środa, 29 grudnia 2010

Małe nie zawsze jest piękne


Simon Mawer, Karzeł Mendla
Mawer S., „Karzeł Mendla”, Świat Książki, Warszawa 2007
tłum. Bohdan Maliborski
s: 318

Macie czasami wrażenie, że trzymacie w ręku bardzo dobrą książkę, a jednak struny waszej duszy trwają w bezruchu? Czujecie niepewność, lekkie podszczypywanie wstydu, zażenowanie… Ja czuję się tak czasami, ale szybko tłumaczę sobie, że książka najwidoczniej nie trafiła na podatny grunt. Przecież nie każdą dobrą książkę trzeba czytać z wypiekami na twarzy. Dobra książka może znaleźć innego pasjonata. Dobra nie znaczy dla każdego.

Karzeł Mendla to historia, która biegnie dwoma ścieżkami. Podążając pierwszą z nich, poznajemy Benedicta Lamberta, naukowca, który ma nieco powyżej 120cm wzrostu. Swoje życie podporządkował dwóm pragnieniom: odkryciu genu odpowiedzialnego za achondroplazję (czyli za bycie karłem) oraz miłości - w każdym jej odcieniu. Wybierając drugą ścieżkę, poznajemy dalekiego przodka Benedicta, Gregora Mendla, którego uważa się za prekursora genetyki.

Historia Benedicta nie należy do szczęśliwych. Był inny, miał powykrzywiane ciało i mopsią twarz, wszyscy patrzyli na niego z obrzydzeniem bądź politowaniem, nazywali mutantem lub dzielnym człowiekiem. Benedict szczelnie otoczony murem cynizmu nauczył się z tym żyć. Chociaż był karłem, stał się wielki w świecie nauki. Ukojenia szukał w ramionach (choć raczej należy powiedzieć: w udach) Jean, normalnej kobiety, która tak naprawdę też padła ofiarą zawirowań genetycznych: jej źrenice miały różny kolor. Benedict był normalnym mężczyzną uwięzionym w ciele karła, miał takie same potrzeby, troski i pragnienia. Dlaczego wszyscy traktowali go jak pół-człowieka niezdolnego do odczuwania bólu? Dlaczego Jean była normalna, chociaż patrzyła na świat różnokolorowymi oczami? Niestety granice normalności ustanawiają ludzie, którzy nader troskliwie dbają o czystość swojej rasy.

Mawerowi udało się zasiać we mnie niepokój. Gdy sobie pomyślę, że tylko jeden malutki, maciupki gen może sprawić, że zamiast pięknego dziecka na świat przychodzi… no kto? Właśnie. Mutant? Czy mamy prawo tak nazywać drugiego człowieka? Czy takie dziecko nie zasługuje na miłość? Ale czy możemy ochronić je przed nienawiścią reszty świata? Czy sami tak naprawdę W ŚRODKU jesteśmy szczęśliwi? Ośnieżyłam się pytaniami.

Mądra to książka i ważna, ale chyba nie dla mnie. Za dużo tu genetyki i cynizmu, za dużo czarnych myśli. A może po prostu nie powinnam była po nią sięgać w okresie choinkowo-gwiazdkowym. Ale polecam. Myślę, że warto ją znać.

Podobna refleksja.

Moja ocena: 4/6

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Dlaczego nie znalazłam w sobie współczucia?


Jodi Picoult, Dziewiętnaście minut
Picoult J., „Nineteen Minutes”, Hodder, London 2008
s: 579

Jodi Picoult to amerykańska pisarka, która jakiś czas temu stała się niebywale sławna. Postanowiłam sprawdzić, na czym polega jej fenomen i czy przekonam się do niej równie szybko jak miliony innych czytelników. Jej sława na szczęście zdążyła już trochę spowszednieć, mogłam więc na jej powieść spojrzeć z bezpiecznego dystansu.

Tytułowe Dziewiętnaście minut to czas, który wystarczył sfrustrowanemu siedemnastolatkowi na przeprowadzenie krwawej zemsty na swoich rówieśnikach. Tyle minut zajmuje zazwyczaj skoszenie trawnika, pofarbowanie włosów czy obejrzenie serialu (bez reklam). Peterowi Houghtonowi tyle czasu wystarczyło na przeprowadzenie masakry w swoim liceum. Nie bójcie się, nie zdradziłam wcale zakończenia powieści; taki jest jej początek! Powieść kończy się procesem, ale to również nie jest najważniejsza informacja. Najistotniejsze jest to, co zawiera się pomiędzy początkiem i zakończeniem, czyli próba znalezienia odpowiedzi na jedno, pulsujące boleśnie pytanie: DLACZEGO? Co doprowadziło chłopca do takiej ostateczności? Dlaczego w amerykańskich szkołach coraz częściej zdarzają się takie dramaty? Kogo należy obarczyć winą?

Picoult bawi się czasem, cofa się, wtrąca do powieści retrospekcje. Dzięki temu akcja zwalnia, a my mamy chwilę na zastanowienie się: kto jest winny i gdzie znajduje się źródło tej destrukcyjnej agresji? Przekonujemy się, że Peter już swojego pierwszego dnia w przedszkolu został upokorzony i wyśmiany, a później było już tylko gorzej. Nie miał przyjaciół, był ofiarą i chętnie przystał na taką rolę. Właśnie dlatego nie znalazłam dla niego współczucia. Osoby, które przez tyle lat godzą się na poniżenie i nie wykonują najmniejszego gestu, by się temu przeciwstawić, nie zasługują na litość. Są niebezpieczne. To tykające bomby zegarowe, które wcześniej czy później zniszczą wszystko dookoła. Łącznie z sobą.

Osobą, która wzbudziła największe moje współczucie była Josie, przyjaciółka Petera z lat szczenięcych, która wyparła się go przy pierwszej lepszej okazji. Wmieszała się poza tym w toksyczny związek z chłopakiem, który pozbawiał jej osobowości i resztek wolnej woli. Chciała być popularna, czyli znajdować się w kręgu osób skupionych wyłącznie na sobie i silnych na tyle, by przekonać wszystkich o swojej nadrzędności. Z ulgą schowała się w ich cieniu. Na własne życzenie zrzekła się indywidualności. Przyznam szczerze, że temat „popularności w szkole” jest mi zupełnie obcy. Może dziesięć lat temu szkoły wyglądały inaczej, może nie zwracałam na to uwagi. Jedno wiem: poczucie wyjątkowości zawsze było dla mnie ważniejsze niż przynależność do grupy. Może jednak po prostu nigdy nie byłam NAPRAWDĘ samotna…

Styl Picoult mnie nie zachwycił. Książkę czyta się niezwykle szybko, momentami nie mogłam się od niej oderwać, ale bardziej przypomina mi ona czytadło niż pełnowartościową powieść. Przeczytałam i pomyślałam: straszne, ale z takim przechlapanym dzieciństwem nie można było się spodziewać niczego innego. Nie poczułam żadnego współczucia dla ofiar masakry, dla Petera, dla rodziców… I to nie dlatego, że jestem upośledzona emocjonalne. Picoult stworzyła szablonowe, papierowe postacie, które nie potrafiły zagrać na moich uczuciach. Może jestem wyjątkiem, nie wiem. Jednak w najbliższym czasie nie zamierzam sięgać po jej kolejną powieść.

Moja ocena: 4/6

czwartek, 16 grudnia 2010

Przedwigilijnie


24 grudnia 1978
Charles Bukowski


sączę w kuchni
to piwo
słuchając
klasycznej stacji
radiowej
i myślę o
goleniu
i czyszczeniu paznokci.
nadają muzykę
świąteczną.
wolę słuchać muzyki
bożonarodzeniowej w lipcu
kiedy jakaś kobieta
grozi mi
śmiercią.
wtedy jest mi
potrzebna -
wtedy naprawdę
potrzebuję
binga crosby’ego i
elfów i
rączych
reniferów.
tymczasem siedzę tu
o właściwej porze
i słucham tych
ckliwych kawałków -
takie to cukierkowe -
wolałbym zagrać w
ping-ponga ze
zmartwychwstałym
duchem hitlera.
wesołe samochody niedzielnych
pijaków najeżdżają na siebie
za oknem karetki śpiewają
sobie piosenki.


