środa, 5 grudnia 2012

Znienawidzić miłość



Anna Janko, Pasja według św. Hanki
Janko A., „Pasja według św. Hanki”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012
s: 364

Hanka wciągnęła mnie siłą w swój duszny świat pewnego dnia w księgarni, gdy jak zwykle rozgrzanymi do czerwoności palcami przeglądałam pierwszą z brzegu książkę, której kupić przecież nie zamierzałam, bo to nierozsądne kupować piątą książkę w tym tygodniu. Nie kupiłam. Dostałam ją później. Pomyślałam: poleży, dojrzeje, poczeka, jak inne, na swój czas. Nie wytrzymałam. Chwyciłam ją poza kolejnością i od razu rozpacz Hanki ścisnęła i mnie za gardło. Nie mogłam czytać. Nie mogłam oddychać. Ta książka dusi, krztusi i jest jak ość, której nie można wyjąć.

Ale od początku.  

Hanka doszła do takiego momentu w swoim życiu, kiedy z pewności, że chce się być z drugim człowiekiem do końca życia zostały tylko zgliszcza. Miłość spowszedniała, brakuje uniesień i endorfin, sens egzystencji spłowiał. Dzieci okazują się niewystarczającym powodem, by trwać z człowiekiem, który z dnia na dzień okazuje się coraz bardziej obcy. I jest ktoś jeszcze: kto rozumie, kocha do nieprzytomności, dostarcza wrażeń, obiecuje świat u stóp, zapala iskry w oczach. Jest pożądanie, jest obietnica bezkresnej miłości. Hanka postanawia jeszcze raz przeżyć wielką miłość. I tu zaczyna się dramat, bo Piękno jest tylko przerażenia początkiem (Rilke).

Hanka miota się między dwoma światami, wiecznie na walizkach, z córką i psem, kursuje między domem męża i kochanka, rozedrgana, rozhisteryzowana, nie potrafiąca wybrać między rodziną a miłością. Bo to wybór niemożliwy. Więc próbuje połączyć rodzinę z miłością, co doprowadza ją do rozpaczy. Czuje się zniewolona i bezsilna, z litością patrzy na dziecko spokojnie obserwujące jej poczynania. To Hanka jest epicentrum tego trzęsienia ziemi, cała reszta świata cierpliwie znosi jej rozdwojenie, czekając na decyzję.

Powieść nie jest pochwałą zdrady. Raczej próbą uchwycenia stanu, jaki dopada kobietę, gdy miłość przychodzi za późno, gdy kobieta jest już uwikłana w dom, gdy spada na nią wątpliwość, że związała swoje życie z niewłaściwym mężczyzną, gdy zapewnienie „normalnego” domu dzieciom jest priorytetem. Co wtedy robić? Poświęcić się dla dzieci, pozbawiając się tym samym prawa do miłości, czy odejść, rozbijając rodzinę i godząc się na permanentne poczucie winy? Powieść jest strumieniem myśli, czasem nielogicznych, czasem pachnących poezją, czasem zbyt banalnych, czasem wulgarnych. Doskonale czujemy wszystkie stany, w które wpada Hanka: zdenerwowanie i podniecenie początkującej niewiernej, euforia i rozkosz namiętnej kochanki, poczucie winy i rozpacz troskliwej matki, wstyd i zakłopotanie zdradzającej żony. A wszystko to przetkane jest histerią osaczonej kobiety, która nie potrafi znaleźć wyjścia. Duszno.

Przeczytałam gdzieś, że nie zrozumie tej książki ten, kto nigdy nie kochał do granic szaleństwa, kogo miłość nie strawiła do trzewi. Czy tak? Cierpienia Hanki nie sposób nie czuć na własnej skórze, ale czy trzeba ją rozumieć? Przecież nawet mała Rózia wiedziała lepiej, że trzeba być z tym, którego się kocha. Mała Rózia.

