproszczonych schematów moralnych, nieskomplikowanych emocji i ucieleśnionego zła. Może zaskoczę wszystkich tych, którzy przygodę z Zafonem zaczęli od tej właśnie książki i spodobał im się świat, do którego wkroczyli. Ja przeczytałam wszystkie i na tę się obrażam.

Tym razem Zafon przedstawia nam losy pewnej wdowy i jej dwójki dzieci, która otrzymuję niezwykłą ofertę pracy w rezydencji ekscentrycznego wynalazcy zabawek. Opuszczają Paryż i osiedlają się w nadmorskiej miejscowości, gdzie przeżyją największy koszmar swojego życia. Autor po raz kolejny ucieka się do sprawdzonych schematów i motywów wykorzystanych wcześniej w Księciu Mgły i Pałacu Północy: młodzieńcza, ale dojrzała i gotowa na poświęcenie miłość, widmo przeszłości, konsekwencje wcześniej podjętych decyzji, ucieleśnione zło, które przychodzi po swoją zapłatę. Poza tym pełzające po ścianach cienie, ścigające demony czy ożywione marionetki – to też już wszystko było. Można oczywiście założyć, że powtarzalność pewnych pomysłów to celowy zabieg autora, który swoje trzy powieści dla młodzieży uwił wokół jednego motywu – faustowskiego zaprzedania duszy diabłu, który ostatecznie przychodzi po to, co mu się należy w ramach układu. Zafon próbuje uczyć, że w życiu nie ma nic za darmo i wcześniej czy później przyjdzie nam zapłacić, jeśli wybierzemy łatwiejszą ścieżką.

Dobrze, że książki dla młodzieży nie tylko bawią, ale przemycają – czy też raczej podają na tacy – pewną naukę. Nie tylko zresztą jedną. W powieści znalazłam kilka sloganów typu: szkoda czasu na jakiekolwiek próby zmieniania świata, wystarczy uważać, by świat nie zmienił ciebie [s.39]. Ja, duża dziewczynka, znudziłam się jednak i czekam na większe wyzwanie, które rozpali moje szare komórki do czerwoności. Tym razem, o dziwo, zgrzytało mi również w tekście i zdarzało mi się potykać o słowa, które rejestrem nie pasowały do reszty. Pozostał niesmak. Ale wciąż wierzę, że Zafon powróci w wielkim stylu. Czekam cierpliwie.

Moja ocena: 3/6

Czytaj tego autora: "Książę Mgły""Marina", "Pałac Północy"

czwartek, 10 listopada 2011

Tam, gdzie książki zabijają


Walter Moers, Miasto Śniących Książek
Moers W., „Miasto Śniących Książek”, Wyd. Dolnośląskie, Wrocław 2006
tłum. Katarzyna Bena
s: 456
Czytanie jest inteligentną metodą oszczędzenia sobie samodzielnego myślenia. [s. 268]
Są takie książki, które powstały z myślą o nałogowych czytelnikach. Mamią tym, co książkomaniacy pożądają najbardziej, czyli... książkami. W Mieście Śniących Książek wręcz nie można się od nich opędzić: atakują z góry, z dołu, próbują ugryźć lub się łaszą, mogą zabić bądź krwawić tuszem drukarskim. Od wyboru do koloru.

Gdy młodziutki, zaledwie siedemdziesięcioletni smok Hildegunst Rzeźbiarz Mitów wyrusza na poszukiwanie genialnego autora rękopisu otrzymanego w spadku od wuja, trafia do mekki wszystkich pisarzy i czytelników, Księgogrodu. Tutaj książki się czyta, pisze, zdobywa i sprzedaje. Na każdej ulicy roi się od antykwariatów, które są najbardziej opłacalnym biznesem w mieście (!). Całe życie miasta kręci się wokół literatury, więc książki rozchodzą się jak ciepłe bułeczki, a te najbardziej pożądane są na wagę złota. Jednak tylko z pozoru jest to raj dla wszystkich poetów i moli książkowych. Niestety Księgogrodem rządzą podobne naszym prawa ekonomii, gdzie tylko najpoczytniejsi twórcy mają szansę na godne życie, a zdobycie prawdziwej perełki literatury może kosztować majątek. Poza tym w mieście rządzi zło…

Jestem pełna podziwu dla Moersa, który z takim rozmachem stworzył świat przepełniony przedziwnymi stworami (smokami, przeraźnicami, pająxxxxami, buchlingami i robakinami) zamieszkującymi Ksiegogród i miejskie katakumby. Gdy Hildegunst zostaje podstępem otruty i zesłany do podziemnego labiryntu, przeżywa tak niesamowite przygody, z których na szczęście zawsze wychodzi cało, że aż włos się jeży na skórze. Na jego drodze stają przeróżne potwory, które próbują go zjeść lub po prostu skrócić jego żywot. Na szczęście w podziemiach spotyka również pozytywne postacie. Mnie najbardziej rozczuliła starożytna cywilizacja buchlingów, jednookich potworków, które książki wykorzystywały w naprawdę przedziwny sposób (nie zdradzę jaki, żeby nie psuć zabawy).

Kto otruł dzielnego smoka? Czy uda mu się odnaleźć autora rękopisu? Czy zło na dobre wyprowadzi się z Księgogrodu? Jeśli jesteście ciekawi, poszukajcie odpowiedzi sami.

Trudno pisze mi się o tej książce. Fantasy to nie jest gatunek, który mnie porywa, a nie mogę tej powieści zaliczyć również do baśni dla dzieci – zbyt wiele w niej przemocy. Księgogród wydał mi się miejscem mało magicznym, bo rządzi w nim pieniądz, jak wszędzie indziej, a Hildegunst bywał czasami naprawdę irytujący. Ale nie mogę się oprzeć ogólnemu urokowi tej książki, skądinąd pięknie wydanej, z mistrzowskimi ilustracjami autora, ociekającej aluzjami literackimi i tak na swój sposób szalonej, że jak zaklęta przewracałam kartkę za kartką. Pozostaje mi zazdrościć autorowi tak rozbuchanej wyobraźni, a tłumaczce niepodważalnego talentu. Chyba pierwszy raz doceniłam całokształt, chociaż szczegóły nie tak bardzo przypadły mi do gustu.

Na koniec przesłanie, które wyłuskałam dla siebie:
Aby zarobić pieniądze, dużo pieniędzy, nie potrzebujemy wcale wspaniałej, nieskazitelnej literatury. To, czego potrzebujemy to miernota. Tandeta, szmelc, towar masowy. Więcej i coraz więcej. Potrzebujemy coraz grubszych, nic nieprzekazujących książek. Liczy się tylko sprzedany papier. A nie słowa, które się na nim znajdują. [s.352]
Czyżby w naszym świecie również mieszkało zło? ;)

Moja ocena: 5/6

piątek, 4 listopada 2011

Poezja jak telenowela


Stara kobieta
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska


Zmęczona, ledwie idzie,
na kiju się opiera,
przejechana przez życie
jak przez złego szofera.
Oblicze jej pocięte
jak gdyby ostrym mieczem,
wśród naszych młodych twarzy
zawiewa średniowieczem.
jest złamana, pogięta,
pocięta, poorana,
i tylko jej kobiecość
to zagojona rana.



[rys. Rembrandt, 1655]


Poezja jest jak lekarstwo. Leczę się nią, gdy wszystko inne zawodzi. Miło jest poczuć, że inni też cierpią, że są niekochani albo kochają zbyt mocno, że nie wiedzą, w którą pójść stronę, że boją się samotności. To najlepsza terapia, bo łechcząca mój egoizm, a do tego ubrana w piękne słowa. Odrobinę zaróżawia świat, gdy mam na nosie czarne okulary. Podobno na niektórych tak działają telenowele. Z natury jesteśmy gatunkiem ciekawskim, lubimy podglądać, jak inni zmagają się z życiem i wiedzieć, że wcale nie mamy najgorzej. Ja pocieszenia szukam w poezji, a moim Mistrzem jest Pawlikowska-Jasnorzewska. Tomik poezji, który regularnie wertuję, otrzymałam w prezencie trzynaście lat temu! Wtedy czytałam o wielkiej miłości, która wciąż była przede mną, jak cała przyszłość pulsująca niecierpliwym oczekiwaniem. Teraz wertuję końcowe stroniczki i coraz częściej odnajduje tam siebie, chociaż wciąż mam jeszcze odwagę puszczać do siebie oczko, że niby ja nie taka stara. A jednak. Zestarzałam się z Pawlikowską i ze swoim tomikiem… Na szczęście bądź nieszczęście wciąż pozostały mi młode oczekiwania. Moja kobiecość wciąż jątrzy.

poniedziałek, 31 października 2011

Jak stąd do szaleństwa


Przerwana lekcja muzyki, 1999
(oryg. Girl, Interrupted)
reż. James Mangold

Ostatnio ciągnie mnie do motywu szaleństwa w literaturze i filmie – stanu umysłu i ducha, który prawdopodobnie zawsze pozostanie zagadką. Szaleństwo ma wiele twarzy i my, zdrowi, nigdy nie dotrzemy do jego istoty. Tylko czy ktokolwiek może nazwać się całkowicie wolnym od jego ciężaru? Przecież nawet najmniejsze fobie (a kto ich nie ma?) mogą z czasem urosnąć do rozmiarów niewinnego opętania, a stąd już niedaleko do szaleństwa w najczystszej postaci… Oczywiście nigdy się do tego nie przyznamy, ale tak jak napisałam, szaleństwo niejedno ma imię i nie z każdym jego objawem wędruje się do szpitala psychiatrycznego.

Wielu ludzi nie radzi sobie z życiem, z szaleńczo pędzącym światem, z wymaganiami, które narzuca społeczeństwo. Trzeba przywdziać naprawdę twardy pancerz, by przeć do przodu bez choć najmniejszej rysy na psychice. Lata 60. nie był czasem łatwym dla Amerykanów (przemiany polityczne, wojna w Wietnamie, walka z segregacją rasową). Szczególnie kobiety miały trudne zadanie: musiały wpasować się w idealnie zaprojektowane dla nich role żon, matek i gospodyń domowych. Jakiekolwiek odstępstwo od normy było piętnowane i uważane za ekscentryczność. W takim świecie nietrudno o wariatów. Susanna Kaysen (Winona Ryder) zgłasza się szpitala psychiatrycznego po tym, jak próbowała uśmierzyć ból głowy pięćdziesięcioma tabletkami aspiryny popitymi wódką. Nie jest świadoma, że łatwiej się tam zapisać niż wypisać. Przekonana o tymczasowości swoich problemów, początkowo izoluje się od szpitalnego życia. Potem zaprzyjaźnia się z innymi pacjentkami, które wpływają na sposób, w jaki zaczyna postrzegać siebie. Szczególnie Lisa (Angelina Jolie), beznadziejny przypadek socjopatki, pokazuje Susannie tę cienką granicę, która oddziela każdego z nas od szaleństwa.