Tłum. Andrzej Szuba


Boże Narodzenie to piękny czas. Ludzie spotykają się przy świątecznie udekorowanych stołach – odświętnie ubrani, pachnący, życzliwi. Wypełnia ich potrzeba czynienia dobra i bycia z kimś – blisko, czule, na zawsze. Kiedyś na Święta czekałam niecierpliwie, z rozmarzeniem na skroniach. Sklejałam papierowe łańcuchy, robiłam prezenty z pudełek od zapałek, siedziałam godzinami pod choinką i podziwiałam swój wielki nos w bombce. Do dziś noszę w sobie wspomnienie wigilijnego poranka, gdy na dworze było jeszcze ciemno, na podłodze leżał odświętny chodnik (pamiętacie jeszcze to słowo?), a mama krzątała się w kuchni. Czułam się taka bezpieczna i szczęśliwa, chociaż wtedy nie potrafiłam jeszcze nazwać tych uczuć. Nastrój, którego nie można porównać z żadnym innym. I co z tego, że prezenty przynosiły zwykle głęboko ukrywany smak rozczarowania, co z tego, że mój starszy brat nie chciał się bawić samochodem skleconym z pudełek od zapałek. Chwila, choć krótka, była magiczna…

Szukam tej magii dziś i coraz łatwiej się poddaję. Święta Bożego Narodzenia to coraz częściej po prostu czas wolny od pracy. Ludzie mają dość przedzierania się przez zaspy śnieżne, przemarzniętych autobusów i spóźnionych pociągów. Chcą sobie pojeść, posiedzieć przed telewizorem i mieć wszystko w d… Wmawia się nam, że to jest idealny czas na zakupy, ogłupia się ciągle tymi samymi piosenkami, każe wysyłać kartki z życzeniami.

Tak, tylko dlaczego sama tak bardzo to lubię? Naprawdę nie wiem.

Co roku wydaje mi się tylko, że Święta przychodzą szybciej. I są takie same, jednakowe. Mam nadzieję, że te za rok będą zupełne inne.

Wiersz Bukowskiego jest o innej Wigilii. Pozostawiam go bezinterpretacyjnie, do wchłonięcia takim, jaki jest.

niedziela, 12 grudnia 2010

Rzeczywistość w odcieniu sepii

W zwierciadle złotego oka
(oryg. Reflections in a Golden Eye), 1967
reż. John Huston

Jak to dobrze czasem zagubić się w czasie i zawisnąć w próżni nicnierobienia. Można wtedy przeskakiwać bezmyślnie z kanału na kanał, rozgrzać do czerwoności guzik pilota, zupełnie przypadkiem natrafić na całkiem interesujący film i ocalić go od zapomnienia. Stare kino kojarzy mi się z niedzielami – spokojnymi, leniwymi i otulającymi beztroską. Około południa udawało mi się zazwyczaj uruchomić mój wehikuł czasu ze szklanym ekranem i poznać się bliżej to z Audrey Hepburn, to z Fredem Astairem, to znów z Elizabeth Taylor. Kino sprzed wielu lat pozwalało mi odpocząć od zgiełku współczesności.

Film, który obejrzałam niedawno, nie pozwolił mi się jednak oderwać od trosk dzisiejszego świata. Co więcej, przypomniał mi, jak trudno zaznać szczęścia dłużej niż na parę ulotnych chwil. Często zadowalamy się jedynie substytutem szczęścia, zamykając się w klatce własnej niepewności i zwątpienia. Dopiero, gdy na horyzoncie pojawia się pokusa innego życia, stajemy przed wyborem: zaryzykować to „szczęście”, które mamy czy pozostać bezpiecznym w swojej ciasnej skorupce. Nigdy nie chciałabym stanąć przed takim wyborem i obym nie musiała. Tylko czy możemy być pewni, że żyjemy naprawdę? Może gdzieś tam jest inaczej, lepiej, może moglibyśmy być kimś innym, kochać bardziej, mocniej. Może…

Lata sześćdziesiąte minionego wieku to czas komedii, musicali i westernów. Film Johna Hustona wyróżnia się na ich tle. Budzi niepokój. Porusza sprawy, na które społeczeństwo amerykańskie w tamtych czasach nie było gotowe. Akcja filmu toczy się w miasteczku wojskowym, w którym mieszkają major Pendelton (Marlon Brado) i jego żona Leonora (Liz Taylor). Na pierwszy rzut oka widać, że różni ich wszystko. Pendelton to człowiek zimny, sztywny, pozbawiony uczuć, jego żona z kolei to emanująca erotyzmem, dynamiczna i niepoprawna trzpiotka. Jako że mąż nią gardzi (niesamowita scena), wulkan jej namiętności wybucha gdzie indziej – w gąszczu leśnych jeżyn z zaprzyjaźnionym pułkownikiem. Zaskoczyło mnie, że wcale nie wszystko okazało się białe i czarne. Pendelton nie był zimnym draniem. Po prostu to NIE żona doprowadzała go do wrzenia. Pendelton żył właśnie w tej swojej skorupie, o której pisałam wyżej. Nie wiedział, że może być inaczej, dopóki nie spotkał na swojej drodze szeregowego Williamsa. Czy wtedy zrozumiał, że może być inaczej?

Straszny to film, w którym ludzie niszczą się nawzajem.
Strasznie żyć obok siebie, nienawidząc się tak bardzo. Strasznie dać się uśpić nieszczęściu.

Film jest naprawdę niezwykły, szczególnie jeśli pozwolimy sobie na chwilę refleksji. Brando uważałam zazwyczaj za sztywniaka, którego rolę są raczej łatwo przewidywalne. Ta rola udowadnia jego talent. Chociaż mało mówi, gra całym sobą: sceny, gdy podziwia siebie w lustrze, gdy kremuje twarz, gdy płacze w lesie, gdy wodzi wzrokiem za nagim mężczyzną… W filmie odnajdziemy też sporo symboli, które można doprawić swoimi znaczeniami lub wspomóc się Freudem: Leonora dosiadająca białego ogiera ze szpicrutą w ręku, nagi mężczyzna jeżdżący na koniu, cyklopie oko pawia z obrazu, burza, odcień sepii. Poza tym, finałowa scena jest jak grom z jasnego nieba.

Dodam tylko, że tuż po filmie moje odczucia nie były tak klarowne. Recenzja musiała we mmnie dojrzeć.

Ktoś oglądał?

Moja ocena: 4,5/6

środa, 8 grudnia 2010

"American dream" w wersji dla ubogich (duchem)


Francis Scott Fitzgerald, Wielki Gatsby
Fitzgerald S.F., „Wielki Gatsby”, Książka i Wiedza, Warszawa 1985
tłum. Ariadna Demkowska-Bohdziewicz
s: 238

Tytułowy Jay Gatsby to dorobkiewicz, który całe swoje życie podporządkował jednemu pragnieniu – zdobyciu kobiety o jakże słodkim imieniu, Daisy. Sukces miały mu zagwarantować pieniądze zdobyte niekoniecznie ciężką pracą. Gdy Gatsby wzniósł się już na pożądane przez siebie wyżyny społeczne, ukochana znalazła się niemal w zasięgu ręki. Należało ją tylko zwabić w swoje sidła i ziścić od lat pielęgnowane marzenie.

Jak wiele wspólnego ma marzenie ze złudzeniem? F. Scott Fitzgerald udowadnia nam, że sporo. Marzenia posiadają swoją wartość tylko wtedy, gdy są poza naszym zasięgiem. Autor nie jest również zbytnio odkrywczy w kwestii pieniędzy, które okazują się siłą potężną i zgubną. Możemy mu jednak wybaczyć ten brak oryginalności, pamiętając, że powieść powstała w 1925 r. Możliwe, że Amerykanie dopiero uczyli się rozpoznawać diabła, chociaż, obserwując dzisiejszą rzeczywistość, nie do końca jestem o tym przekonana. F. Scott Fitzgerald serwuje nam całą garść stereotypowych zachowań i sprawdzonych chwytów literackich: bohater romantyczny, nieszczęśliwa miłość, destrukcyjna siła pieniądza, zdrada, przyjaźń. A wszystko to okraszone jest stylem wątpliwej urody: słowa nabrzmiałe patosem, postacie ledwie zarysowane… Tak bardzo lubię starannie skrojonych literacko bohaterów, że wszyscy pozostali – z lichymi portretami psychologicznymi – nie mają szans na wzbudzenie we mnie sympatii. Tak więc Jay Gatsby okazał się dla mnie zupełnie przezroczysty. Mimo usilnych starań nie poczułam jego bólu. Bez wahania wybieram Martina Edena, który, podobnie jak Gatsby, próbował „dorosnąć do pięt” pustej lalce nie zasługującej nawet na połowę względów, którymi została obdarzona.