Ale cenię Janko za język. To trochę tak, jakbym czytała swoją duszę, ale lepiej, dosłowniej, dosadniej. Urzekł mnie jej bałagan myślowy, natłok emocji, słowna gorączka. Nie mam wątpliwości, że Janko to również poetka…

A na koniec jedna z wynotowanych refleksji, która… budzi mój sprzeciw:

Potrzebuję adresata, aby być. Bo naprawdę mocno być można tylko wobec kogoś [...] To inni nadają nam kształt. To dla nich trzymamy formę. Dlatego samotność bywa tak zabójcza. Dlatego ludzie trwają w złych związkach tak długo jak się da, aż z nich samo nie oblezie to obce ciało - partnera, który jest może najgorszy z możliwych, ale jest. Bo jak to tak - odejść do NIKOGO? [s. 34]

Moja ocena: 4/6

piątek, 23 listopada 2012

Zła się nie wyrzekniemy



Mary Reilly, 1996
(oryg. Mary Reilly)
reż. Stephen Frears

Nęka mnie ostatnio myśl, że zło przemawia przez nas niezależnie od naszych intencji. Możemy jak z klocków budować wieżę z dobrych uczynków, ale i tak ostatecznie wszystko runie. Zło jest nieodłącznym elementem człowieczeństwa i potrafi objawić się na różne sposoby. Zło jest, gdy ranimy – innych z premedytacją, ale również, siebie, obcych, nieświadomie… I to nie jest mniejsze zło. To tylko inne zło. To nie znaczy, że powinniśmy mu się poddać, ale musimy zaakceptować jego istnienie. I spróbować je uśpić jak najdłużej.

Mary Reilly to film, który przeraził mnie, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Zapamiętałam okrutny rytuał oprawiania przez służbę węgorzy, bladą twarz Julii Roberts z przerażonymi czarnymi oczkami i odciętą głowę Glenn Close. Po latach strach został zdegradowany do lekkiego niepokoju i stał się kropką nad "i" moich rozważań nad dwoistością ludzkiej natury.

Film przybliża nam historię Doktora Jekylla i Pana Hyde’a z perspektywy służącej Mary (adaptacja powieści Valerie Martin). Obok Julii Roberts, która zagrała raczej nietypową dla siebie rolę zahukanej służącej trawioną wewnętrznym ogniem pojawia się, w jak najbardziej godnej siebie roli, John Malkovich. Pod osłoną charakteryzacji wciela się w obu panów, jednego trzymając w ryzach konwenansów i ogólnej niemocy, drugiego hojnie obdarzając szaleństwem i zwierzęcym magnetyzmem.
Historia bardzo dosłownie traktuje o dwoistości ludzkiej natury, którą to Doktorowi Jekyllowi w rezultacie eksperymentu udało się fizycznie rozdzielić, czego miał szybko pożałować. Zła cząstka rosła w siłę, domagała się niezależności i swojego prawa do istnienia. Zło przejawiało się w mordowaniu, rozpuście i w zezrzwięceniu. Ale złem było również pożądanie (bo o miłości tu chyba mówić nie wolno) do służącej Mary, którego Doktor nie śmiał wywlec na światło dzienne. Dopiero Pan Hyde odważył się zerwać więzy konwenansów. Zło okazuje się być zatem występkiem przeciw społeczeństwu. Czyli gdybyśmy wcześniej nie wymyślili zasad i moralności, dziś wszyscy byśmy mordowali i żyli w poligamii, bo TAKA jest natura człowieka? Zło jest w zgodzie z naturą? Wolę w to nie wierzyć. Zło to mała cząstka, która potrafi szybko urosnąć w siłę, gdy trafi na podatny grunt. Może więc lepiej zdefiniować zło w odniesieniu do swojego mikrokosmosu, a złem jest każde zadawanie bólu osobie, którą kochamy. Może lepiej pojąć mniejsze rzeczy.