Bodźcem do odszukania tego filmu była rola Angeliny Jolie. Byłam bardzo ciekawa, cóż takiego zagrała, że zasłużyła na Oscara. Trzeba przyznać, że role szaleńców nader często są nominowane i nagradzane. Prosta sprawa: zrób z siebie durnia, a Akademia będzie piszczeć z zachwytu. No cóż, wdzięczna rola i Angelina jej podołała. Zagrała żywiołowo, charyzmatycznie i baaardzo przekonująco, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że szaleństwo to jej druga natura. Na przeciwstawnym biegunie widzimy Winonę – spokojną, opanowaną, ze sporadycznymi napadami szału. Tylko te jej świdrujące, czarne oczka na bladej twarzyczce zdradzają jedynie chwilowo uśpiony obłęd. Trzeba przyznać, że stworzyły niezwykły duet.

Film powstał w oparciu o wspomnienia Susanny Kaysen wydane w formie powieści i podobno nawiązuje do Lotu nad kukułczym gniazdem. Sami możecie stwierdzić słuszność tej opinii. Mnie już tradycyjnie zainteresował tytuł filmu: skąd taka rozbieżność między oryginałem a tłumaczeniem? Nietrudno było odnaleźć przyczynę – nawiązanie tytułu do obrazu holenderskiego malarza Jana Vermeera (tego od Dziewczyny z perłą). Stąd konieczność nieadekwatnego tłumaczenia. Angielski tytuł dzieła to Girl Interrupted at her Music, polski: Przerwana lekcja muzyki. Oryginalny tytuł filmu niesie jednak ze sobą dwu- a, może nawet wieloznaczność, czego brakuje polskiej wersji. Oprócz odwołania się do dzieła Vermeera nawiązuje również do momentu, w którym znalazła się Susanna. Jej normalne (czyli burzliwe) życie nastolatki zostało przerwane pobytem w szpitalu dla obłąkanych, po którym… wraca do normalnego życia. To jakby jej wakacje od życia. Inną interpretacją, którą dopuszcza film (nie wiem, jak książka), jest zatrzymanie się Susanny na drodze do stania się Lisą. Początkowo zapatrzona w nią jak w obrazek, później dostrzega, że nieposkromiony temperament i buntowniczość dziewczyny to nic innego jak choroba wynikająca z nieumiejętności przystosowania się. A ona nie chce podążać tą drogą. Odcina się w ostatniej chwili.

Film wart obejrzenia chociażby ze względu na dwie wspomniane role kobiece i mały wycinek z życia w latach sześćdziesiątych w Stanach. Może odrobinę przydługi i miejscami nudnawy, ale uświadamia, że wszyscy żyjemy na granicy i stąd do szaleństwa znów nie tak daleko…

Moja ocena: 4,5/6

środa, 26 października 2011

Pensjonat Pod Minionym Życiem


Vladimir Nabokov, Maszeńka
Набоков В.., „Собрание сочинений в четырех томах: Машенька”, Издательство «Правда», Москва 1990
s: 112

...надушить письмо то же, что опрыскать духами сапоги для того, чтобы перейти через улицу.* [s. 69]
Składam oficjalne oświadczenie: cyrylica usypia skuteczniej niż łacina (oczywiście mam na myśli alfabet łaciński). Wielokrotnie zamiast liter zgrabnie układających się w sensowne słowa widziałam obrazki bez znaczenia, które wirowały mi przed opadającymi bezwolnie powiekami. Zbyt często zdarzało się, że musiałam wrócić do początku zdania, strony czy rozdziału. Zmęczenie. Nie sprzyja ambitnej lekturze i chyba wkrótce przerzucę się na kryminały. Na chwilę.
Czy winny jest Nabokov? Może trochę…

Maszeńka (1926 r.) to debiut Sirina i nie ma najmniejszych wątpliwości, że to co najlepsze ma dopiero wyskoczyć spod jego pióra. Widać, że jeszcze nie odnalazł swojego niepowtarzalnego stylu, choć nie sposób nie docenić piękna języka, którym się posługuje. Nie ma tu miejsca na słowa nie na miejscu – wszystkie są niezbędne, by stworzyć zaczarowany i jedyny w swoim rodzaju świat Nabokova.

Pisarz przedstawia obrazek z życia rosyjskich emigrantów mieszkających w jednym z berlińskich pensjonatów, próbujących odnaleźć się w trudnej rzeczywistości na obczyźnie, z dala od domu, rodziny, ojczyzny. Głównym bohaterem powieści jest Ganin, który wiedzie bezbarwne i bezwartościowe życie, żyjąc z dnia na dzień bez większego przekonania. Wszystko się zmienia, gdy przypadkiem dowiaduje się, że jego sąsiada ma odwiedzić żona, Maszeńka. Okazuje się, że jest to ta sama dziewczyna (już kobieta), z którą dzielił pierwsze miłosne doświadczenia – jego szczenięca miłość, zapomniana i zatracona gdzieś po drodze. Od tego momentu Ganin zaczyna uciekać w przeszłość, kształtuje swoje pragnienia w oparciu o mgliste wspomnienia, idealizuje uczucie, którego tak naprawdę nie było. Wydaje mu się, że szczęście wróci jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i spotkanie z dawną ukochaną nada sens jego życiu… Jak wiemy, wspomnienia bywają trucizną, która skutecznie może zatruć życie. Patrzymy na przeszłość przez pryzmat naszych życiowych doświadczeń i wydaje nam się, że kiedyś wszystko było prostsze i doskonalsze. Łatwo można zaprzepaścić to, co mamy, goniąc za jakąś wyidealizowaną marą z przeszłości. O wiele trudniej otrząsnąć się w odpowiedniej chwili, by zrozumieć, że nie cofniemy zegara.

Nie jest to Nabokov, jakiego lubię. Nikt nie mrugał do mnie okiem, chichocząc: „znowu się nabrałaś”. Brak tu zagadek, gier językowych i sarkazmu. Za to zewsząd wyziera jęcząca nostalgia i tęsknota za tym, co było, a już nie wróci, bolesne uczucie nieodwracalności. Więcej w tym sentymentalizmu niż ironii. Chociaż udało mi się odnaleźć kilka zdań-perełek godnych Mistrza, a jednym z nich jest cytat otwierający mój wpis. I za to między innymi kocham Nabokova, że patrzył na ten sam świat, co inni śmiertelnicy, ale postrzegał go zupełnie inaczej…

Moja ocena: 4,5/6

Czytaj tego autora: "Zaproszenie na egzekucję"

___________________________________________________________
*…naperfumować list, to jakby skropić perfumami buty, żeby przejść przez ulicę [by Inez]

poniedziałek, 19 września 2011

Język piekieł


Pablo De Santis, Przekład
De Santis, P., „Przekład”, Muza SA, Warszawa 2006
tłum. Tomasz Pindel
s: 149
Praca tłumacza jest pełna wahania, tak jak i praca pisarza. Pisarz też tłumaczy i wątpi, i szuka dokładnego określenia odpowiadającego myśli; tak jak tłumacz wie, że to jego własny język staje się trudnym do zastosowania językiem obcym. Pisarz tłumaczy sam siebie, jak gdyby był kimś innym, tłumacz pisze za kogoś innego, jak gdyby ten ktoś był nim. [s. 124]
Wciąż mam przynajmniej jedno marzenie, które czeka na swoją realizację. Jest trochę zapomniane i zakurzone, ale od czasu do czasu mruga do mnie zaczepnie okiem. Czeka na lepszy moment, gdy ktoś wspaniałomyślnie zrzuci na moje barki kilka ton wolnego czasu. I nie trzeba mi przypominać, że urzeczywistnianie marzeń zależy tylko i wyłącznie od nas samych. Wiem to, ale czasami wolę nie spieszyć się z ich realizacją. Życie nauczyło mnie, że marzenia są o wiele atrakcyjniejsze, gdy spoglądają na nas z wysokiej półki. A gdy się spełniają… przestają być marzeniami. Dlatego zawsze dobrze mieć coś niespełnionego w zanadrzu.

A marzy mi się, by zarabiać kiedyś na chleb jako tłumacz literatury pięknej. Nie wyobrażam sobie doskonalszego zespolenia swoich dwóch największych pasji, jakimi są języki obce i literatura. Oczywiście jak w każdym marzeniu moja wizja jest skrajnie wyidealizowana i widzę siebie w zaciszu domowym, z laptopem na kolanach, arcyciekawym rękopisem w dłoni i z gorącym kubkiem kawy na stoliku. Marzenia są po to, by były idealne. Szarobura rzeczywistość nie ma tu wstępu.

Skąd ten przydługi wstęp? Akcja wybranej przeze mnie powieści toczy się na pewnym kongresie tłumaczy i językoznawców w małym argentyńskim miasteczku Puerto Esfinge. Jest to miejsce dość niezwykłe, a jeszcze bardziej niezwykły jest hotel, w którym zostali rozlokowani tłumacze: ogromny, niedokończony, w połowie zamknięty. Również zaproszeni tłumacze specjalizujący się głównie w przekładzie tekstów ezoterycznych, z dziedziny alchemii czy neurologii potęgują atmosferę tajemniczości i dziwności. Kongresy naukowe z reguły przesiąknięte są nudą, ale nie ten. Kongres w Puerto Esfinge przerywa niespodziewana śmierć jednego z jego uczestników, a moneta, którą policja znajduje pod językiem denata, zapowiada ciekawe śledztwo. W dodatku na jednej śmierci się nie kończy. Trop prowadzi donikąd, a jedynym podejrzanym okazuje się… sekretny język Acherontu.

Muszę przyznać, że bardzo klimatyczny jest ten, jak głosi notka od wydawnictwa, „thriller erudycyjny”: ponury, chłodny, deszczowy. W dodatku interesujący temat został okraszony enigmatycznym i lapidarnym stylem, który jest tu bardzo na miejscu. W tym wszystkim zabrakło mi jednak dreszczyku emocji. Sprawa rozwiązała się tak szybko, że nawet nie zdążyłam się zastanowić, zawahać... A tak naprawdę, to nawet nie byłam ciekawa, kto jest winny. Nie dałam się wciągnąć. Ale może dla osoby, która godzinami potrafi gadać o języku, ta książka jest po prostu za krótka. Innymi słowy, kończy się zbyt szybko, a tak niewiarygodna teoria, która ma służyć za wyjaśnienie całej zagadki wymaga więcej szczegółów. Zwykle lubię niedopowiedzenia, ale nie tym razem.

A do swojego marzenia może wrócę na... emeryturze.

Moja ocena: 3,5/6

sobota, 10 września 2011

Historia znaczona krwią


Marek Świerczek, Bestia
Świerczek M., „Bestia”, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2007
s: 318

Dawno, dawno temu zobaczyłam gdzieś tę mroczną, czerwono-czarną okładkę zdradzającą typ powieści nijak nie odpowiadajmy moim gustom literackim i… zapragnęłam ją przeczytać. Powieści grozy mają to do siebie, że wciągają i rozczarowują zarazem. Przynajmniej mnie. Czytam, by się przestraszyć, a później śmieję się z własnej naiwności. Takie książki rzadko przedstawiają sobą jakąkolwiek wartość literacką, jedyne więc na co liczę, to dobra zabawa.