Ale nie zamierzam tylko narzekać. Zdecydowaną zaletą książki jest atmosfera lat 20-tych minionego wieku, którą otuliłam się jak kocem podczas dwóch mroźnych wieczorów: Stany Zjednoczone, przedmieścia Nowego Jorku, ekskluzywne samochody, ogromne rezydencje, przyjęcia do rana, alkohol lejący się strumieniami mimo prohibicji, jazz i rozluźnienie obyczajów. Tak… Zawibrował jazz w moich uszach i spłynął na mnie skwar upalnego lata.

Intrygujący jest również tytuł: WIELKI Gatsby. Okazuje się, że cała „wielkość” Gatsby’ego runęła jak zamek z piasku w jednej chwili. To ironia losu i przestroga zarazem: musimy uważać, na czym budujemy swoją wielkość, by na koniec nie wyjść tylko na biednego sukinsyna [s.230]. Mimo milionów na koncie.

I to chyba na tyle. Nie dałam się przekonać.


Moja ocena: 3/6

sobota, 4 grudnia 2010

O wolności słów kilka


Ludmiła Ulicka, Przypadek doktora Kukockiego
Улицкая Л., „Казус Кукоцкого”, Эксмо, Москва 2005
s: 462

Но разве не здесь пролегает существенная граница между человеком и животным, возможность и право выхода за пределы биологического закона - производить потомство не по воле природных ритмов, а по своему собственному желанию? Не здесь ли реализуется человеческий выбор, право на свободу, в конце концов? [с.170]*

Wolność ma różne oblicza. Dla jednych jest najważniejszym atrybutem człowieczeństwa, dla innych – wyłącznie wyświechtanym słowem. Nurzając się w wolności na co dzień, nie zastanawiamy się, jak bardzo odczulibyśmy jej brak. Odpowiedź na pytanie: „czy w dzisiejszym świecie tak naprawdę jesteśmy wolni?” zostawiam każdemu do indywidualnego rozważenia. Czy mamy wybór? Czy jutro, jeśli tylko zechcemy, możemy być zupełnie innymi ludźmi? Czy W OGÓLE istnieje wolność nieograniczona żadną barykadą zakazów? Ulicka zmusiła mnie do zastanowienia się nad tymi kwestiami.

Paweł Aleksiejewicz Kukocki, ginekolog-położnik, jest wielkim obrońcą prawa kobiet do aborcji. W czasie, w którym osadzona jest powieść (lata 50- i 60-te XX w.), aborcja była surowo zakazana. Państwo nie mogło zgodzić się na nieopatrzne zabijanie przyszłych radzieckich żołnierzy, na których barkach miała spocząć przyszłość kraju. Zakaz ten oczywiście nie mógł powstrzymać niechcianych ciąż i aborcji dokonywanych w podziemiu i w nieludzkich warunkach. Opis praktyk aborcyjnych jest zatrważający (np. wciskanie do szyjki macicy cebuli, która poprzez swój rozrost zabijała płód). Rezultatem nielegalnych aborcji często była śmierć kobiet, ale one najwidoczniej przedstawiały mniejszą wartość dla Związku Radzieckiego. Powieść Ulickiej daleka jest jednak od pochwały aborcji. Pisarka nie ujawnia swojego stanowiska. Nie daje odpowiedzi, ale wskazuje na wątpliwy moralnie problem.

Jej powieść to również niezwykle wciągająca saga rodzinna. Rodzina Kukockiego nie jest jednak zwykłą rodziną. Niemal żadnego z jej członków nie łączą więzy krwi, ale okazuje się, że to wcale nie one są gwarancją miłości i bliskości. Głową rodziny i jedynym męskim pierwiastkiem jest Paweł Aleksiejewicz, który ożenił się z jedną ze swoich pacjentek, Heleną. Kukocki w ostatniej chwili wyrwał ją śmierci, jednak nie obyło się bez ofiary – Helena oddała śmierci jeden z najważniejszych kobiecych organów, macicę. Bezwarunkowa miłość męża skutecznie wypełniała tę lukę w jej ciele aż do momentu, kiedy podczas kłótni wykrzyczał jej, że nie ma prawa nazywać siebie prawdziwą kobietą, bo jej „kobiecość” została na stole operacyjnym. To był koniec sielanki. Małżonkowie zaczęli oddalać się od siebie – nie tylko przeprowadzili się do osobnych pokoi, ale każde z nich do swojego świata: Helena do świata swoich urojeń, Kukocki – w odurzenie alkoholowe. Po latach, gdy już dawno przebaczyli, nie potrafili sobie o tym powiedzieć. Było ZA późno. Przerażające, jak łatwo dwoje kochających się ludzi może zniweczyć swoje życie i wybrać czekanie w pustce zamiast wyciągnąć rękę…

Kolejną ważną kobietą w życiu Kukockiego była Tania, córka Heleny z poprzedniego małżeństwa. Gdy pojawiła się w życiu słynnego ginekologa, miała zaledwie dwa lata, więc więź, która narodziła się między nimi, była silna i naturalna. Tania była zdolnym i ambitnym dzieckiem i Kukocki pokładał w niej ogromne nadzieje – liczył, że pójdzie w jego ślady. I nieomal tak się stało. Zaważył jeden dzień, kiedy to w laboratorium, gdzie prowadzono badania na płodach, Tania stanęła twarzą w twarz z problemem życia i śmierci. Przeraziła się swoją obojętnością. Nie wahając się ani chwili, rzuciła studia, pracę i rodzinę. Upadła na dno życia, bo chciała znaleźć prawdę. Życie okazało się dla niej najwyższą wartością, ale ona doprawiła je swoją przewrotną moralnością. Moim zdaniem, Tania to jedna z ciekawszych postaci powieści, a jej historia należy do najtragiczniejszych. Od samego początku czułam, że jej życie to powolne spadanie... Ale ona odnalazła swoją wolność, żyła pełnią i do ostatniej chwili była szczęśliwa, więc może ona nie uznałaby tego za upadek… Dochodzę do wniosku, że NASZA wolność uszczęśliwia tylko nas, ale krzywdzi wszystkich pozostałych…

W rodzinnym domu Kukockich mieszkały jeszcze: Toma – adoptowana dziewczynka, rówieśniczka Tani, cicha, przekonana, że złapała pana Boga za nogi, niezwykle konsekwentna w swoich dążeniach, utożsamiająca wolność ze swoją pasją (uprawa roślin doniczkowych) i Wasilisa – pomoc domowa, prosta kobiecina, która swoją mądrość życiową czerpała z głębokiej wiary w Boga, uważała, że wszystko, co dzieje się w życiu, jest wolą Bożą, nieprzejednana w swoim sprzeciwie wobec aborcji.

Ta dziwna rodzina próbuje egzystować na jednej płaszczyźnie. Niestety jesteśmy cichymi obserwatorami jej powolnej korozji. Brak zrozumienia, który wypływa z różnych interpretacji wolności, jest jednym z powodów jej rozpadu. Kolejną z przyczyn jest samotność, która tak często i niespodziewanie zalęga się wśród bliskich sobie ludzi. Jak często przychodzi nam żałować, że nie zdążyliśmy kogoś zapewnić o swojej miłości? Śmierć jest bezlitosna, ale to również kolejny nieodłączny atrybut ludzkiej egzystencji. Kukocki uratował od śmierci wiele kobiet, nie mógł pomóc tylko tym najważniejszym…

Dużo, dużo więcej odkrywa przed nami Ludmiła Ulicka, tchu mi jednak nie starcza, by podzielić się tym wszystkim. Dla mnie jest to powieść o wolności, życiu i śmierci świetnie osadzona w realiach epoki. Jesteśmy świadkami m.in. śmierci Stalina – najpierw nierzetelnych i zafałszowanych informacji udzielnych przez prasę, później pogrzebu wodza. Wszystko to okraszone jest dyskretnym humorem, trafnymi obserwacjami i przede wszystkim niebanalnym stylem. Ulicka nie moralizuje, daje nam wolność – opinii, odczuć i indywidualnej oceny bohaterów. Powieść oczywiście polecam całym swoim jestestwem. Ostrzegam jednak, że w pewnym sensie jest to typowa powieść rosyjska tzn. ciężka, miejscami przytłaczająca, a po przeczytaniu nawisająca nad biednym czytelnikiem jak gradowa chmura. I chociaż zabrzmiało to może niepochlebnie, ja sama nie mogłam się od niej oderwać. Ciągle o niej myślę. To nieunikniony skutek uboczny dobrej lektury.