I nie jest to pesymistyczne przesłanie. Akceptacja istnienia zła jest lepsza niż przymykanie na nie oczu. Mój świat jest czarno-biały, nie uznaję półśrodków i to też jest złe, bo zło czasami chowa się pod szarościami i trwa tam niezauważone…

Tyle wspaniałych filmów ostatnio obejrzałam... Niestety przez nie zwątpiłam na trochę w człowieka i stąd te ponure przemyślenia. Poza tym książka, którą czytam również nie podnosi mnie na duchu. Boli każda linijka. Ale to wina listopada. Tak to już jest.


 Moja ocena: 5/6

wtorek, 2 października 2012

Jak zostać królem, czyli arystokrata też człowiek



Jak zostać królem, 2010
(oryg. The King’s Speech)
reż. Tom Hooper

Najtrudniej oglądać filmy, do których zasiadamy z przekonaniem, że czeka nas arcydzieło. Film obsypany Oscarami powinien zatykać dech w piersiach. Być doskonałym w każdym calu. Przeciętność nie zadowoli i nie zaspokoi wygórowanych oczekiwań. Mile spędzone chwile nie wytłumaczą zachwytu świata.

Nad Anglią czarną chmurą zawisło widmo wojny. Potrzebny jest władca, który stawi czoło Hitlerowi i poprowadzi naród do walki. Co zrobić, gdy nie ma takiego w pobliżu? Trzeba go sobie przysposobić. Gdy Edward VIII abdykuje, by oddać się rozkoszom niegodnej korony miłości, książę Albert zmuszony jest zająć jego miejsce. Tak się składa, że nie jest to jego największym marzeniem. Od ciężaru korony woli cień prywatności. Poza tym cierpi na niedopuszczalną u króla przypadłość: jąkanie. Gdy wizja objęcia brytyjskiego tronu staje się coraz bardziej realna, Albert postanawia zapanować nad dokuczliwą wadą wymowy. Moralny przywódca narodu nie może być śmieszny.

Cała moc filmu sprowadza  się do doskonałej gry aktorskiej. Moim zdaniem prym wiedzie wcale nie uwielbiamy przeze mnie Colin Firth (też świetny), ale Geoffrey Rush, któremu przypadła rola charyzmatycznego i ekscentrycznego nauczyciela poprawnej mowy. Jako niespełniony aktor całe swoje pragnienie, by być kimś lepszym przelewa na opornego księcia Alberta. Świetnie skrojone i zagrane role: pierwotna rezerwa księcia, entuzjazm i brak skrępowania nauczyciela, a potem rozkwit wiary w siebie. Brawurowe kreacje. Reszta sprowadza się do roli tła.

Historia oryginalna, ale zbyt błaha. Mimo mojego raczej obojętnego stosunku do rodziny królewskiej jak sęp nad moją głową krążyła myśl: ci to mają problemy… chociaż może powinnam doszukiwać się paraboli o dorastaniu do korony, do odpowiedzialności, do wojny. W końcu to dramat, nie komedia. Odrobinę współczuję członkom rodziny królewskiej ciągłego bycia na świeczniku – w końcu nie zawsze jest to konsekwencją wyboru, jak to bywa w przypadku celebrytów.  Trzeba zaakceptować fakt, że świecenie tyłkiem lub inną częścią ciała od razu trafi na pierwsze strony gazet. Z drugiej strony, czy spontaniczne obnażenie się jest atrybutem szarego człowieka? Myślę, że luksusowe życie może rekompensować inne braki. Ale może się mylę.

Film wart zobaczenia, ale przereklamowany.

Moja ocena: 4,5/6

poniedziałek, 24 września 2012

Tak umiera legenda



Carlos Ruiz Zafón, Więzień nieba
Zafón C.R., „Więzień nieba”, Muza SA, Warszawa 2012
s: 411
tłum. Katarzyna Okrasko i Carlos Marrodan Casas

Wygórowane oczekiwania są jak trucizna – i dla pisarza, i dla czytelnika. Smak rozczarowania równie boleśnie godzi w obu. Jeszcze niedawno szukałam miejsca dla Carlosa Ruiza Zafóna wśród panteonu wielkich pisarzy, dziś wydaje mi się kolejnym sztukmistrzem, któremu wyczerpały się pomysły. Dla mnie nie ma już powrotu do świata Zafóna. Kuglarstwo to nie magia.