Horror Marka Świerczka jest nietypowy. Akcja książki osadzona jest w 1864 r., w momencie, gdy klęska powstania styczniowego jest już przesądzona. Julian Basowski, Polak w carskiej armii, za zabicie w pojedynku rosyjskiego notabla zostaje wysłany na prowincję Królestwa Polskiego, by rozwiązać zagadkę tajemniczych mordów carskich żołnierzy. Zabójstwa te są niezwykle brutalne, a próby ich wyjaśnienia nie przynoszą pożądanych rezultatów. Wszystko wskazuje na to, że żołnierzy zabija nieludzka istota, jednak chłodna logika Basowskiego nie godzi się na takie wyjaśnienie. Podejrzewa powstańców ukrywających się w lasach, potrzebuje jednak dowodów. Oczywiście nie może liczyć na pomoc mieszkańców wioski, w której stacjonuje wraz z oddziałem rosyjskich żołnierzy. Musi dochodzić prawdy sam wraz z garstką przyjaciół.

Oprócz historycznego tła na uwagę zasługuje również nietypowy stosunek głównego bohatera do naszego kolejnego nieudanego powstania. Basowski uważał, że takie źle przygotowane, spontaniczne i nieprzemyślane zrywy patriotyczne są grobem dla najwybitniejszych przedstawicieli polskiego społeczeństwa; reszta pozostała przy życiu niestety nie jest w stanie zbudować stabilnego państwa polskiego. Basowski czuł się Polakiem, ale nie miał polskiej, romantycznej duszy. Kierował nim zdrowy rozsądek. Uważał, że z wrogiem najpierw należy nawiązać współpracę, by ostatecznie się usamodzielnić. Nie zawsze trzeba dobywać szabelki.

Warto zaznaczyć, że Świerczkowi udało się również wykreować całkiem przekonującą atmosferę jak na powieść grozy: zima, trzaskający mróz, mroczny las, wycie wilków, ponure szlacheckie dwory, szalony ksiądz mordujący zające gołymi rękoma…

Powieść nie jest jednak wolna od wad, bo o ile nosi znamiona powieści grozy, o tyle zupełnie nie przekonuje jako powieść historyczna. Najbardziej przeszkadzały mi dialogi, które brzmiały niemal współcześnie. Autor próbował ratować się licznymi wtrętami z języka rosyjskiego, ale to raczej zniechęci wszystkich niewładających tym językiem, zwłaszcza że wszystkie przypisy mieszczą się na końcu książki, a nie na dole strony. Wyobrażam sobie, jak to może utrudnić czytanie. Świerczek próbował także bawić się aluzjami literackimi, nawiązując od czasu do czasu do Żeromskiego. Po co? Nie wiem.

Książkę polecam jako ciekawostkę. Mało mamy horrorów w języku polskim, a tym bardziej historycznych. W każdym razie powieść czyta się dobrze i jest to idealna lektura, gdy uwagę trzeba dzielić na pół:)

Moja ocena: 4,5/6

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Obawiam się...


Obawiam się, że przez jakiś czas będzie mnie tu nieco mniej...
Wrócę, gdy tylko będę w stanie przeczytać choć jedną stronę książki bez zaśnięcia:)

Trzymajcie za mnie kciuki!

wtorek, 23 sierpnia 2011

Jak na skrzydłach...


Isabel Allende, Dom duchów
Allende I., „Dom duchów”, Muza SA, Warszawa 2010
tłum. Zbigniew Marcin Kowalewski
s: 525

…uniosła mnie ta powieść. Gdy już powoli zaczęłam tracić nadzieję, że w tym roku trafię na książkę godną najwyższej półki w moim prywatnym rankingu znakomitości, spotkałam panią Isabel Allende. Cóż. Nie mogła wykreować świata bardziej zaspokajającego moją tęsknotę za dobrą literaturą i za chłodnym wiatrem przewracanych w pędzie kartek. Dała mi wszystko to, czego szukam w literaturze, by upijać się nią do północy, do zaśnięcia, do nieprzytomności: ludzi z krwi i kości, mocne tło, niepokojącą historię, miłość i nienawiść buzujące na każdej stronie, a wszystko to spowite magią słów przysłaniającą cały świat wokół…

Dom duchów to saga rodzinna opowiadająca o losach dwóch rodów: del Valle i Trueba, które zostały wpisane w burzliwą historię jednego z krajów Ameryki Łacińskiej. Pozostaje nam się jedynie domyślać, że jest to Chile, ojczyzna autorki, chociaż w powieści nazwa kraju nie pada ani razu. Jest to historia tragiczna, naznaczona terrorem i dyktaturą, gdzie krew płynie wartkim strumieniem. Nie mniej burzliwe są losy wspomnianych wyżej rodów uwarunkowanych niejako historią i… astrologią. Chociaż w pierwszej połowie XX w. to mężczyźni dzierżyli w rodzinach i społeczeństwach pełnię władzy, utrzymując dom, angażując się w politykę, testując wszelakie nowinki techniczne, u Allende to tylko władza pozorna. Tak naprawdę to kobiety zostały obdarzone siłą zdolną do przeciwstawienia się ślepej agresji mężczyzn i zachowania rodziny w jedności. Były nieulękłe, stanowcze, dumne. To kobiety stoją na straży domu – nie tego, który jest zamknięty w czterech ścianach, a tego, który jest w ludzkiej duszy.

Powieść Allende jest mocno osadzona w tradycji realizmu magicznego. Świat zewnętrzny miesza się tu z przeżyciami duchowymi, wizjami, światem transcendentalnym. Duchy regularnie nawiedzały dom Truebów i nikomu zdawało się to nie przeszkadzać, wręcz stanowiło o pewnej stabilizacji, normalności. Jasnowidzenie jednej z bohaterek nie do końca traktowane było poważnie, przez co kilkakrotnie nie udało się uniknąć tragedii. Cechy szaleństwa u kobiet del Valle nie były jednak przekleństwem, były niemal synonimem normalności wpisanym w historię ich rodu.

Czytając, nie można się opędzić od emocji. Bohaterowie zachowują się jak na Latynosów przystało: dumnie, impulsywnie, skrajnie. Miłość i nienawiść to dwa uczucia, które egzystują obok siebie i często zlewają się, tworząc truciznę. Najbardziej nieporadni w miłości okazują się mężczyźni, którzy zatracają się w namiętności, ale nie dopuszczają do siebie uczucia. Przebaczenie też nie przychodzi im łatwo. Cierpią z własnej winy. Kobiety również nie są wolne od cierpienia, ale one potrafią odnaleźć w nim siłę i godność, mężczyźni tylko poniżenie. Czasami mam wrażenie, że inne namiętności, o zupełnie innym natężeniu targają ludźmi, w których płynie latynoska krew niż nas, zimnokrwistych Europejczyków…

Opowieść Allende zatacza koło. Czy można wyciągnąć wnioski z historii rodziny, jej błędów i dramatów, czy każdy musi doświadczyć całego bólu na własnej skórze? Niestety nie lubimy uczyć się na cudzych błędach, lubimy eksperymentować na sobie. I niech tak zostanie. Dla mnie to powieść o kobietach – sile, która napędza świat, a mnie napawa dumą.

Czytajcie bez wahania. Nie sądzę, by ktokolwiek się rozczarował.

Moja ocena: 6/6

piątek, 19 sierpnia 2011

Bo młodzież musi z czegoś żyć


Galerianki, 2009
reż. Katarzyna Rosłaniec

Przyzwyczaiłam się do pisania o filmach dobrych. Łatwiej jest zwrócić na nie uwagę, obudzić w sobie chęć podzielenia się wrażeniami i przetopić emocje na słowa. A przecież nie tylko takie filmy spotykam na swojej drodze. Mnóstwo jest filmów, które wywołują gorzkie rozczarowanie i niesmak bezpowrotnie straconego czasu. Najczęściej szybko wrzucam je do jednej z szuflad swojej pamięci z naklejką „nie otwierać pod żadnym pozorem” i dalej żyję beztrosko, oddzielając ziarno od plew. Z książkami rzadziej trafiam jak kulą w płot, z filmami bywa różnie…

Dwa lata temu debiutancki film Katarzyny Rosłaniec pt. Galerianki przetoczył się przez nasz kraj z wielkim hukiem jako dzieło kontrowersyjne, ważne, obnażające smutną prawdę o zaniku moralności wśród polskiej młodzieży. Źródła upadku doszukiwał się w rodzinnej patologii i ułomności polskiego sytemu nauczania. Próbował nakreślić trudne relacje między nastolatkami, oparte na wzajemnym dowodzeniu swojej wyższości poprzez drogie gadżety, ciuchy i znajomości na mieście. Nie mniej trudne okazały się relacje dziecko-rodzic, gdzie brak autorytetu i wzajemnej chęci poświęcenia sobie czasu doprowadziły do skrajnej degrengolady wśród młodych ludzi.

A tak to się zaczęło. Ala, biedna, zahukana i dobrze ucząca się nastolatka, przejeżdża ze wsi/prowincji do Warszawy. Trafia do ostatniej klasy gimnazjum, gdzie doznaje nie lada upokorzenia w związku z przestarzałym modelem komórki, który przyszło jej odziedziczyć po wujku Mieciu. Postanawia jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odmienić swoje życie i z szaroburej kujonki przepotwarza się w nieletniego wampa, a celem jej życia staje się zdobycie funduszy na wypasioną komórę (bo nikt jej nie chce takowej kupić). Przyłącza się więc do liderek klasowego rankingu popularności, które same zaradnie zarabiają na siebie, wiodąc przy tym, przynajmniej w oczach Ali, życie pełne uciech, mężczyzn, używek i drogich zabawek. Później oczywiście okazuje się to, a jakże, wewnętrznym krzykiem rozpaczy i desperacką próbą zwrócenia na siebie uwagi.

Taaak… Film przewidywalny do bólu, bazujący na sprawdzonych schematach i drażniący stereotypami. Nie wątpię, że są TAKIE dziewczyny i TAKIE problemy, ale ugryźć ten temat i stworzyć o nim film fabularny wcale nie jest łatwo. Temat, który świetnie nadawałby się na reportaż, niekoniecznie sprawdza się w kinie. Nie odnalazłam tu żadnych emocji, które targnęłyby mną boleśnie. Nie czułam współczucia, żalu, obrzydzenia, szoku – najczęściej rozbawienie, gdy głównodowodząca Milena klepała kolejne hasła przewodnie galerianek (przystojny dość był, inteligentny, na tematy różne rozmawialiśmy... nie powiem, że nie... ale co z tego, jak ja do niego żadnego uczucia nie mam... to z nim zrywam, nie? zresztą... miłość w naszych czasach nie istnieje... trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać…). Nie przekonała mnie również metamorfoza Ali, która na przekór rodzicom i światu – świadomie – wybrała tę gorszą drogę. Mimo wszystko wierzę w instynkt samozachowawczy. Jedynym światełkiem w tunelu chybionej jak dla mnie wizji była mała, acz wielka kreacja Izy Kuny, mamy Ali. Młode, debiutujące aktorki radziły sobie jak mogły, ale moim zdaniem wyszło to średnio, odrobinę komicznie. Ale czy tak miało być?

Podsumowując, film porusza ważny problem, ale jedynie prześlizguje się po jego powierzchni, czym wywołuje rozdrażnienie. Nie zagrał na moich uczuciach, więc skazuję go na zapomnienie.