PS. W 2001 r. Ludmiła Ulicka za powieść Przypadek doktora Kukockiego otrzymała nagrodę Bookera.


Moja ocena: 6/6

____________________________________________________________
* Bo czyż nie tu przebiega najważniejsza granica między człowiekiem i zwierzęciem – możliwość i prawo wykroczenia poza prawa biologii i wydawanie na świat potomstwa nie zgodnie z rytmem narzuconym przez naturę, ale z własnej woli? Czyż nie w tym przejawia się możliwość wyboru człowieka i jego prawo do wolności? [by Inez]

wtorek, 30 listopada 2010

Pełnokrwisty humor ze szczyptą moralizatorstwa


Wywiad z wampirem
(oryg. Interview with the Vampire: The Vampire Chronicles), 1994
reż. Neil Jordan

Pisałam kiedyś, że nie jestem wielką fanką wampirów. Drażni mnie ich zmanierowanie i raczej nadąsany styl bycia. Wolę rubaszne wilkołaki, które nie przebierają w środkach, by dobrać się do swojej ofiary. Teraz wiem, że wszystkiemu winna jest Pani Meyer i jej rozreklamowana ponad miarę saga, a dokładniej mówiąc bladolicy Edward o twarzy Roberta Pattisona rozsiewający wszem i wobec swe wampirze uroki. Blee…

Zapomniałam jednak, że kiedyś wampiry były zupełnie inne. I nie chodzi mi wcale o to, że miały twarz Brada Pitta czy Toma Cruise'a, ale o to, że miały coś do powiedzenia. Film, o którym piszę, a który większość z Was pewnie już widziała, powstał w oparciu o scenariusz Anny Rice. Przyznaję się, że powieści nie czytałam, bo horrory w wersji książkowej póki co są przeszkodą nie do przebrnięcia dla mojej strachliwej wyobraźni. Za to film widziałam już kilka razy i za każdym razem świetnie się na nim bawię. Tym razem ujrzałam go w zupełnie innym świetle…

Osią filmu jest historia wampira o ludzkiej duszy, Louisa (Pitt), który nie potrafi pogodzić się z tym, kim się stał. Z powodu dręczącego go nieustannie poczucia winy, odmawia zabijania ludzi, żywiąc się głównie krwią zwierząt. Wampirem, któremu „zawdzięcza” swoje nowe jestestwo jest Lestat (Cruise) – bezwzględny, gwałtowny i… obdarzony uroczym poczuciem humoru wampir. W porównaniu z nim, Louis, ze swoim wewnętrznym rozdarciem, jest niemal przezroczysty. Fabuła filmu jest dość uboga, a jeśli ktoś liczy na pełnokrwisty horror, może się srodze rozczarować. Krew przelewa się obficie, ale jako że każda kropla jest na wagę złota, mało jej na ekranie. Za to nie brakuje humoru. Zwróciliście uwagę na kąśliwe uwagi Lestata pod adresem Louisa? Od razu stał mi się bliższy. Zawsze uważałam, że złośliwy humor i celne riposty to cecha ludzi (wampirów?) inteligentnych...

Niezwykła zażyłość między dwojgiem mężczyzn jest kolejnym ciekawym aspektem tego filmu. Wampir nie szuka bliskości wampira-kobiety (o ludzkiej kobiecie nie wspomnę, Pani Meyer…); szuka męskiego towarzystwa na długie lata wieczności. Ich potrzeba bycia razem elektryzuje, niemal widać unoszące się w powietrzu feromony (gdyby wampiry je wydzielały), zarówno w przypadku Louisa i Lestata, jak i Louisa i Armanda (Banderas). Wampiry nie bratały się z ludźmi. Ich światy były wyraźnie oddzielone. Ludzie stanowili wyłącznie pokarm. Wampiry decydowały, których skazać na śmierć, a którym podarować wieczność.


Doborową obsadę filmu uświetniła również młodziutka Kirsten Dunst, która zagrała wampirzycę nade wszystko pragnącą dorosnąć. Jej pragnienia dojrzałej kobiety zostały zamknięte w ciele dziecka. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że zagrała tu rolę swojego życia (jak na razie). Aktorka kojarzy mi się generalnie z mdłymi, jednakowymi kreacjami. Rola, którą zagrała w Wywiadzie z wampirem mogłaby spokojnie przerosnąć jej dziecięce umiejętności, ale stało się inaczej. Dunst przerosła rolę.

Twórcy filmu spróbowali również zmierzyć się z pytaniem czy wieczne życie naprawdę jest tym, czego powinniśmy pragnąć. W filmie jawi się jako przekleństwo. I chociaż na początku może wydawać się wielkim darem, ostatecznie ciąży. Okazuje się, że nie wszystkie wampiry potrafią sobie poradzić z wiecznością. Nawet wampir musi dostosować się do zmieniających się czasów. Jeśli tego nie zrobi, grozi mu szaleństwo.

Dla mnie film to perełka kina rozrywkowego: świetne kostiumy, zdjęcia i klimatyczna muzyka, do tego doborowa gra aktorska, humor i kilka kwestii do przemyśleń. Mogę tylko podziękować Annie Rice za stworzenie takich wampirów - myślących wampirów. Obok Drakuli Coppoli to mój ulubiony pseudohorror.

A końcowa scena z Lestatem mknącym cabrioletem po Golden Gate i piosenką Sympathy for the Devil w tle – to już mistrzostwo świata:)

Moja ocena: 5/6

sobota, 20 listopada 2010

"Książę Mgły", czyli traumy z klaunem w tle ciąg dalszy


Carlos Ruiz Zafon, Książę Mgły
Zafon, C.R., „Książę Mgły”, Muza, Warszawa 2010
tłum. Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodan Casas
s: 198
***
I like to believe that storytelling transcends age limitations* [C.R.Zafon]
***
Przyznaję się od razu, że moja miłość do Zafona jest miłością ślepą i bezkrytyczną, graniczącą niemal z obłędem. Całą resztę kocham miłością raczej dojrzałą i zdroworozsądkową. Przyjemność czytania dawkuję sobie świadomie, z kubkiem kawy w dłoni, gdy żaden stos papierów nie zerka na mnie złośliwym okiem, czasem w autobusie, by zapomnieć o ponurej masie człowieczeństwa napierającej na mnie zewsząd. Ale nie zarywam nocy, nie zaniedbuję rodziny i nie wydaję ostatniego grosza na książki...

Jakże inaczej rzecz się ma z rzeczonym panem Zafonem… W dniu premiery, będąc wciąż nieświadoma, że pierwsze jaskółki pojawiły się w księgarniach już dawno temu, jak burza przetoczyłam się przez kilka księgarń w poszukiwaniu zielonej okładki. I co? I nic! Musiałam obejść się smakiem, bo kompletnie nie miałam ochoty na wycieczkę do centrum w godzinach szczytu. Przy okazji odkryłam również, że Zafon wcale nie jest taki popularny, jak by się mogło wydawać. W jednej z pomniejszych księgarni w odpowiedzi na moje nie najmądrzejsze może pytanie: „Czy jest nowy Zafon?” usłyszałam; „Kto?”, „Zafon, taki pisarz.”, „A nie, to nie ma”. Tak więc niech Zafon nie myśli, że ma ugruntowaną pozycję w naszym zacnym kraju… Bo nie ma.

Książkę zdobyłam dwa dni później. I co? Było warto. Może i jestem zaślepiona, ale z całą pewnością Zafon ma niebywałą zdolność czarowania swoich czytelników słowem. I chociaż to jego pierwsza książka w dorobku, w dodatku skierowana do młodego czytelnika, zdradza już jego talent do kreowania niezwykłej atmosfery świata, którego nie chce się opuszczać. Zresztą, kto powiedział, że młody czytelnik musi być mniej wymagający? O ile dobrze pamiętam, już w wieku –nastu lat starannie dobierałam lektury, nie zadawalając się byle czym.