Dwie pierwsze powieści tego hiszpańskiego pisarza były dla mnie objawieniem. Nawróciły mnie na czytanie, gdy zatracałam się w złudnym przeświadczeniu, że czas spędzony przed komputerem czy telewizorem jest czasem spędzonym kreatywnie. Zafón mnie ocalił i przypomniał, że to literatura płynie w moich żyłach. Jestem mu za to bardzo wdzięczna, ale przez to wcale nie bardziej wyrozumiała. Zbyt długo czekałam na powrót Cmentarza Zapomnianych Książek, by teraz zadowolić się byle czym.

Barcelona lat 50-ych XX wieku. Młody Daniel Sempere ma już rodzinę: żonę Beę, znaną z Cienia wiatru i małego synka. Na co dzień z ojcem wciąż prowadzi podupadającą księgarnię. Pomaga im wierny przyjaciel Fermín, który niespodziewanie staje się głównym bohaterem powieści. Ze swoim dowcipem i elokwencją jest, trzeba przyznać, bohaterem niezwykle barwnym. Dzięki retrospekcjom mamy szansę poznać jego burzliwą przeszłość, która teraz rozwiera przed nim swoją czarną paszczę. Dwadzieścia lat wcześniej Fermín trafił do więzienia za przekonania polityczne. Poznał tam osoby, które na zawsze zmieniły jego życie m.in. Davida Martina, autora Gry Anioła, dzięki któremu powiązał swoje losy z rodziną Sempere. To była prawdopodobnie najbardziej emocjonująca część powieści, przesiąknięta tajemnicą, mrokiem i zgnilizną więzienia, obfitująca w nieoczekiwane zwroty akcji. Pozostała część książki jest przesycona zbędnymi wątkami pobocznymi pojawiającymi się tylko po to, aby zaraz zniknąć. Tym razem drażniła mnie cała poboczna obyczajowość historii, dla której nie znajdowałam uzasadnienia i jakby na siłę wciągnięty do niej Cmentarz Zapomnianych Książek. Nie do zniesienia były również dla mnie przydługie, zawiłe i na siłę śmieszne monologi Fermína. Krótko mówiąc, wynudziłam się sromotnie i myślałam, że nigdy nie dobrnę do końca. Nie sięgnę już po kolejną część, chociaż wszystko wskazuje na to, że Zafón zamierza ciągnąć historię rodziny Sempere w nieskończoność, a przynajmniej jeszcze przez jeden tom. Dla mnie formuła wyczerpała się.  

Poza tym nie lubię, jak się mną manipuluje: olbrzymia czcionka, puste strony, mnóstwo zmarnowanego miejsca, które spokojnie można by było przeznaczyć na druk… A na wstępie sześć stron peanów wychwalających poprzednie powieści pisarza. Poczułam się jak głupek.

Zafón wciąż przyzwoicie pisze. Jego styl jest nienaganny, płynny, nie zgrzyta, więc nic dziwnego, że może się podobać, szczególnie gdy ktoś fascynację pisarzem zaczął od tej właśnie książki. Ja jednak pasuję. Dawna Barcelona już nie wróci.

Moja ocena: 3/6

Czytaj tego autora: "Książę Mgły", "Marina", "Pałac Północy", "Światła września"

środa, 19 września 2012

Sny zdemaskowane



Mirosław Winczewski, Wielki sennik współczesny

Winczewski M., „Wielki sennik współczesny”, Studio Astropsychologii, Białystok 2007
s: 422