Moja ocena: 2/6

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Świat, za którym każdy tęskni


Fannie Flagg, Smażone zielone pomidory
Flagg F., „Fried Green Tomatoes at the Whistle Stop Cafe”, Random House, New York 2005
s: 403

Już dawno nie znalazłam w książce tyle ciepła, które rozlałoby się po mnie ciepłą, słoneczną falą, napełniając ciało od koniuszków palców po sam czubek głowy. A są przecież takie książki, które chce się dotykać, wąchać, gładzić po raz setny po okładce, zastanawiając się jak, nie odrywając się od czytania ani na chwilę, nigdy nie dobrnąć do ostatniej strony. Z namaszczeniem przewracamy kolejne strony, połykamy zdania, nie roniąc ani słowa i malujemy w swoim sercu obrazy, które na zawsze pozostaną z nami.

Taką książką, która wnosi do życia wiele słońca, nie będąc przy tym trywialnym czytadłem wypełnionym po brzegi złotymi myślami, są bez wątpienia Smażone zielone pomidory Fannie Flag. Jest to książka niezwykle mądra, ale swoje prawdy przemyca dyskretnie, otulając je jedynie niepospolitym humorem i wyrzekając się wszelkiego moralizatorstwa.

Powieść przenosi nas do Alabamy lat trzydziestych ubiegłego wieku, gdzie poznajemy mieszkańców małego miasteczka Whistle Stop wraz z ich radościami, smutkami i dramatami. Co przede wszystkim zdumiewa to niezwykła jedność i optymizm mieszkańców, które pozwoliły im wyjść cało z niejednej opresji. A nie były to łatwe czasy: wielki kryzys, wojna, segregacja rasowa, nie brakowało również lokalnych tragedii, a jednak mieszkańcy miasteczka potrafili odnaleźć w sobie siłę, by wspierać się wzajemnie. Jedną z nich była Ninny Threadgoode, której pod koniec życia przyszło się przeprowadzić do domu spokojnej starości. Tam przypadkowo poznaje Evelyn, bywającą z regularnymi wizytami u swojej teściowej. Ninny bez pytania opowiada jej historię swojego życia - barwną, optymistyczną i przepełnioną wiarą w ludzi - o nieistniejącym już świecie. Nie mogła lepiej trafić. Evelyn, która akurat znalazła się w zaułku swojego życia, przytłumiona objawami menopauzy, rozczarowana małżeństwem, zagryzająca swoje rozgoryczenie kolejnymi batonikami, powoli zatracająca się w sztucznie napędzanej przez siebie depresji dała się porwać niezwykłej historii. Zrozumiała, że źródło problemów leży głęboko na dnie jej duszy i tylko od niej zależy czy będzie umiała do niego dotrzeć.

Książka Fannie Flagg to również galeria smaków. Podczas swoich spotkań Ninny i Evelyn ciągle coś chrupały i podgryzały, a ja jak głupia latałam do kuchni, szukając godnej ich przekąski. Ninny udało się przekonać swoją przyjaciółkę, że to nie jedzenie jest problemem – jest przyjemnością, nagrodą i ucztą dla ducha, a to my robimy z niego wroga. Aż kipi od mnóstwa smaków również w Whistle Stop Cafe, gdzie Idgie, Ruth i Sipsey przyrządzają grzechu warte potrawy, którymi często częstują zupełnie bezinteresownie. Ile to razy miałam ochotę rzucić książkę i upichcić coś na miarę smażonych zielonych pomidorów, ale… wrodzone lenistwo sprawiało, że wybierałam jednak kanapę i literacką ucztę, oblizując się jedynie ze smakiem, gdy wspominano kolejną potrawę. Ale może kiedyś się wezmę, zważywszy że na końcu książki autorka darowuje nam przepisy wszystkich wspomnianych w powieści smakołyków. Mniam!

A książka - również mniam. Polecam wszystkim cynikom i tym tylko odrobinę zgorzkniałym i zniesmaczonym życiem, chociaż wiem, jak trudno się do tego przyznać, szczególnie przed samym sobą. Ja po lekturze bardzo zatęskniłam za taką prawdziwą, wielką w swej prostocie, nienadąsaną przyjaźnią, która po prostu jest i nie trzeba jej sklejać na siłę.
Ech, tylko czy w dorosłym życiu to w ogóle możliwe…

Moja ocena: 5,5/6

czwartek, 11 sierpnia 2011

Piękna (i sztuki) nie da się ujarzmić definicją


Zygmunt Bauman, Między chwilą a pięknem. O sztuce w rozpędzonym świecie
Bauman Z., „Między chwilą a pięknem. O sztuce w rozpędzonym świecie”, Officyna Wydawnictwo, Łódź 2010
s: 145
Przetrawienie nowych jakości przeżywanego świata i artykulacja wynoszonych zeń doznań jest chyba głównym zajęciem sztuki wrzuconej w świat, w którego zdolności trwania i dotrwania do momentu skompletowania jego podobizny ufać nie można. [s. 11]
Sztuki nie da się uwięzić w sztywnych ramach definicji, bo jest nieuchwytna i nie lubi być metkowana. Nie da się jej też zamknąć w czterech ścianach (muzeach, galeriach), bo woli wyjść na ulicę, do ludzi, bo tylko wśród nich ma szansę na niekontrolowaną ekspansję. Czy wolno nam założyć, że sztuka jest wyrazicielem i nośnikiem piękna, czy może jest jej przejawem? Czy piękno może być obiektywne czy jest tylko „w oku obserwatora” (M. Hungerford)?

Te i inne pytania podsuwa nam, bo bynajmniej nie próbuje na nie odpowiedzieć, Zygmunt Bauman w swoim zbiorze esejów. Poświęcone są one luźno rozumianej sztuce, jak również jej znanym przedstawicielom: Grzegorzowi Klamanowi, Mirosławowi Bałce, Milanowi Kunderze czy Ryszardowi Kapuścińskiemu. Bauman zastanawia się nad kondycją człowieka i jego miejscu w „rozpędzonym świecie”, spoglądając na niego przez pryzmat sztuki.

Ciekawie pisze o modzie, czyli sztuce współczesnego świata, ulotnym i niekiedy kontrowersyjnym pięknie, którego główną cechą jest tymczasowość. Śmieje się, że ludzie sami dali się zniewolić i zaprzęgli się do wyścigu, w którym zawsze będą na straconej pozycji. Zawsze z tyłu. Moda jest dziwnym tworem, który z jednej strony sprawia, że ludzie czują się przynależni do określonej grupy społecznej, a z drugiej – zapewnia nas o indywidualizmie.

Zaciekawił mnie również esej o nieznajomych, których miasto nigdy się nie wyzbędzie. Anonimowość jest jedną z zalet miejskiego życia, ale wiąże się również ze strachem przed tym, czego nie znamy. Dlatego ludzie coraz częściej zamykają się w swoich czterech kątach, a domy/mieszkania odgradzają od świata płotem. Osiedla strzeżone, domofon, ochrona – sprawiają, że czujemy się bezpiecznie, ale jednocześnie izolujemy się od ludzi w ogóle. Paradoksalnie, na osiedlu strzeżonym jesteśmy dalej od swoich sąsiadów niż gdziekolwiek indziej:
Zamknięte w murach „społeczności” to zbiorowisko jednoosobowych czy jednorodzinnych kokonów zawieszonych w przestrzennej próżni. [s. 118]
Tak więc eseje Baumana dotykają różnorodnej tematyki, trudno nawet powiedzieć, że ich wspólnym mianownikiem jest pojęcie sztuki, no chyba że sztuką nazwiemy samo życie. Czasami brakowało mi spójności między poszczególnymi tekstami, dlatego dawkowałam je sobie pojedynczo. Szukałam w nich sensu dla siebie. Dawno nie miałam takiej książki w ręku, bo daleka dziś jestem od eseistyki. Czasami żałuję, bo to prawdziwa kopalnia wiedzy i niewyczerpalne źródło tematów do rozważań. Tylko erudycja autorów niekiedy onieśmiela…


[Za egzemplarz - wydanie niezwykle atrakcyjnie - dziękuję Wydawnictwu Officyna]


Moja ocena: 4/6

niedziela, 7 sierpnia 2011

"Słyszę i jestem posłuszny"


Księga tysiąca i jednej nocy. Wybór
„Księga tysiąca i jednej nocy. Wybór”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1976
pod red. Władysława Kubiaka
s: 577

Dla dziecka baśnie są drogowskazami życiowymi, dekoderami moralnych postaw oraz bramą do niezwykłego świata, w którym negatywne emocje, smutek, żal, strach nie goszczą długo. Pełnią rolę pocieszyciela i pomagają zrozumieć świat. Dlatego są tak ważnym narzędziem dydaktycznym. Dzieci mogą z nich samodzielnie przefiltrować najważniejsze wartości, które później mają szanse ukształtować ich życie. To wszystko prawda. Ale po co w takim razie wracać do baśni w dorosłym życiu? Przecież dawno zostaliśmy obdarci z tej dziecięcej naiwności, która pozwalała nam widzieć świat w czarno-białych barwach…

Dla dorosłych baśnie to nie tylko powrót do beztroskich ogrodów dzieciństwa, ale i konfrontacja z ideałami, których dawno się wyrzekliśmy. Dziś nie przypomnimy ich sobie z zawstydzeniem, ale raczej z przymrużeniem oka, bo kto z nas może sobie pozwolić na wcielanie baśniowych ideałów w życie? Niestety włożyliśmy je między bajki. Ale baśnie wciąż odgrywają ważną rolę – są ucieczką od szaroburej codzienności i podróżą w nieznane.

Nie inaczej jest w przypadku Księgi tysiąca i jednej nocy, o której na pewno każdy słyszał, ale na pewno nie każdy wie, że nie ma ona nic wspólnego z literaturą dziecięcą. Baśnie, które powstały wiele wieków temu, miały zabawiać dworzan, zawierały więc elementy przyjemne dla dorosłych: okrucieństwo i erotykę, co przyznaję, szczerze mnie zaskoczyło. Książka nie nadaje się zatem do czytania dziecku do poduszki – radzę poszukać odpowiednich adaptacji.

Przewodni motyw stanowi opowieść o królu Szahrijarze, który po nocy poślubnej pozbawiał życia każdą ze swoich żon, w ten sposób chcąc się ustrzec od ich niewierności. Dopiero Szeherezada przerwała okrucieństwo sułtana, każdej nocy snując nową opowieść, której zakończenie zostawiała na noc następną. Ciekawość Szahrijara ocaliła jej życie. Szeherezada zajmuje sułtana opowieściami przez tysiąc i jedną noc. Wydanie, o którym piszę, zawiera tylko wybrane opowieści (egipskie, irackie, irańskie, perskie), ale stanowią one unikalny obraz wyobrażeń biednych ludzi o życiu wyższych klas społecznych. Roi się tu od dżinów, ifritów, ghul i olbrzymów, przewyższających mocą ludzi, poddanych samemu tylko Allachowi. A on nie pozwala skrzywdzić sprawiedliwych i jemu wiernych, więc dobro zawsze zwycięża zło, jak to w baśniach bywa. Ale niegodziwiec nie ma co liczyć na przebaczenie Allacha. Spotka go zasłużona i okrutna kara. Pozostaje więc słuchać i być posłusznym.