W najnowszej (na polskim rynku) powieści Zafona poznajemy rodzinę Carverów, którzy osiedlają się w małym nadmorskim miasteczku, by tu spokojnie przeczekać zawieruchę wojny. Dom, który miał stać się ich azylem, okazał się dźwigać tragiczną historię poprzednich mieszkańców. Mały chłopiec, ukochany syn pierwszych właścicieli domu, utonął w morzu. Wspomnienie tragedii jest jednak jedynie preludium do koszmaru, który czeka nowych mieszkańców. Najpierw w domu pojawia się dziwny kot zwiastujący czyhające za rogiem zło. Później Max, syn Carverów, odnajduje na tyłach domu ogród z tajemniczymi posągami, które wyglądają jak uwięziona w kamieniu trupa cyrkowa. Centralne miejsce wśród cyrkowców zajmuje – któż by inny? – klaun o szyderczym uśmiechu. Cały ogród tonie we mgle… To dopiero początek tajemnic. Max poznaje Rolanda, którego dziadek przez wiele lat był latarnikiem w miasteczku. To właśnie on opowie im przerażającą opowieść o Kainie, Księciu Mgły, który czyha na ludzkie słabości, by dzięki nim zapewnić sobie długowieczność. Czasami zdaje nam się, że gdy ziści się któreś z naszych marzeń, osiągniemy pełnię szczęścia. Nic bardziej mylnego. Lista życzeń nigdy się nie kończy, a my na zawsze pozostaniemy nienasyceni.Warto pamiętać, że we wszechświecie od wieków panuje równowaga. Tak więc nasze szczęście musi być zrównoważone czyimś nieszczęściem. Kain dba o tę równowagę – za spełnienia życzenia domaga się czegoś w zamian i skutecznie egzekwuje złożoną wcześniej obietnicę. Dopiero Max z Rolandem stają mu na drodze.

Nie ma sensu zastanawianie się czy Książę Mgły jest równie dobrą powieścią jak Cień wiatru. I czy w ogóle jest dobrą powieścią. Miłośnicy Zafona na pewno odnajdą to, za co kochają pisarza. Styl może nie jest tak kwiecisty, a historia wydaje się zbyt uproszczona i za krótka, ale ja nie zawiodłam się ani trochę. No może na początku zaskoczyło mnie te sto parę kartek, bo bałam się, że „połknę" książkę jeszcze w księgarni, ale nic to… Chciałabym, żeby moje dzieci w przyszłości czytały TAKIE książki obok Niziurskiego, Nienackiego czy Musierowicz. Książka zdecydowanie pobudza wyobraźnię. Czekam na więcej.

Chociaż może nie powinnam zarażać kolejnych pokoleń moją klaunofobią… hmm…

Moja ocena: 4,5/6

Czytaj tego autora: "Marina", "Pałac Północy", "Światła września"
_______________________________________________________
* Lubię myśleć, że opowieści nie ogranicza wiek jej czytelników.
[by Inez]

wtorek, 16 listopada 2010

Moskwo, jaka jesteś...


Moskwo, kocham Cię
(oryg. Москва, я люблю тебя!), 2010

reż. Iwan Ochłobystin, Gieorgij Natanson, Oleg Fomin, Wiera Storożewa, Rustam Ibragimbiekow, Iraklij Kwirikadze, Jekatierina Kalinina, Siergiej Bodrow, Dmitrij Troickij, Olga Stołpowskaja, Aleksandr Kasatkin, Jekatierina Dwigubskaja, Artiom Michałkow, Andriej Razienkow, Wasilij Cziginskij, Georgij Paradżanow, Ałła Surikowa, Jegor Konczałowskij

Nie będę pisała, że nie mogło mnie zabraknąć na festiwalu filmów rosyjskich „Sputnik nad Warszawą", bo szczerze mówiąc, ledwo się na niego załapałam. Jak na złość, zawsze spiętrzą się jakieś sprawy nie cierpiące zwłoki i spotkania, których nie można przełożyć. Ale udało się - ostatniego dnia festiwalu i prawie na ostatni seans w Pałacu Kultury i Nauki, w którym mieści się kino. Festiwal gościł jeszcze w dwóch innych kinach warszawskich, ale szczerze mówiąc Pałac – dar od naszych radzieckich przyjaciół – wydawał się jedynym słusznym miejscem, by celebrować to święto kina rosyjskiego. Nie wiem czy wiecie, ale w Moskwie znajduje się kilka pierwowzorów naszego, chcąc nie chcąc, symbolu Warszawy, zwanych „siedmioma siostrami” Stalina. Na jedną z nich, Uniwersytet Moskiewski, miałam okazję się wdrapać, by choć raz spojrzeć na Moskwę z góry. Szczyt PKiN ciągle jeszcze przede mną.

Film Moskwo, kocham Cię to zbiór 18 krótkich filmików stworzonych przez 18 rosyjskich reżyserów, których zadaniem było streszczenie swojej miłości do stolicy w pięciu minutach. Jako że nie przepadam za krótkimi formami literackimi, sceptycznie odniosłam się również do tego pomysłu. Ale zwabiła mnie Moskwa i cicha tęsknota za jej wyjątkowością. Niestety okazało się, że Moskwy-miasta jest w filmie jak na lekarstwo. Komuś, kto choć trochę zna stolicę Rosji, uda się mimo wszystko nanizać na sznurek ze wspomnieniami kilka klejnocików: pomnik Żukowa przed wejściem na Plac Czerwony, kolejka do mauzoleum Lenina, GUM, „siedem sióstr” górujących nad miastem… Jednak wątpię, żeby ktoś po tym filmie zakochał się w Moskwie. Zdecydowanie jej za mało. I niby wiem, że miasto to ludzie w nim żyjący, ale ich umiejscowienie w konkretnej przestrzeni było zbyt pobieżne, niewyczuwalne i równie dobrze można by było ich umieścić na którejś z odległych planet.

Oczywiście nie wszystkie filmy były dobre. Nie jestem też pewna czy były ułożone we właściwej kolejności, ale wachlarz emocji, który im towarzyszył, był nader rozłożysty. Można się było pośmiać, popłakać, a czasem… pozastanawiać, o co chodzi. Reakcje trzeba było dostrajać co pięć minut, bo tyle trwała każda etiuda. Dla mnie zdecydowanym numerem jeden okazał się film „Skrzypek” Wiery Storożewej – niemal bez słów, mocno i dobitnie, aż wryło mnie w fotel. Poza tym uwagę przykuł również film „Job” (tak, to z ang.) Artioma Michałkowa, syna TEGO Michałkowa; oklaski należą mu się za świetną, niespodziewaną pointę (cała sala ryknęła śmiechem). Reszta obrazów rozmywa się i tylko niektóre momenty pulsują żywiej w pamięci.

Mimo wszystko oceniam film wysoko, chociaż na rosyjskich portalach recenzenci nie pozostawiają na nim suchej nitki. Dla mnie liczył się klimat: mój ukochany język, którym mogłam cieszyć uszy, mój ukochany mąż, któremu mogłam pokazywać: tu byłam, tu się wspięłam, a tu się zgubiłam i nawet ludzie obok, od których promieniowała bezkrytyczna miłość do tej całej rosyjskości. Już dawno nie widziałam tak po brzegi wypełnionej sali kinowej! Ludzie siedzieli na schodach. Coś niesamowitego!

Zwiastun filmu (po rosyjsku) możecie obejrzeć tu.

Po chwili namysłu stwierdzam, że i tak nic nie przebije Moskwa nie wierzy łzom… Jeśli nie widzieliście, polecam.

Moja ocena: 5/6

piątek, 12 listopada 2010

Preria czy łąka?


To make a prairie
Emily Dickinson
(1830-1886
)

To make a prairie it takes a clover and one bee,
One clover, and a bee.
And revery.
The revery alone will do,
If bees are few.



By stworzyć prerię

By stworzyć prerię, starczy jeden zgoła
Kwiat koniczyny,
Marzenie
I pszczoła.
Jeśli pszczół nie ma ani na lekarstwo,
Same rojenia wystarczą
(tłum. Stanisław Barańczak)

By zrobić łąkę

By zrobić łąkę, starczy koniczyna
I jedna pszczoła -
Koniczyna i pszczoła.
I marzenie, co je przywoła.
Wystarczy byś marzenie snuł,
Jeśli jest mało pszczół.

