środa, 18 maja 2011

Książka godna spalenia na stosie



I bynajmniej nie mam nic do zarzucenia szacownemu panu Dickensowi. Chodzi o wydanie jego powieści, które nieopatrznie przygarnęłam do swojej kolekcji. Zaznaczam, że byłam całkowicie nieświadoma zawartości, bo książkę skrzętnie oklejono folią. Po rozwinięciu folii w domu od razu podejrzanym wydało mi się, że nigdzie nie widnieje nazwisko tłumacza, który dopuścił się przekładu powieści, ale przymknęłam na to oko. Później już było tylko gorzej. Książka nie przeszła ŻADNEJ korekty! Roi się w niej od błędów wszelkiej maści: począwszy od interpunkcyjnych, a skończywszy na grubych ortografach. Jakby tego było mało, imiona i nazwiska w niektórych miejscach są niewybaczalnie poprzekręcane. Ale jestem dzielna, nawet po tym spostrzeżeniu się nie poddałam i czytałam dalej. Pomyślałam, że w moim wieku jestem już odporna na złą ortografię, chociaż serce pękało mi z bólu. Niestety, największy cios czekał mnie na samym końcu... Książka kończy się na czterdziestym rozdziale. Niby ładnie, pięknie, rozdział czterdziesty wydaje się solidnym rozdziałem, na którym można zakończyć powieść. Sęk jednak w tym, że oryginał posiada bodajże 64 rozdziały!!! Załamałam się totalnie...

Ku przestrodze: piękne wydanie nieznanego bliżej wydawnictwa (Wyd. "KWE" Sp. z o.o.) zakupione za 13,50 zł w jednym z hipermarketów... Nigdy więcej.
Wówczas zakupiłam trzy książki tego wydawnictwa: Martin Eden zdał test na piątkę, choć również nie doszukałam się nazwiska tłumacza (czy oni biorą te tłumaczenia z Internetu?) Przede mną jeszcze Stendhal - aż boję się otworzyć.
Ale jest to dowód na to, że naprawdę
KSIĄŻKI NIE NALEŻY OCENIAĆ PO OKŁADCE.

Copperfielda jednak nie porzucam, muszę tylko zaopatrzyć się w porządne wydanie (tym razem prawdopodobnie w oryginale), żeby spokojnie dowieść jego przygody do końca.

14 komentarzy:

  1. Małe wydawnictwa oszczędzają na czym mogą, ale to co opisałaś woła o pomstę do nieba

    OdpowiedzUsuń
  2. A może to wydanie, które ma tylko grzecznie stać na półce i ładnie wyglądać?:) Tak mi się skojarzyło po obejrzeniu zdjęcia.
    Chyba nigdy nie przestanę się dziwić, że można taki produkt w ogóle dopuścić do sprzedaży.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja z tej samej serii mam książkę pt. "Opowieści NIESARNOWITE" Taki tytuł widnieje na okładce...

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam kilka książek tej serii i ich zawartość jest tragiczna, zgadzam się ;/

    OdpowiedzUsuń
  5. dokładnie - czytanki.anki, może trzeba dziękować, że w środku nie było białych stron ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ze zwykłego edytora tekstów mogli skorzystać przed drukiem... ech

    OdpowiedzUsuń
  7. Koniecznie przeczytaj Copperfielda, to wspaniała książka, warta wysiłku szukania dobrego przekładu. Ja czytałam naprawdę stare wydanie z biblioteki, ledwo trzymało się w szwach, ale słowo daje, urzekało językiem :) Stawiałabym więc na stare tłumaczenia :) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Witam wszystkich Wzburzonych (mi też jeszcze nie przeszło) i podpisuję się rękoma i nogami pod wszystkimi komentarzami.

    Porcelanowa, wiesz, chyba bardziej bym się cieszyła jakbym zastała białe kartki - wyrzuciłabym "oszusta" od razu i oszczędziła sobie rozczarowania w trakcie czytania.

    Barbaro, szukam dobrego wydania, ale raczej zostanę tym razem przy języku angielskim.

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  9. no przyznaje,takiej ksiazki jeszcze nie mialam okazji czytac:)
    totalny brak szacunku,dla czytelnika i dla Dickensa,przykro....
    niestety sama czesto oceniam ksiazke po okladce...wiem,blad:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Emocjo, masz rację, nawet nie pomyślałam o Dickensie: pewnie się w grobie przewraca...

    OdpowiedzUsuń
  11. Z tego co piszesz i z komentarzy wynika, że te "książki" powinny znajdować się na dziale " dekoracje do domu", może ktoś miał genialny pomysł ozdabiania regałów mahoniowych.
    Rzeczywiście, nie wszystko złoto, co się świeci.

    OdpowiedzUsuń
  12. O bogowie moi, ostrzegłaś mnie, żeby nigdy nie kupować zafoliowanej książki. Kiedyś nabrałam się na pięknie wydane "Biesy" Zielonej Sowy w anonimowym przekładzie z XIX wieku. Nie dało się czytać. A znów koleżanka dzwoniła do mnie pewnego dnia z biblioteki polonistycznej (sic!) z pytaniem, czy "Dracula" Stokera naprawdę ma 80 stron, bo widziała u mnie na półce i wyglądał grubiej, a wypożyczyła wersję mini. ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Pemberley, tak, myślę, że to książki tego typu, które zawsze widzimy w filmowych, wypasionych bibliotekach;)

    szmaragdo, ofoliowana książka to zawsze ryzyko, ale kupując takową od renomowanego wydawnictwa i w porządnej księgarni (a nie w hipermarkecie), myślę, że nie masz się o co martwić. Zresztą zawsze można zareklamować.
    A co do Stokera - to pewnie było jakieś skrócone wydanie dla młodzieży. Trzeba być czujnym:)

    Pozdrawiam i dzięki za odwiedziny

    OdpowiedzUsuń