Zaskoczyły mnie kobiety w Księdze tysiąca i jednej nocy. Nie są to tylko piękne niewolnice i nałożnice. Nie brakuje wśród nich bohaterek przebiegłych, chytrych, mądrych, roztropnych, chciwych i brzydkich. Jednym słowem, ich portrety zostały namalowane przy użyciu pełnej palety barw, chociaż rzadko bywały głównymi bohaterkami opowieści.

Na zakończenie kilka pikantnych cytatów, które pomogą zrozumieć, dlaczego nie należy tych baśni czytać dzieciom. Osoby poniżej 18-ego roku życia proszone są o zaniechanie dalszego czytania!
…ucałował ją, pochwycił w objęcia i rzucił się na nią jak lew na owcę […] Wsunął swój miecz do jej pochwy, stał się odźwiernym jej wrót i imamem w jej mihrabie, a ona wraz z nim klękała, biła pokłony, podnosiła się i siadała, a modłom tym towarzyszyły ruchy i miłosne westchnienia. [s. 201]
…poiła niedźwiedzia ze złotego kubka tak długo, aż wino ich oszołomiło. Wówczas zdjęła z siebie szaty i położyła się, a niedźwiedź zaś podszedł i legł na niej, a ona dała mu to, co córy człowiecze mają najpiękniejszego. Gdy zaś niedźwiedź skończył, usiadł i odpoczywał, po czym znów podszedł, legł na niej i zażywał z nią rozkoszy. [s. 218]
…A kiedy służebne pokazały Alemu Zajnab w szacie Kamar, wszedł w nią Ali i znalazł ją jako perłę nie przewierconą i jako klacz, której nikt przedtem nie ujeżdżał. Potem połączył się z trzema pozostałymi dziewczętami i stwierdził, że pełne są piękności i wdzięku. [s. 443]

Moja ocena: 5/6

wtorek, 2 sierpnia 2011

Z niewyspania


Czwarta nad ranem
Wisława Szymborska


Godzina z nocy na dzień.
Godzina z boku na bok.
Godzina dla trzydziestoletnich.

Godzina uprzątnięta pod kogutów pianie.
Godzina, kiedy ziemia zapiera nas.
Godzina, kiedy wieje od wygasłych gwiazd.
Godzina a-czy-po-nas-nic-nie-pozostanie.

Godzina pusta.
Głucha, czcza.
Dno wszystkich innych godzin.

Nikomu nie jest dobrze o czwartej nad ranem.
Jeśli mrówkom jest dobrze o czwartej nad ranem
- pogratulujmy mrówkom. I niech przyjdzie piąta,
o ile mamy dalej żyć.



Czwarta to godzina, która ostatnio otwiera moje oczy. Czasami na chwilę, a czasami, tak jak minionej nocy, na dłużej. To naprawdę niezwykły czas, gdy dom i miasto jeszcze śpi, a senne myśli niestrudzenie kołatają się po głowie. Najbardziej niesamowite jest przekraczanie granicy między dniem i nocą, gdy kontury świata zaczynają się wyostrzać, a pojedyncze, nieśmiałe dźwięki powoli wypełniają świat. Spokój i nadzieja, których nie znajdziemy o żadnej innej porze dnia. Może i jestem jak ta mrówka, bo mi jest dobrze o czwartej nad ranem. Przyjemnie mi myśleć, że zdążę jeszcze przytulić skołataną głowę do poduszki, że jeszcze nie trzeba stawiać czoła prawdziwemu dniu...

A Wam czasami zdarza się czwarta nad ranem?

środa, 27 lipca 2011

Z pokorą wobec marzeń


Artur Boratczuk, Wedle reguły kreacji
Boratczuk A., „Wedle reguły kreacji”, E-Book, Chwarszczany 2011
s: 158

Zewsząd słyszymy głosy, że najważniejsze w życiu jest dążenie do realizacji marzeń. I nieważne, ile razy przyjdzie nam się potknąć i podnieść z upadku. Liczy się konsekwencja, upór i jasno wytyczony cel. Bo jeśli nawet marzenie pozostanie w odmęcie niespełnienia, u schyłku życia nie będziemy mieli sobie nic do zarzucenia. Próbowaliśmy, ale los chciał inaczej. Życie na szczęście często uczy nas pokory wobec własnych marzeń, przekonuje, że nie jesteśmy pępkami świata (no bo ile pępków może mieć świat?!). My szybko przebieramy nóżkami w wielkim zniecierpliwieniu, a świat każe nam poczekać, wziąć na wstrzymanie. Może to i lepiej?

Powieść Artura Boratczuka traktuje właśnie o takim niepoprawnym marzycielu, który na przekór wszelkim przeciwnościom stara się urzeczywistniać swoje marzenia, by na koniec dojść do zaskakującej pointy, która dla jednych czytelników okaże się rozczarowaniem, a dla innych wisienką na torcie.
Ale przecież nie od końca zaczyna się ta powieść. Już nietypowe okoliczności przyjścia na świat Stasia zwiastują niezwykłe życie: Fraudencja, niczym baśniowa kraina, jest praktycznie odizolowana od zawieruchy wojny przetaczającej się przez świat; matka uważana we wsi za niespełna rozumu postanawia usunąć ciążę, by ostatecznie umrzeć przy porodzie; ojciec, rosyjski jeniec wojenny, zstępuje ze sceny wydarzeń zanim tak naprawdę zaczynają rozgrywać się na dobre. Stasia przygarnia pod dach jedna z rodzin mieszkających we wsi. Muszę przyznać, że ta na wpół baśniowa, na wpół idylliczna część powieści najbardziej mnie urzekła, gdy Staś błąka się po polach, buduje swój mały świat w oparciu o legendę o Świętym Graalu i autorytet miejscowego proboszcza, gdy ratuje z opresji czarnego bociana, a potem bezskutecznie uczy go latać, gdy ulega pierwszej erotycznej fascynacji...

Staś dorosły opuszcza baśniową Fraudencję, staje się Stanisławem i wkracza do szaroburego miejskiego świata. Wstępuje do wojska, wplątuje się w małżeństwo, którego lepiej byłoby uniknąć, a ostatecznie trafia do więzienia za poglądy polityczne. W tym czasie dojrzewa w nim przełomowa teoria, która miała tłumaczyć mechanizm działania wszechświata. Niestety czasy siermiężnego komunizmu nie sprzyjały rozwojowi kreatywności i nie wspierały młodych talentów. Stanisław zamiast do Polskiej Akademii Nauk trafia do szpitala psychiatrycznego. Wszak nie daleko nowatorskiemu naukowcowi do wariata… Jednak nie tak skończyła się walka Stasia o marzenia. Zakończenie, czyli według mnie wisienkę na torcie, pozostawiam Wam do samodzielnego odkrycia i… zjedzenia.

Jako wielka miłośniczka niebanalnego, malowniczego i poprawnego języka literackiego gratuluję autorowi wypracowania sobie naprawdę nieskazitelnego stylu. Jego powieść czyta się przyjemnie i bez zgrzytów. I chociaż rozumiem, że e-booki to przyszłość i wcale się od nich nie odżegnuję, zapach papierowych kartek przekonałby mnie do tej powieści jeszcze bardziej.

Za możliwość przeczytania dziękuję autorowi.

Książkę można nabyć tu.

Moja ocena: 4,5/6

piątek, 22 lipca 2011

O najsmutniejszym narodzie świata


Statyści, 2006
reż. Michał Kwieciński

Znacie to uczucie, gdy dopada was nuda, wgapiacie się bez celu w ekran telewizora, przeskakując z jednego kanału na drugi, żeby wreszcie bez przekonania zatrzymać się na jakimś programie lub filmie? Ja w taki właśnie sposób trafiłam na Statystów Kwiecińskiego. Gdy zobaczyłam Chińczyków biegających po ulicy, pomyślałam, że to kolejny film z niezmordowanym Jackiem Chanem i omal nie zdecydowałam się na pożegnalne pstryknięcie pilotem. Omal. Moje zmęczone jestestwo odmówiło jednak posłuszeństwa i za nic nie chciało ruszyć się z kanapy. I nagle zorientowałam się, że to wcale nie Jackie Chan, a Chińczycy biegają, a jakże, ale po planie polskiego filmu. Zaraz potem okazało się, że biegający Chińczycy to ekipa filmowa, która za scenerię swojego dramatu miłosnego wybrała Polskę i jej mieszkańców. Dlaczego? Bo jesteśmy podobno najsmutniejszym narodem na świecie. I tak już zostałam, a moje oczy otwierały się coraz szerzej.

Wspomniana ekipa filmowa przyjeżdża do niewielkiego polskiego miasteczka, by nakręcić film. Role pierwszoplanowe są już obsadzone przez chińskich aktorów, pozostaje znaleźć odpowiednio smętne tło w postaci statystów, którzy znakomicie podkreślą tragizm rozgrywających się w filmie wydarzeń. Reżyser organizuje więc casting, co dla mieszkańców miasteczka jest nie lada świętem. I nawet ci, którzy dla zasady podśmiewają się z chińskiej produkcji, po cichu liczą na angaż. Takim oto sposobem statyści zaczynają odgrywać role pierwszoplanowe, a my mamy okazję przypatrzyć się życiu, które wiodą między kolejnymi ujęciami do filmu. Jest więc tłumaczka chińskiego (Kinga Preis) wiodąca pozornie szczęśliwe życie z mężem i synem, dopóki nie przypomina sobie o niej dawny ukochany (Bartosz Opania), który porzucił ją w stanie błogosławionym. Jest zmanierowana księgowa (Anna Romantowska) żyjąca wspomnieniem zmarłego męża i syna, który „robi” karierę w wielkim świecie i przypomina sobie o matce tylko wtedy, gdy potrzebuje pieniędzy. Jest sklepikarka (Małgorzta Buczkowska), która nie może uwolnić się spod wpływu nadopiekuńczej siostry, bo ciągle dręczy ją przeświadczenie, że winna jest jej dozgonną wdzięczność. I jest jeszcze fotograf (Krzysztof Kiersznowski), który stara się walczyć z fotografią cyfrową i… samotnością. Wszyscy oni spotykają się na planie chińskiego filmu, by dodać koloru swoim szaroburym życiom. Okazuje się, że razem już nie tworzą najsmutniejszego narodu świata, czym do szału doprowadzają reżysera filmu. Odnajdują siebie i sens. Zaczynają rozumieć, że mogą jeszcze wyjść z zaułka, w którym się wszyscy znaleźli.

Trudno powiedzieć, co stanowi o dziwnym uroku tego filmu. Możliwe, że zestawienie dwóch kompletnie różnych kultur: energetyczni, choleryczni Chińczycy kontra flegmatyczni, uczuciowi Polacy, chińskie kino kontra polska rzeczywistość. Poza tym mamy tu do czynienia z naprawdę dobrym aktorstwem – bez popisów i wygłupów, które nikogo już nie bawią. No może niechlubnym wyjątkiem jest Bartosz Opania, który zagrał zupełnie bez przekonania i pomysłu. Niestety.

Jeśli macie ochotę na bezstresowy i lekki wieczór, polecam ten film na kolację. Nie szukajcie w nim jednak głębokiego przesłania, bo możecie się rozczarować, ale krótka refleksja na pewno spadnie na Wasze czoła. I zaśmiejecie się też nie raz.

Moja ocena: 4,5/6

środa, 13 lipca 2011

Kto mi powie, o czym jest ta książka?