(tłum. Artur Międzyrzecki)


O Emily Dickinson przypomniałam sobie zupełnie przypadkiem, zaglądając na bloga Anny. Poezja Dickinson nierozerwalnie związana jest z moimi młodzieńczymi marzeniami i ambicjami oraz upartym samodokształcaniem. Między innymi na jej wierszach uczyłam się języka angielskiego, co nie było zadaniem łatwym, ale zawsze przyjemnym i ostatecznie satysfakcjonującym. Obok Dickinson wsparciem dydaktycznym służyły mi również piosenki U2, telewizja BBC oraz proza sióstr Brontë i Brama Stokera, więc jeszcze zanim poszłam na studia, naukę pobierałam od najlepszych:) Z rzewnością wspominam czasy, kiedy ślęczałam nad tekstami, skrupulatnie wypisując słowo po słowie, sprawdzając ich znaczenie, kontekst, a później radośnie odkrywając je w kolejnym tekście. Swoimi ambicjami i maniakalnym niemal uporem jak czołg taranowałam wyrastające na mojej drodze przeszkody…

Wiersz, który wybrałam, należy do tych ulubionych. Choć krótki i pozornie banalny, sięga przesłaniem znacznie głębiej. Dzięki niemu odkryłam, że marzenia mają moc sprawczą i że to przede wszystkim ja jestem kreatorem mojego świata! Tyle mi to kiedyś dało siły i odwagi… Później co prawda musiałam nauczyć się również pokory, ale… to było później.

Dziś zwróciłam jednak uwagę na coś innego: na dwa tłumaczenia wiersza Emily Dickinson. Międzyrzecki „udomowił” prerię i zamienił ją na łąkę, co oczywiście nie ma większego znaczenia dla przesłania wiersza, ale jak dla mnie, boleśnie zmniejsza rangę marzenia, które nagle staje się bardziej pospolite. Chyba zresztą nie jestem zwolenniczką TAKIEGO dostosowywania poezji do czytelnika. Egzotyzacja czy udomowienie może być dobre w przypadku prozy, ale nigdy poezji. Wiersz w tłumaczeniu Barańczaka jest melodyjny i zabawny, bliższy przez to oryginałowi. Mnie jednak Barańczak zdecydowanie kupił „rojeniami”, którymi rozbzyczała mi się nagle cała preria. Pozostaje jednak pytanie: czy tłumacz poezji może zastosować grę słowną tam, gdzie jej nie ma w oryginale?

I co wybieracie: prerię czy łąkę?

poniedziałek, 8 listopada 2010

Pociąg relacji Słupsk-Warszawa


Jewgienij T. Olejniczak, Archipelag Khuruna
Olejniczak, J.T., „Archipelag Khuruna”, Fabryka Słów, Lublin 2010
s: 355
Faktycznie, jedyny ruch, jaki mógł zrobić Emanuel, aby uniknąć rychłego mata, to było uderzenie kolanem w stolik i strącenie figur z szachownicy. [s. 134]

Ostatnio miałam wątpliwą przyjemność podróżowania przez pół Polski pociągiem. Nie wiem czy wiecie, ale obecnie nasza kolej intensywnie się remontuje, przez co przemierzenie 500km zajmuje ponad 9 godzin (!). Sami rozumiecie, że nie było innego wyjścia, jak znaleźć sobie jakąś lekką i przyjemną lekturę na czas podróży. I muszę przyznać, że Archipelag Khuruna fantastycznie wywiązał się z zadania. Dałam pochłonąć się całkowicie i z wypiekami na twarzy przewracałam kolejne kartki, żeby sprawdzić, jakiż to finał będzie miała ta historia. Już nawet współpasażerowie zaczęli na mnie zerkać z niepokojem… Przyznam się szczerze, że z fantastyką nie jestem za pan brat, ale za to zawsze chętnie badam obce mi jeszcze zakamarki literatury. Książkę wygrałam na blogu u Agnieszki. Myślę, że takie konkursy to doskonała okazja, żeby sięgnąć po książkę, którą w innej sytuacji może byśmy się nigdy nie zainteresowali. Dzięki temu możemy się przekonać, że są jeszcze inne światy, które warto odwiedzić. Agnieszko, bardzo Ci dziękuję za tę możliwość, jak również za piękną macedońską zakładkę:)

Powieść Olejniczka zabiera nas do XIX-wiecznego Krakowa. Tam poznajemy emerytowanego policjanta Emanuela Henzelmanna, który wciąż niestrudzenie bawi się w detektywa. Pewnego dnia w jego ręce wpada tajemnicza fotografia, na której w tłumie ludzi na jednej z krakowskich ulic dostrzega człekokształtnego stwora. Fotograf utrzymuje, że jest to skaza na zdjęciu, ale stary komisarz nie daje wywieść się w pole. Podejrzewa, że Kraków zamieszkują dziwne stwory, które postanowiły zawładnąć rasą ludzką. Zaczyna śledztwo.

Przyznam, że dałam się wciągnąć w tę nieprawdopodobną historię, bo powieść napisana jest językiem prostym i dość obrazowym, czyta się ją dobrze, szczególnie w przedziale pociągu. Interesuje mnie również zagadnienie istnienia światów równoległych, więc byłam ciekawa, jak autor zmierzy się z tym tematem. I byłoby całkiem dobrze, gdyby nie to, że mało, mało, mało… W pewnym momencie odniosłam wrażenie, że autor uciął historię, jakby po prostu stwierdził, że 350 stron to w sam raz na powieść i nie ma co dalej marnować pomysłów. Poczułam się zawiedziona, bo chciałam wiedzieć więcej, chciałam w swojej wyobraźni odtworzyć cały archipelag Khuruna, a starczyło mi sił i możliwości jedynie na stworzenie niewyraźnego zarysu tego świata. Obcych istot nawet nie musiałam sobie wyobrażać, bo ich przedstawiciel złym okiem łypie na nas z okładki. co uważam za cios poniżej pasa. Zawsze myślałam, że literatura fantastyczna służy do tego, by stymulować wyobraźnię, a nie ją hamować.

Kolejna sprawa to atmosfera XIX-wiecznego Krakowa, której… nie ma. Dobrze że autor czasami wspomniał o Modrzejewskiej i że w całą aferę wplątał Habsburgów, bo w ogóle bym zapomniała, że rzecz dzieje się w XIX w. No ale nie każdy może być Zafonem… ;)

Cieszę się jednak bardzo, że trafiłam na tę książkę, bo nagle naszła mnie chęć przeczytania jakiegoś dobrego kryminału. Tajemnice, podejrzenia, zbieranie dowodów, niespodziewany morderca… Może zajrzę do Agathy Christie, a może mi coś polecicie?

Moja ocena: 3,5/6

czwartek, 4 listopada 2010

Łapy precz od wspomnień!


Louisa May Alcott, Małe kobietki
Alcott, L.M., „Little Women”, Penguin Classics, London 1989
s: 504

Sięgnęłam po Małe kobietki Louisy May Alcott z nadzieją, że odkrywam właśnie amerykański ekwiwalent powieści sióstr Bronte. Dawno, dawno temu oglądałam ekranizację tejże powieści. Film zapamiętałam jako ciepłą, pełną miłości opowieść o życiu czterech sióstr i ich niesfornego przyjaciela Lauriego. Film był pięknym wspomnieniem z czasów, kiedy byłam podlotkiem podekscytowanym mgliście zarysowaną przyszłością i… tam powinien był pozostać. Ostatnio jednak nabrałam okropnego zwyczaju odświeżania swoich wspomnień z dzieciństwa i jak na razie nie wychodzi mi to na dobre. Szybsze bicie serca, chwilowe rozczulenie, niewyraźne pojękiwanie tęsknoty i… rozczarowanie. Postanowiłam więc tymczasowo zaniechać nostalgicznych podróży do czasów, które minęły bezpowrotnie. Najpiękniejsze są wspomnienia, ot co!