Jestem człowiekiem małej wiary. Trudno mnie przekonać do istnienia zjawisk paranormalnych i nieufnym okiem spoglądam na ludzi deklarujących swoją więź z zaświatami. Życie oduczyło mnie również bezbrzeżnej wiary w ludzi i dziś zdecydowanie preferuję w tej materii zasadę ograniczonego zaufania. Ale jest coś, w co wierzę. Całą swoją dziecięcą wiarę kieruję ku umysłowi ludzkiemu. Zdumiewa mnie jego potężny mechanizm, kruchość konstrukcji i... omylność. Paradoksalnie wszystko, co niedoskonałe jest dla mnie przejawem doskonałości. Wierzę w to, że nasz umysł wysyła nam sygnały: jawne i łatwe do odczytania, które lokuje w naszej świadomości oraz te utajone i zaszyfrowane, które przejmuje nasza podświadomość. Sny są komunikatem, który podświadomość próbuje przekazać naszej ospałej świadomości. I tylko od nas zależy, czy i jak ten komunikat odczytamy.

Gdy po raz pierwszy przeczytałam maila od Studia Astropsychologii, pomyślałam, że medytacje, runy i zbawienne prądy życia to terytoria, na które nigdy nie zawędruje. Nie wierzę, nie chcę wierzyć, nie mam ochoty zagłębiać się w swoje „ja” i szukać tam niespożytych pokładów energii. Sceptyk to moje drugie imię. Miałam już grzecznie odmówić, gdy podczas przeglądania strony Wydawnictwa natknęłam się na dział literatury poświęconej snom. Symbolika snów zawsze była dla mnie intrygująca. W literaturze motywy oniryczne przewijają się od zarania dziejów: były sny profetyczne, marzenia senne, majaki i koszmary. Poeci i pisarze prześcigali się w nadawaniu snom wyolbrzymionych znaczeń, które brały się prawdopodobnie z braku ich zrozumienia.

Senniki próbują usystematyzować sny, złapać je na haczyk i przyszpilić. Możemy w nich znaleźć prawdopodobne znaczenie snu, ale najpierw musimy nauczyć się rozpoznawać symbole, wyłapywać archetypy. Wierzę, że sny obrazują nasze troski i obawy. Pamiętam, że nigdy nie śniłam tak intensywnie i tak dziwacznie, jak podczas ciąży. Do dziś pamiętam każdy ze snów, który mnie wtedy nawiedził. Śnimy podobno codziennie, ale nie potrafimy tych snów zapamiętać. Nie chcemy. A szkoda, bo prawdopodobnie lepiej zrozumielibyśmy siebie i swoje wyparte do podświadomości problemy. Sennik Winczewskiego traktuję z przymrużeniem oka, ale jestem pełna podziwu dla ogromu pracy, który został włożony w jego przygotowanie. Pod każdym względem wydanie jest niezwykle staranne (twarda oprawa, zamszowa okładka) i dopracowane w najmniejszym szczególe. Oto przykład:
FONTANNA – Wielka radość lub jakieś tajemnice wyjdą na jaw. Wielka: Szczęście i zdrowie. Zakręcona: Ubóstwo lub czyjaś śmierć. Zniszczona: Nieuchronna śmierć w rodzinie. Z przejrzystą wodą: Wróży zamożność, szczęście i powodzenie oraz niespodziewane dalekie podróże lub radość i zysk. Dla kobiety: Ostrzeżenie przed niemoralnymi przyjemnościami, które przyniosą jej tylko rozczarowanie i smutek. Z brudną wodą: Kłopoty i rozczarowania z powodu otaczających ją ludzi, jak również niepowodzenia i troski zarówno w miłości, jak i w pracy zawodowej. Patrz też – Wodotrysk.
„Łapania” i interpretacji snów można się nauczyć. Sennik nie podpowie nam, co znaczy nasz sen, ale co może znaczyć. Sami musimy podpiąć go pod właściwe znaczenie. Nie wiemy, czy sny są solą, czy skutkiem ubocznym naszego życia. Na pewno wciąż pozostają jedną z największych tajemnic ludzkiego umysłu.

Ciekawa lektura dla sceptyków. Wzbogaca i otwiera oczy na inny świat.

Za egzemplarz dziękuję Studiu Astropsychologii