Wasilij Aksjonow, Moskwa Kwa-Kwa
Аксенов В., „Москва Ква- Ква”, Эксмо, Москва 2010
s: 378

Niestety nie mam w zwyczaju porzucać raz rozpoczętej książki. Do końca żywię się nadzieją, że jednak odnajdę w niej coś, co wzbogaci moje życie duchowe. Tak jak ludziom, daję książkom drugą szansę, nawet jeśli na początku zawiodły moje zaufanie. Powieści Aksjonowa dałam aż dwie szanse. Dwukrotnie przerywałam lekturę, by odpocząć sobie w innych światach literackich, ale wiernie wracałam do rozpoczętej lektury. Czy warto było? Nie! Ale przynajmniej mogę poszczycić się czystym sumieniem. Coraz częściej dopada mnie jednak przekonanie, że moja honorowa zasada wspomniana w pierwszym zdaniu tego tekstu powoli staje się moim przekleństwem...

Jak już przyznałam się w tytule, nie mam pojęcia, o czym jest ta książka i jaki zamysł przyświecał autorowi, gdy ślęczał nad tą historią zakotwiczoną w Moskwie lat 50-ych minionego wieku. Bohaterem powieści jest jeden z siedmiu słynnych wieżowców (zwanych „siedmioma siostrami” Stalina), który zamieszkuje moskiewska elita. Tak oto poznajemy rodzinę Nowotkannych, którzy przysłużyli się Związkowi Radzieckiemu i jego socjalistycznym ideom, a tym samym zaskarbili sobie wdzięczność towarzysza Stalina: tatuś to naukowiec pracujący nad bombą atomową, mamusia to piękna aktywistka licznych organizacji socjalistycznych, która w czasie wojny ośmieliła się uwieść i porwać samego Hitlera (!), a córunia – to pożądana przez wielu napaleńców „tęczowa dziewica” początkowo planująca w hołdzie Stalinowi zachować swoje dziewictwo do końca życia… aż do momentu, w którym przygarnia sobie dwóch narzeczonych naraz.

Nie zgadniecie, kto budzi najwięcej sympatii w powieści... Nie kto inny jak sam towarzysz Stalin (!) – żyjący w ciągłym strachu przed jugosłowiańskim marszałkiem Tito, który rzekomo lada dzień ma przypuścić szturm na Kreml. Strach paraliżuje Stalina do tego stopnia, że nie śpi po nocach, tylko nasłuchuje czy wróg z Bałkanów nie czai się gdzieś za rogiem. Noce umila sobie piciem gruzińskiego koniaku i telefonicznymi pogaduchami ze swoim ulubionym poetą-agentem, a przy okazji jednym z narzeczonych „tęczowej dziewicy”. Koncepcja niby śmieszna, jednak nie do końca jestem przekonana do wizji starego, poczciwego wodza, która wydaje mi się jakby nie na miejscu…

Aksjonow dziarsko prowadzi nas przez Moskwę, gdzie głośno wielbi się Stalina, a po cichu słucha się amerykańskiego jazzu. Wywiad działa prężnie, jest terror i propaganda, są prześladowania i zastraszanie, ale wszystkie ciemne barwy stalinizmu przyćmione zostały groteską i parodią. Jak dla mnie za dużo w tej książce dziwności, która czasami zmuszała mnie do zatrzymania się i zadania sobie pytania: ale o co chodzi? Czytałam, że Aksjonow podąża śladami Bułhakowa z tą różnicą, że zamiast diabła zaprasza do Moskwy marszałka Tito. Uważam to za co najmniej obrazoburcze porównanie (tzn. Aksjonowa do Bułhakowa, nie diabła do Tito).

Ale może to tylko moja niewystarczająca wiedza literacka uniemożliwiła mi zrozumienie tej książki z jej wszystkimi aluzjami, niuansami i smaczkami.

No to kto mi powie, o czym jest ta książka?

Moja ocena: 3/6

sobota, 9 lipca 2011

Spojrzenie w przeszłość


François-Marie Banier, Czas przeszły
Banier F.-M., „Czas przeszły”, Książka i Wiedza, Warszawa 1978
tłum. Danuta Knysz-Rudzka
s: 116

Podejrzewam, że książka ta wzbudziła wiele kontrowersji, gdy pojawiła się w księgarniach ponad czterdzieści lat temu. Historia opisana na tych stu z hakiem stronach do przyjemnych nie należy i do dziś wywołuje niesmak i grymas obrzydzenia na twarzy (przynajmniej mojej).

Początek powieści kładzie się cieniem tragedii, która zdarzyła się bez naszego udziału. Nie wiemy dokładnie, co się stało, ale nie możemy pozbyć się uczucia, że wkraczamy do domu, w którym miał miejsce dramat. Poznajemy rodzinę, która stara się egzystować „mimo wszystko”, na siłę popychając do przodu każdy dzień, szukając sensu, próbując coś zapomnieć… Kilka stron dalej mamy szansę cofnąć się w czasie i poznać Oliviera, członka rodziny Lasserre, który nie należy już do teraźniejszości. Moje niecierpliwe palce przewracały kolejne kartki w poszukiwaniu odpowiedzi: ale co się stało?

Kluczem do zagadki okazuje się siostra Oliviera, Cecylia. Pan i Pani Lasserre należą do elity, ich dzieciom nie brakuje więc niczego, no może poza uwagą rodziców. Dzieci pozostawione same sobie przez lata budują dziwną i niezdrową relację, która zawęża ich świat do niepokojąco małych rozmiarów. Oliwier i Cecylia. Świat tak mały, że aż duszny. Rodzice ślepi na niezdrową, wzajemną fascynację rodzeństwa żyją w przekonaniu, że fantastycznie wywiązują się z rodzicielskich obowiązków, dając nastolatkom pełną swobodę. A tu, hulaj dusza, piekła nie ma. Oliwier i Cecylia zauroczeni sobą do granic szaleństwa, otępiali w pożądaniu, oddają się zakazanej miłości. Przyznam, że nawet moja niewzruszona zwykle brew na chwilę uniosła się ku górze. Skąd wzięło się to chore uwielbienie brata i siostry? Czy tylko rodziców należy obciążyć winą? Cecylia to egocentryczka, bezwzględnie grająca na uczuciach innych, zachłannie wyciągającą rękę po wszystko, na co ma ochotę. Postanawia uwieść brata, nie bacząc na konsekwencje. Zresztą nie widzi w tym nic złego. Żyje w świecie bez kar. Poza tym kocha go, a to usprawiedliwia wszystko. Może była zazdrosna o uczucie, którym Oliwier z wzajemnością obdarzał matkę? Ona nie mogła liczyć na podobne zainteresowanie ze strony ojca. Konsekwencje, niestety, były najgorsze z możliwych.

Książka zdecydowanie z potencjałem. Opis na okładce taki, że aż zadrżałam. Ale nie dostałam tego, na co liczyłam. Przez cały czas miałam wrażenie, że autor sili się na oryginalność i zaciera z zadowolenia ręce, wyobrażając sobie zszokowane oblicza czytelników. Styl autora również nie wzbudził mojej sympatii. Banier dostarcza nam suchą relację wydarzeń i rejestr płaskich uczuć. Zdania są krótkie i proste, a emocje jakby posiekane tasakiem. Nie mogłam złapać rytmu. Nie dałam się przekonać temu ascetyzmowi uczuć. Wydawca porównuje styl autora do Flauberta czy Prousta. Gruba przesada.

Co ciekawe, ten wówczas „niezwykle utalentowany i dobrze zapowiadający się pisarz młodego pokolenia” ostatecznie zaniechał kariery pisarskiej. Teraz para się fotografią, a fotografuje głównie celebrytów, co przynosi mu całkiem spore dochody. Więc chyba nie ma czego żałować…

Moja ocena: 3,5/6

wtorek, 5 lipca 2011

Zanim żar znów spłynie z nieba


Pada deszcz
Guillaume Apollinaire


Pada deszcz głosów kobiecych jakby umarły one nawet we wspomnieniu

Wy też padacie cudowne spotkania mojego życia o kropeleczki

I chmury stają dęba i rżą niby wszechświat miast dosłyszalnych

Słuchaj czy pada deszcz gdy żal i wzgarda wypłakują dawną swą muzykę

Słuchaj jak opadają więzy przytrzymujące cię od góry i dołu


tłum. Jerzy Lisowski
(z prawej strony oryg. wersja; kliknij)

Guillaume Apollinaire zawsze będzie dla mnie wizualistą. Pamiętam, jak wielkie było moje zaskoczenie wieki temu, gdy po otwarciu tomiku poezji wyskoczył z niego koń, którego kontury tworzyły misternie ułożone słowa. Z kolei na innej stronie spod kapelusza zawadiacko spoglądała na mnie pewna dama, która całym swoim jestestwem stanowiła wiersz. Pierwszy raz zetknęłam się z takim wyrazem artystycznym, który wtedy był dla mnie przejawem niezwykłego talentu poety. Taka forma prezentacji wydawała mi się równoznaczna z elegancją oraz harmonią treści i jej wizualnego przekazu. Wiersz był jednocześnie swoją własną ilustracją!

Dziś mam raczej mieszane uczucia. Czy jeśli w XXI w. poeta pokusiły się o taką wizualizację swojego wiersza, uznalibyśmy jego wysiłki za poetycki kunszt czy raczej kicz? Czemu tak naprawdę służy zilustrowanie treści wiersza? Coraz bardziej skłaniam się ku przekonaniu, że raczej zakłóca komunikat niż go wspiera. Przecież patrząc na oryginalny wiersz Pada deszcz (Il pleut), widzę tylko strugi deszczu, a czy tylko deszcz jest ważny wśród tylu innych słów? Nie wspominając już o ciężkiej doli tłumacza, na którym zawsze ktoś będzie wieszał psy za brak podjęcia choćby próby wizualizacji wiersza. Guillaume Apollinaire to jednak już historia literatury i należy pamiętać, że jego poezja torowała drogę surrealizmowi (to on ukuł ten termin!). A jakbyśmy taką poezję przyjęli dziś? Kicz czy przejaw geniuszu?

Więcej przykładów "obrazkowej" poezji tu.

piątek, 1 lipca 2011

"Blisko ludzi, ale daleko od nich"


Sabina Berman, Dziewczyna, która pływała z delfinami
Berman S., „Dziewczyna, która pływała z delfinami”, Wydawnictwo Znak”, Kraków 2011
tłum. Małgorzata Moś
s: 231

Isabelle w wyniku śmierci swojej siostry przeprowadza się z Kalifornii do Meksyku, by przejąć w spadku rodzinną przetwórnię tuńczyka „Pociecha”. Tam odnajduje bezimienne, na wpół dzikie dziecko, które okazuje się być jej autystyczną siostrzenicą, o której istnieniu nie miała bladego pojęcia. Isabelle nadaje jej imię i przygarnia pod swoje skrzydła. Tak oto zaczyna się przygoda Karen, która odnalazła wolność nie tylko w miłości swojej ciotki, ale również na dnie oceanu…

Taki mógłby być początek całkiem dobrej recenzji. Niestety, w sieci pojawiło się już tyle tekstów dotyczących tej książki, że u niektórych, domyślam się, alergię może wywoływać już sam widok okładki. I nie mam mowy, by silić się na oryginalność. A szkoda, bo książka zdecydowanie zasługuje na uwagę i nie powinna stać się obiektem czytelniczego ostracyzmu. I chociaż nie jest to książka, która ryje się w pamięci ciężkim przesłaniem, pozwala jednak spojrzeć na własne życie z zupełnie innej perspektywy. Więc dziś zamiast wtórnej recenzji, kilka luźnych i świeżych, mam nadzieję, przemyśleń.