Powieść Louisy May Alcott zabiera nas do świata, którego już nie ma, a coraz częściej myślę, że takiego świata w ogóle nigdy nie było. Świat sióstr March to świat idealny, mimo biedy, chorób i śmierci. W tym świecie człowiek jest idealny, a przez to taaaki nudny… Każda z sióstr March to obraz wszelkich cnót, a jeśli nawet jakaś rysa skazi ten obraz, to tylko na chwilę, gdyż życiową misją wszystkich dziewczynek jest samodoskonalenie. Najstarsza z dziewczynek, Meg, jest piękna, pracowita, romantyczna; Beth – cicha, nieśmiała, rodzinna, Amy – jak mała iskierka, trochę za bardzo skupiona na sobie, co „na szczęście” udaje się jej skutecznie zwalczyć i Jo – najbarwniejsza z sióstr, chłopczyca, bezkompromisowa, szczera do bólu, aspirująca pisarka. Tak naprawdę tylko dzięki Jo udało mi się przebrnąć przez powieść do końca. Czytałam gdzieś, że Alcott maluje ludzkie charaktery barwnie i niezwykle przekonująco, ale jako miłośniczka literatury skupionej wokół ludzkiej psychiki zdecydowanie muszę przyznać, że wybieram malarza-Dostojewskiego. Moim zdaniem, portrety namalowane pędzlem Alcott są płaskie, nierealne, a przez to nudne. Powiew XIX w. również nie jest obezwładniający, chociaż emocje związane z pierwszym balem, pikniki, echo wojny domowej, z której powrócił ojciec dziewczynek, podróż Amy po Europie z bogatą ciotką niewątpliwie dodają całej opowieści uroku.

Chciałabym jeszcze na chwilę wrócić do osoby Jo, która wzbudziła największą moją sympatię. Pojawiają się przypuszczenia, że Alcott wzorowała tę postać na sobie ze względu na aspiracje literackie Jo, ale również ze względu na jej wyraźną niechęć do zamążpójścia. Sama Alcott w jednym z wywiadów powiedziała:
I am more than half-persuaded that I am a man's soul, put by some freak of nature into a woman's body ... because I have fallen in love in my life with so many pretty girls and never once the least bit with any man.*
Dzięki takim stwierdzeniom zaczęto podejrzewać Louisę May Alcott o skłonności homoseksualne, jak również o to, że takimi skłonnościami obdarzyła jedną z bohaterek swojej powieści. Uważam to za nonsens, bo sam fakt wchodzenia na drzewo czy odrzucenie ręki mężczyzny, którego się nie kocha nie świadczy chyba o homoseksualizmie!

Mam jeszcze dowód na to, że niektóre zachowania zawsze pozostaną uniwersalne:
When women are the advisers, the lords of creation don’t take the advice till they have persuaded themselves that it is just what they intended to do; then they act upon it, and, if it succeeds, they give the weaker vessel half the credit of it; if it fails, they generously give her the whole. [s. 420]**
Ile w tym uszczypliwości, humoru i zmysłu obserwacji… Niektóre prawdy życiowe nigdy się nie starzeją.

Mimo wszystko cieszę się, że lektura Małych kobietek już za mną i mogę zabrać się za literaturę bardziej odpowiednią dla mojego wieku. Nie wiem na jak długo, bo wkrótce Boże Narodzenie, śnieg za oknem i spotkania z rodziną, czyli czas, który sprzyja refleksjom i powrotom do przeszłości. Ale póki co, trzymam się z dala wspomnień!

____________________________________________

*) Jestem więcej niż przekonana, że jestem duszą mężczyzny, którą jakiś szaleniec umieścił w ciele kobiety… ponieważ w swoim życiu zakochałam się w tylu ślicznych dziewczętach i nigdy przenigdy w żadnym mężczyźnie.
[by Inez]

**) Kiedy doradcą jest kobieta, pan i władca nigdy nie przyjmie rady, dopóki nie przekona sam siebie, że i tak zamierzał postąpić w ten właśnie sposób; następnie postępuje zgodnie z radą i jeśli rada była dobra, przypisuje słabej płci połowę zasługi, a jeśli rada była zła, wspaniałomyślnie obarcza ją całą winą.
[by Inez]

Moja ocena: 4/6

czwartek, 21 października 2010

"Mądrość jest apetyczna"


Olga Tokarczuk, Dom dzienny, dom nocny
Tokarczuk, O., „Dom dzienny, dom nocny”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010
s: 390
Jaka to rozkosz, jaka słodycz życia - siedzieć w chłodnym domu, pić herbatę, pogryzać ciasto i czytać. Przeżuwać długie zdania, smakować ich sens, odkrywać nagle w mgnieniu sens głębszy, zdumiewąc się nim i pozwalać sobie zastygać z oczami wklejonymi w prostokąt szyby. Herbata stygnie w delikatnej filiżance; nad jej powierzchnią unosi się koronkowy dymek, który znika w powietrzu, zostawiając ledwie uchwytny zapach. Sznureczki liter na białej stronie książki dają schronienie oczom, rozumowi, całemu człowiekowi. Świat jest przez to odkryty i bezpieczny. Okruszki ciasta wysypują się na serwetę, zęby dzwonią leciutko o porcelanę. W ustach zbiera się ślina, bo mądrość jest apetyczna jak drożdżowe ciasto, ożywiająca jak herbata. [s.244]

Cieszę się, że swój romans ze współczesną literaturą polską rozpoczęłam od Olgi Tokarczuk. Dotychczas wrażeń i głębszych doznań literackich szukałam raczej poza obrzeżami naszego małego podwórka literackiego. Nie wynikało to z żadnych krzywdzących uprzedzeń czy bolesnych doświadczeń z dzieciństwa; moja przebiegła ręka po prostu zbyt często nie sięgała za grzbiety polskich książek. Szukałam wrażeń wszędzie, tylko nie na swoim podwórku. Wolałam obco brzmiące imiona, nazwy od swojskiej topografii i nazewnictwa. Chyba w ogóle nie znoszę słowa „swojski”. Może dlatego…

Zupełny przypadek sprawił, że natrafiłam na Tokarczuk. Miewam takie dni w swoim życiu, gdy uciekam od świata, od ludzi i od telefonów komórkowych. Uciekam do księgarni. Chodzę między półkami, podczytuję, zaciągam się farbą drukarską, szukam odpowiedzi. Zawsze wtedy wybiera mnie jakaś książka. Książka, która wyjaśnia życie i sprawia, że inne rzeczy przestają się liczyć. Czytam, a olśnienia spływają na mnie jedno po drugim. Taka książka jest wyjątkowa tylko w danej czasoprzestrzeni; możliwe, że w innym momencie okazałaby się jedynie zwykłą książką lub pospolitym czytadłem. Tak było z Domem dziennym, domem nocnym. W powieści odnalazłam dziesiątki cytatów, którymi mogłabym oflagować poszczególne momenty swojego życia. Tokarczuk pokazuje życie, wyświetla pojedyncze obrazy, ale nic nie wyjaśnia. Sami musimy pokusić się o interpretację, co wcale nie jest łatwe. Na szczęście wyznaję tezę, że każdy czytelnik powinien interpretować literaturę wedle własnego upodobania i adaptować ją dla własnych potrzeb. Tak też bezwstydnie robię.

Tokarczuk pisze o domu – w znaczeniu dosłownym i metafizycznym. Dom to miejsce i my sami, nasze myśli i nasze sny, nasze jestestwo i nasz byt. Kreujemy siebie w wybranym miejscu i chcemy czuć się w nim bezpiecznie. Jak wielu ludzi na świecie dąży do takie stanu? Dlaczego tak niewielu się to udaje? Bo nie chcemy rozumieć. Gdy inwestujemy w drogie parkiety i meble, a zapominamy, że to w NAS jest dom, nic się nie uda. Najpierw musimy zaprowadzić porządek na swoim wewnętrznym strychu, żeby naprawdę poczuć się bezpiecznie.

Olga Tokarczuk snuje jedną opowieść za drugą. Opowieści są powiązane miejscem, ale nie czasem. Czyta się je jakby od niechcenia, a potem jak grom z jasnego nieba spada zrozumienie. Mnie najbardziej poruszyła jedna z końcowych opowieści o Nim i o Niej, parze młodych ludzi, którzy próbowali ułożyć sobie życie w powojennej Polsce. Byli piękni, młodzi, mieli pieniądze, dom i siebie. Żyli sobą i dla siebie. Egoistycznie. Niczego nie chcieli zmieniać, bo było im dobrze. Nie chcieli się dzielić swoim życiem z nikim. Nawet z dzieckiem, które dopełniłoby ich miłość. Nad wszystkim mieli kontrolę, ale…
Zawiązki dzieci powstawały w nich i tak […] Co miesiąc rodziły się w jej jajnikach, niepełne, połowiczne istoty; i w jego podbrzuszu produkowały się miliony istnień. I czasem zdarzało się, że te zawiązki łączyły się w jej macicy, ale ona nie chciała ich nosić ani karmić, ani pielęgnować, więc tajemniczo obumierały i zmywały je wodospady krwi. A ona święcie wierzyła, że świat jest poddany jej woli, że gdy się czegoś chce, to to się stanie, a gdy się zechce - to to będzie. [s. 334]

W tym cytacie ujawnia się cała niezwykła siła i moc języka Tokarczuk. Za każdym razem, gdy go czytam, zimny dreszcz przebiega mi po plecach i czuję się jak małe dziecko, które zwędziło jabłko z ogrodu sąsiada. I nie jest to związane z moim światopoglądem. Dotyka to jednak mojego ledwie dyszącego, głęboko zagrzebanego poczucia winy, o którego istnienie nawet się nie podejrzewałam.