W powieści mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową, więc otrzymujemy niepowtarzalną okazję spojrzenia na świat oczami autystycznego człowieka. Ile ma to wspólnego z rzeczywistością? Nie mam pojęcia (jak zwykła mawiać Karen). Wrażenie jest jednak dość niezwykłe. Poruszył mnie zwłaszcza ograniczony zakres emocji, który autyk ma do dyspozycji. Odpowiedzią Karen na świat mogła być jedynie obojętność lub agresja. W zanadrzu chowała zaledwie trzy miny, które musiały jej wystarczyć za całą dynamikę twarzy. Potrafiła nawiązać kontakt z ludźmi, jednak do przyjaźni nie była zdolna. Jedynie ciotkę darzyła specjalnym zaufaniem. Gdy ktoś się jej nie spodobał, ignorowała go, przechodząc na funkcję „standby”. Tak jak w tytule: była blisko ludzi, ale daleko od nich [s.31].

Do ciekawszych momentów książki należy również polemika Karen z bodajże najsłynniejszym cytatem z Kartezjusza: Myślę, więc jestem. Karen twierdzi, że właśnie taki tok myślenia sprawił, że ludzie poczuli się nadrzędni wobec innych istnień na ziemi. To myślenie ma ludzi wyróżniać i dawać im prawo do zabijania. Według Karen człowiek najpierw jest, a dopiero potem myśli. A myślenie nie jest potrzebne do odbierania rzeczywistości; może wręcz przeszkadzać:
Żeby być szczęśliwym, wystarczy postrzegać zmysłami i bez Kartezjusza. Zmysłami i bez słów. Wystarczy całym ciałem przebywać w rzeczywistości.
A żeby być jeszcze szczęśliwszym, trzeba otworzyć się na rzeczywistość, jak gdyby była ona tym, co człowiek myśli.
[s.102]
Trudno się z tym nie zgodzić. Wychodzi na to, że nie tylko słowa wszystko szmacą (za Bernhardem), ale również myślenie.

Na koniec kilka słów o wydaniu: jak może już wiecie, oryginalny tytuł jest nieco inny (hiszpańskiego nie znam, ale w zbliżonej wersji amerykańskiej jest to The Woman Who Dived into the Heart of the World). Zresztą Karen sugeruje podobny tytuł dla swojej książki Ja zanurzona w centrum świata. Więc po co delfiny?

Kolejna sprawa to wysyłanie jednej książki do dwudziestu (oby) blogowych recenzentów. Czy tylko mi się wydaje czy to raczej zniechęca wszystkich pozostałych do kupna tej książki? Wiem, jakimi prawami rządzi się marketing, ale zawsze będę buntowała się w obliczu zasady „ilość ponad jakość”. Liczą się linki, liczba kliknięć i pozytywnych opinii… Ale o ile przyjemniej byłoby, gdyby wydawnictwa wysyłały książki do kilku swoich ulubionych „recenzentów” (tak, wiem, niektóre tak robią), choćby nawet miało mnie nie być w tym zacnym gronie… Snobizm, snobizm i jeszcze raz snobizm przeze mnie przemawia:)

I niepostrzeżenie zachmurzyło się nad moim blogiem. A szkoda, bo książka naprawdę jest godna uwagi.


[Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Znak]

Moja ocena: 4,5/6

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Piękno vs. brzydota


Czarny łabędź
(oryg. Black Swan), 2010
reż. Darren Aronofsky

Jak zgubne jest dążenie do perfekcji wie każdy, kto potknął się kiedykolwiek o czubek własnego nosa. Niestety perfekcja, choć nieosiągalna, wciąż mami nas obietnicą wyjątkowości i spełnienia. Łudzimy się, że gdy TAM dotrzemy, osiągniemy w końcu spokój ducha. Nic bardziej mylnego. Droga do doskonałości to droga w jedną stronę, na końcu której czeka szaleństwo, w najlepszym wypadku rozczarowanie. Ambicja zabija przyjemność tworzenia, odbiera radość osiągania. Dążenie do perfekcji sprawia, że skupiamy się wyłącznie na sobie, zamykamy się w ciasnym „ja”, nie mamy punktu odniesienia. Dusimy się.

Do takiego właśnie dusznego środowiska nowojorskiego baletu wciąga nas Aronofsky, gdzie jak na dłoni widać, jak daleko mogą być od siebie członkowie jednego zespołu. Każdy jest tam dla siebie, każdy kreuje swoją drogę do perfekcji. Im ktoś jest lepszy, tym większą wzbudza zawiść. Duszno tam i nieprzyjemnie… Częścią tego zespołu jest Nina Sayers (Natalie Portman), samotna, zamknięta w sobie, niedorozwinięta emocjonalnie, a do tego destrukcyjnie ambitna tancerka, pozostająca pod silnym wpływem swojej matki. Nie bez znaczenia jest fakt, że matka Niny również była baleriną, która teraz swoje niespełnione ambicje próbuje zrealizować kosztem córki. Klasyczny przypadek. Film rozpoczyna się dla nas w dość dramatycznym momencie, tuż przed ogłoszeniem obsady do Jeziora łabędziego w nowatorskiej interpretacji, gdzie jedna tancerka ma się wcielić w rolę tej dobrej i tej złej siostry. Myślę, że nie zdradzę wielkiej tajemnicy, gdy powiem, że casting wygrywa Nina. Czy sprosta zadaniu? To już pozostawiam do odkrycia.

Co wyróżnia ten film od miliona innych dramatów psychologicznych? SZCZEGÓŁY. Jeśli ktoś zna inne dzieła Aronofsky’ego, wie, o czym mówię. Reżyser takich filmów jak Requiem dla snu, Źródło czy Zapaśnik tworzy współczesne moralitety, ale nie przynudza, dopuszcza możliwość swobodnej interpretacji, pozwala wybrać coś dla siebie. Nie wiem czy ktoś z Was widział Zapaśnika, który mnie dosłownie powalił... Miałam wrażenie, że Czarny łabędź to jakby inne rozwinięcie tej samej historii przy użyciu innych słów, innych barw, innej stylistyki… A jednak idea dążenia do bycia kimś, kim być nie możemy, przyświeca obu filmom. I to pragnienie odkrycia lepszego „ja”, które nie pozwala na poznanie prawdziwego „ja”. Czy Nina może ujawnić swoje prawdziwe emocje na scenie skoro w realnym życiu ich nigdy nie doznała? Czy może być prawdziwa na scenie, jeśli tak naprawdę nie zna innego życia poza sceną? Zachęcam do poszukania odpowiedzi.

Na duże brawa zasługują Natalie Portman (aż miałam gęsią skórkę) i oczywiście Vincent Cassel, ale to chyba nie jest zaskoczeniem. To tyle z luźnych przemyśleń. Jeśli balet kojarzy się Wam wyłącznie z lekkością i wysublimowanym pięknem, obejrzyjcie ten film koniecznie. Gwarantuję, że posypią się pióra.

Moja ocena: 5/6

niedziela, 19 czerwca 2011

Prowincjo spokojna, prowincjo wesoła


Magdalena Lewańska, Detektyw i panny
Lewańska M., „Detektyw i panny”, Wydawnictwo JanKa, Pruszków 2011
s: 270

Nie samą ambitną lekturą żyje czytelnik. Czasami warto sięgnąć po książkę, która pozwoli nam się odprężyć, zrelaksować i zapomnieć o nużącej codzienności. Dobrze by było, gdyby przy okazji nie było to tylko bezwartościowe czytadło, które nie wniesie do naszego życia nic poza niestrawnością. Niełatwo o taką książkę, dlatego powieść Magdaleny Lewańskiej polecam z czystym sumieniem jako całkiem przyjemny krok w bok na drodze w poszukiwaniu książki doskonałej.

Detektyw i panny to kryminał, a właściwie pastisz kryminału. I chociaż nie jestem wybitnym znawcą tego gatunku literackiego, trudno nie zauważyć, że autorka traktuje swoich bohaterów i nawiedzające ich zbrodnie raczej z przymrużeniem oka. Uczuciem, które towarzyszy czytelnikowi w czasie lektury nie jest strach, ale raczej szczere rozbawienie. Dyskretny humor nie pozbawia nas jednak przyjemności podążania śladami mordercy i rozwikłania zagadki na własną rękę.

Powieść składa się z dwóch opowiadań, które łączy małe miasteczko w Niemczech i postać komisarza Dirka Tielke „zesłanego” na prowincję w celu objęcia pieczy nad tamtejszym posterunkiem policji. Wychowany na detektywistycznym serialu o poruczniku Colombo Tielke marzy po cichu o wielkiej sprawie, której rozwiązanie wyniesie go na wyżyny sławy. Niestety… małe miasteczko i jego praworządni mieszkańcy srodze go rozczarują. Komisarz Tielke nie ma okazji, żeby wykazać się swoim detektywistycznym drygiem. Do czasu. Jednak gdy w końcu na horyzoncie pojawia się nadzieja na zbrodnię, Tielke gubi dowody, podąża niewłaściwym tropem, nie potrafi powiązać faktów. W rozwiązaniu sprawy pomagają mu miejscowe kobiety otaczające przystojnego kawalera ciasnym wianuszkiem. Przezabawny jest ten nasz detektyw: nieporadny, kochliwy, chętnie zdradzający szczegóły śledztwa wszystkim dookoła. A do tego boi się myszy. Mieszkańcy miasteczka otaczają go rozczulającą troską: pomagają w dochodzeniu, podsuwają hipotezy, kibicują romansowi z piękną Alke. Naprawdę, trudno traktować go poważnie...

Pokusiłabym się o stwierdzenie, że nie zbrodnia jest osią tej powieści. Jest nią małe miasteczko i jego barwni mieszkańcy, którzy wiodą swoje życie po cichu, w idealnej symbiozie, za regularnie falującą firanką. Zbrodnia wydaje się być tylko urozmaiceniem monotonii ich życia. Nawet szaleniec umieszczający organy swoich ofiar w lodówce nie jest w stanie godnie przerazić…

A więc jeśli lubicie niestraszne kryminały okraszone sporą dawką humoru, Detektyw i panny przysporzą Wam dużo frajdy. To w miarę przyjemna rozrywka, która nie pozostawia niesmaku, jak również żadnej głębszej refleksji.

Moja ocena: 3,5/6

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu
JanKa
i wortalowi literackiemu
Granice.pl

środa, 15 czerwca 2011

Studium obłędu


Thomas Bernhard, Kalkwerk
Bernhard T., „Kalkwerk”, Officyna Wydawnictwo, Łódź 2010
tłum. Ernest Dyczek, Marek Feliks Nowak
s: 238
Słowa stworzono po to, aby poniżyć myślenie […], słowa są po to, by skasować myślenie […] W każdym przypadku słowa wszystko szmacą [s. 119]
Jeszcze zanim zaczęłam czytać na dobre, ogarnął mnie strach. Czy to aby na pewno książka dla mnie? Przeraziła mnie niewinnie dołączona do książki zakładka, na której czerniły się złowieszcze słowa: …u Lannera mówi się, że Konrad uśmiercił swoją żonę dwoma strzałami, u Stieglera jednym jedynym strzałem u Gmachla trzema, a u Laski, że wieloma strzałami. Jasne, że do tej pory poza biegłymi sądowymi, jak można przypuszczać, nikt nie wie, iloma strzałami zabił Konrad swoją żonę… Nie byłam pewna czy mam ochotę przedzierać się przez szczegóły zbrodni dokonanej przez obłąkanego mężczyznę na swojej kalekiej żonie. Zbrodnia to jednak TYLKO początek i koniec powieści; przyczyna i skutek. Nie mamy do czynienia z kryminałem; od początku wiadomo, kto zabił i nawet, jeśli przez chwilę zdaje nam się, że ostatecznie poznamy motywy zbrodni, w miarę czytania pozbawiamy się złudzeń.

Tytułowy Kalkwerk to ponura posiadłość, do której wprowadzają się Konrad, aspirujący naukowiec i jego przykuta do wózka inwalidzkiego żona. W Kalkwerk Konrad szuka ciszy, spokoju i izolacji od świata zewnętrznego, by w pełni oddać się tworzeniu dzieła swojego życia – naukowego studium O słuchu. Do jego spisania przygotowywał się od niemal dwudziestu lat i dopiero Kalkwerk miało stać się jego ostoją spokoju godną spisania wiekopomnego dzieła. Niestety Konrad przeliczył się. Z zażenowaniem obserwujemy jego bezowocne próby, eksperymenty prowadzone na żonie, które spokojnie moglibyśmy nazwać nękaniem i jesteśmy świadkami narodzin szaleństwa. Konrad nie ma szansy na spisanie swojego studium, gdyż paradoksalnie myśl o tym opętała go tego stopnia, że zablokowała w nim możność dokonania czegokolwiek. Wypełniła go szczelnie, pozwalając jedynie na wykonywanie machinalnych czynności, pozbawiając tym samym ducha kreatywności. Wciąż dręczyła go jedynie pusta, biała kartka. Muszę przyznać, że nieobce jest mi to uczucie, gdy doskonale wiem, co chcę napisać, ale blokuje mnie niemożność przelania właściwych słów na papier. A gdy już się pojawią, często mam wrażenie, że to właśnie słowa wszystko szmacą… Na szczęście moje skromne aspiracje nijak się mają do tych, które zawładnęły bohaterem Bernharda, ale i tak prześladuje mnie myśl, że od szaleństwa często dzieli nas tylko jeden, mały krok.

Nie zapomnijmy, że Bernhard to również język: prosty, męczący, miejscami kaleki, z licznymi powtórzeniami, sam w sobie zdolny do doprowadzenia czytelnika do obłędu. Ale ja się w nim odnalazłam. Dla mnie był doskonałym dopełnieniem fabuły, harmonią w szaleństwie. Zdradzał człowieka zagubionego, obłąkanego, winnego. Nie pozwalał na choćby cień współczucia.

Książka choć trudna i wymagająca totalnego skupienia, jest warta uwagi. Polecam wszystkim, którzy szukają w literaturze eksperymentów. Nie zawiodą się.

Kalkwerk na deski teatru brawurowo przeniósł Krystian Lupa. Fragment do obejrzenia tu.

[Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Officyna]


Moja ocena: 5/6

sobota, 11 czerwca 2011

O miłości niebanalnie


Nicole Krauss, Historia miłości
Krauss N., „Historia miłości”, Świat Książki, Warszawa 2009
tłum. Katarzyna Malita
s: 320

Miłość to niebezpieczny temat. Już tyle na jej temat powiedziano, napisano i przeczytano, że trudno nie otrzeć się o banał. I o ile lubię historie miłosne trącące myszką, które wyzierają na nas nieśmiało z zakurzonych półek, o tyle zwykle unikam współczesnych romansideł. Po prostu wątpię, że można jeszcze powiedzieć coś odkrywczego w temacie miłości, co by nie było nazbyt wulgarne lub mdłe. A jednak.

Powieść Nicole Krauss sprawiła, że moje oczy i uszy otworzyły się szeroko. Okazało się, że o miłości można mówić niebanalnie, bez zbędnej egzaltacji, jednocześnie ożywiając stado mrówek biegających po kręgosłupie w górę i w dół. Autorka daje nam do zrozumienia, że miłość to niekoniecznie nagroda dla wytrwałych, którą zdobywa się po pokonaniu licznych przeszkód. Każda miłość jest inna i każda inaczej smakuje. Jedna bywa szczęściem, inna chorobą. Nie każdą potrafimy zdiagnozować.

Historia miłości
ma kilku bohaterów, ale najważniejszym z nich jest książka, która nosi tytuł… Historia miłości i choć znana tylko wąskiemu gronu czytelników, ma moc zmieniania życia. Jej autorem jest Leo Gursky, Żyd pochodzenia polskiego, którego wojna rozdzieliła z ukochaną kobietą, zanim zdążyli tak naprawdę nacieszyć się sobą, poznać bliżej, może otrząsnąć… Ich miłość zastygła na etapie idealizmu. Ona wyjechała do Stanów, on jeszcze przez pewien czas ukrywał się w Polsce. To na jej cześć napisał książkę, w której uwiecznił jej imię. Odtąd każda kobieta nosiła imię Alma. Leo myślał, że książka zaginęła, ona jednak spokojnie wędrowała przez świat, zmieniając życia.

W Historii miłości przysłuchujemy się trzem różnym opowieściom, które przenikają się wzajemnie. Wydaje nam się, że układamy jeszcze raz w całość puzzle, które ktoś niechcący potracił nogą. W pewnym momencie przychodzi nam się zastanowić, kto jest autorem, a kto bohaterem; która opowieść jest nadrzędna względem drugiej. Ale tak naprawdę nie ma to najmniejszego znaczenia. Ważne są emocje, które jedna po drugiej nawlekamy na nitkę. I ich odcienie. Inna jest miłość osiemdziesięciolatka do idealizowanej przez lata kobiety, inna miłość ojca do syna, inna miłość nastolatków, którzy dopiero uczą się swojego smaku. Inna jest miłość do przyjaciela, którego tak naprawdę nie ma. Przeraża również samotność, którą Krauss maluje w swojej powieści nad wyraz naturalistycznie. Nie chcemy widzieć takiej samotności, brzydzi nas, odstręcza, wywołuje grymas na twarzy. Jest przeciwieństwem miłości i synonimem starości.

Cieszę się, że są jeszcze współczesne książki, które mogą poruszyć mnie do żywego, bo powoli zaczęłam tracić nadzieję. Historia miłości zaskakuje, zmusza do myślenia i eksperymentowania. A czasami bawi, gdy nie powinna:
Nauczył się żyć z prawdą. Nie zaakceptować ją, ale z nią żyć. To tak, jakby żyć ze słoniem. Jego pokój był malutki i co rano musiał przeciskać się obok prawdy, by dojść do łazienki. Żeby wyjąć z komody bieliznę, musiał wczołgiwać się pod prawdę, modląc się, by właśnie w tej chwili nie postanowiła usiąść mu na twarzy. Nocą, kiedy zamykał oczy, czuł, że czai się nad nim. [s. 206; fragment, gdy jeden z bohaterów dowiaduje się, że jego rodzina została wymordowana przez hitlerowców].
Jako że książka była prezentem (bardzo udanym): dziękuję N.

Moja ocena: 5,5/6

piątek, 3 czerwca 2011

O chłopcu, który czaruje swoją opowieścią


Charles Dickens, Dawid Copperfield
Dickens Ch., „David Copperfield”, Bantam Classics, New York 1981
s: 832

Nie tak wyobrażałam sobie początek mojej przyjaźni z Davidem Copperfieldem. Fatalne wydanie powieści, na które skarżyłam się kilka postów wcześniej, napsuło mi sporo krwi, ale nie zniechęciło bynajmniej do kontynuowania przyjaźni zawartej w tak niefortunnych okolicznościach. Wystarczyło tylko znaleźć odpowiednie (kompletne) wydanie powieści, by szybko przełknąć gorycz poprzedniego rozczarowania.

Charles Dickens daje nam do rąk opowieść, od której nie można się oderwać. Słyszałam, że lekturze tej historii, jak i wielu innych, które wyszły spod pióra Dickensa, sprzyjają raczej zimowe pejzaże, ale dla mnie pogoda za oknem nie miała większego znaczenia. Gdy ktoś, tak jak ja, uwielbia odwiedzać myślami beztroskie czasy dzieciństwa i młodości, da się ponieść tej opowieści o dowolnej porze roku. U mnie szybko przewracane strony naprawdę trzepotały niczym skrzydła…

David Copperfield to chłopiec, który pierwsze lata swojego dzieciństwa spędził w otoczeniu kobiet. To doświadczenie zasiało w nim niezwykłą wrażliwość graniczącą prawie z naiwnością, przez którą niejednokrotnie wpadał potem w poważne tarapaty, ale która również sprawiała, że kobiety otaczały go niemal matczyną czułością. Dzięki tej swojej niezwykłej wrażliwości nawiązywał wiele dziwnych przyjaźni, które pozostawały nie bez wpływu na jego dalsze życie. Nie podejmuję się nawet próby streszczenia perypetii Davida – zajęłoby to zbyt wiele czasu, podobnie jak opisanie każdego z bohaterów, gdyż Dickens ukazuje nam pełny przekrój dziewiętnastowiecznego społeczeństwa angielskiego we wszystkich jego barwach i odcieniach. A David jest tylko jego wiernym kronikarzem. Trudno nawet powiedzieć, że to właśnie on zdobył moją największą sympatię. Wielokrotnie denerwowała mnie jego bezsilność i naiwność, gdy zdarzało mi się zapomnieć, że to przecież tylko dziecko. Wzruszył mnie jednak bardzo, gdy wybrał się na pieszą wędrówkę z Londynu do Dover, by odnaleźć swoją jedyną krewniaczkę, której nigdy wcześniej nie poznał. I to chyba właśnie daleka ciotka Davida, Betsy Trotwood, rozczuliła mnie najbardziej. Stara panna, pozostająca w dziwnym, nieformalnym związku z panem Dickiem, pozornie sroga, energiczna, odwiecznie wojująca z osłami przechadzającymi się po jej doskonałym trawniku, niezdolna wybaczyć Davidowi (na początku), że nie jest dziewczynką szybko wzbudziła moją sympatię. Zresztą myślę, że z całego tego dobrodziejstwa postaci każdy wybrałby inną - tę jedyną, wyjątkową i ulubioną.

David Copperfield to kolejna pozycja, której nie wypada nie znać. Chociaż tak naprawdę, ile jest takich książek, które TRZEBA przed śmiercią przeczytać? Raczej życia nam nie starczy… Jeśli jednak Wasza dłoń prześliźnie się przypadkiem w bibliotece po grzebiecie tej powieści Dickensa, pamiętajcie, że jeśli się skusicie, czeka Was spora dawka niewinnej i beztroskiej przyjemności. Bez drugiego dna.


Moja ocena: 5,5/6