Powieść Dom dzienny, dom nocny pełna jest takich perełek. Czyta się ją chciwie i szuka się w niej siebie. Nie da się jej opowiedzieć w kilku słowach, więc jak zwykle skupiłam się na tym, co dla mnie najważniejsze: zagnieżdżeniu jej w moim prywatnym mikrokosmosie oraz języku (!) Jestem zaczarowana. Do dziś nie mogę otrząsnąć się z letargu, w który wprawiła mnie jej proza. Tokarczuk czaruje słowami, a zarazem jest tak daleka od banału. Łączy nietypowe wyrazy, a nam wydaje się, że były one od dawna sobie przypisane. To naprawdę czary. Dzięki Tokarczuk miałam ochotę nie tylko czytać, ale i pisać! Niestety kolizja z rzeczywistością okazała się zbyt bolesna…

Cudownie wiedzieć, że mamy takich pisarzy w Polsce.

Wiem, że milion rzeczy przeoczyłam i pogubiłam po drodze, ale jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa!

Czy jeszcze komuś Marta kojarzy się z Emerenc z Zamkniętych drzwi Magdy Szabo?

Moja ocena: 5,5/6

piątek, 8 października 2010

Spójrz Pradze prosto w oczy


Rezerwat, 2007
reż. Łukasz Palkowski

Mieszkam na warszawskiej Pradze praktycznie od początku mojego romansu ze stolicą, czyli jakieś dziewięć lat. Na początku było to życie w komunie studenckiej (akademik), później pomieszkiwanie chyłkiem u koleżanki (na nierównych prawach), następnie przez kilka lat wynajmowanie „swoich” czterech ścian, które zaowocowało silnym pragnieniem posiadania własnego miejsca na ziemi (na Pradze). Nie dało się go uciszyć, więc nie pozostawało nic innego jak zgromadzić wszystkie siły i środki i poszukać takiego miejsca. I tak już od roku moszczę swoje gniazdko. W poszukiwaniu mieszkania tylko raz przekroczyłam Wisłę, ale szybko wróciłam na jej prawy brzeg…

Praga zastąpiła mi dom. Gdy kilka lat temu przyjechałam do Warszawy jako studentka pierwszego roku, byłam, delikatnie mówiąc, oszołomiona. Nie potrafiłam dostosować się do szaleńczego tempa miasta. Biegłam co sił, ale mimo wszystko ciągle pozostawałam w tyle. A Warszawa nie jest przyjazna przyjezdnym. Wiedzą o tym wszyscy, jednak bezustannie ciągną do niej korowody. Tylko Praga była spokojniejsza, wolniejsza, przyjaźniejsza. Chociaż nie było tu wielkomiejskich kin, pubów, restauracji, a miasto wypuszczało w te rejony tylko stare, zdewastowane tramwaje i autobusy, można było się tu poczuć bardziej swojsko. Dzisiejsza Praga jest już inna. Powstało kino, odnowili Teatr Powszechny i odrestaurowali wiele kamienic, do dzielnicy ściąga coraz więcej artystów i młodych ludzi, którzy szukają tu trochę tańszego życia. Coraz więcej się dzieje. Praga staje się piękna, inna, ale w odróżnieniu od lewobrzeżnej Warszawy ma duszę.

Film Palkowskiego Rezerwat próbuje podać nam tę duszę na tacy. Nie mogło się udać. Nie zapominajmy, że na obraz Pragi w dużej mierze składają się ludzie, którzy mieszkają tu nie od kilku lat, jak ja, ale od narodzin. Oglądamy więc Pragę oczami „przyjezdnego” (z centrum stolicy) fotografa, Marcina, który zmuszony jest zamieszkać chyba w najbardziej obskurnej kamienicy na całej Pradze. Próbuje odnaleźć się w nowych realiach. Jak można się domyślić, nie jest łatwo: sąsiad recydywista, awantury podwórkowe, dokuczający dzieciak z sąsiedniej kamienicy, pijaczki pod domem, dresiarze czający się w ciemnościach. Przepraszam, ale mi to wygląda na zwyczajne przeniesienie stereotypów na ekran. Zero wysiłku. Jeszcze dziś na słowa: mieszkam na Pradze, słyszę w odpowiedzi: nie boisz się?! Ludzie, czego? Nocą równie niebezpiecznie jest w innych dzielnicach, a najbardziej to chyba w centrum. A takie filmy to jak nawóz dla uprzedzeń.

Na uznanie zdecydowanie zasługuje Sonia Bohosiewicz w roli Hanki, sąsiadki głównego bohatera. Zagrała dynamicznie, rozczulająco i przekonująco. Praska fryzjerka, blondyna, z marnie doczepianymi blond kosmykami, która próbuje wyrwać się swojemu chłopakowi-kryminaliście. Udaje jej się to dopiero po spontanicznej sesji zdjęciowej, podczas której niespodziewanie ujawnia się jej wewnętrzne piękno. Smutne piękno. Dzięki temu Hanka odnajduje szacunek do samej siebie wraz z zagubionym poczuciem wartości i przepędza chłopaka na cztery wiatry.

Nie miałam zamiaru pisać o tym filmie. Lubię pisać o rzeczach dobrych, takich, które zostawiają ślad na mojej duszy. Ten film mnie trochę zniesmaczył, trochę rozśmieszył. Miał dowieść, że prości ludzie są lepsi od cwaniaków. Wiemy to od dawna, problem w tym, że niektórzy ludzie to cwaniaki, lubią innych cwaniaków i wcale nie zamierzają tego zmieniać. Na całą opowieść spojrzą z przymrużeniem oka, a na mieszkańców Pragi jak na zwierzęta w zoo czy na Indian w rezerwacie. Tak, tytuł zdecydowanie dobry. Ale film, który miał obalić stereotypy, moim zdaniem, jeszcze bardziej wzmocnił ich korzenie.

Ale co ja mogę wiedzieć, mieszkam tu od niedawna…

Moja ocena: 3,5/6

poniedziałek, 4 października 2010

Wiedziałam!

[...] zrozumiał, że to, co go boli, nie pochodzi z zewnątrz, ale z wewnątrz i nie ma związku z pijanym ojcem czy piersią matki. Boli samo z siebie z tej samej przyczyny, dla której rano wschodzi słońce, a nocą gwiazdy. Boli.*


Powoli odnajduje swoje miejsce w spokoju. Niedługo będzie mnie znacznie więcej. Na razie szukam wytłumaczenia. Chociaż może zupełnie niepotrzebnie! Małe kobietki Alcott są w tym momencie nie do przełknięcia. Tokarczuk zawładnęła mną całkowicie...

_______________________________________________
*Tokarczuk, O., "Dom dzienny, dom nocny", Wyd. Literackie 2010 [s.22]

środa, 22 września 2010

Tylko wyjrzę...


Nigdy nie otwierać okna
Rafał Wojaczek


Pamiętaj
nigdy
nie otwieraj okna
w czterech ścianach
wiatr nie wieje
dbaj o głowę
i o różę
i zaczerpuj wciąż na nowo
wprost ze źródła mieszczańskiego
nie myśl o tym
że ci się odnawia stygmat
ty…

Nie pisz listów do siebie
kto to widział
pisać listy do zmarłych



Czy przeznaczenie naprawdę istnieje? Ja wciąż szukam swojego miejsca na ziemi. Gdy wydaje mi się, że już przybiłam do brzegu, znienacka dopada mnie sztorm. Szukam, błądzę, nigdzie nie mogę zagrzać dłużej miejsca. Chciałabym robić milion rzeczy na raz, być w tysiącach miejsc albo nie robić nic: zatkać uszy, zamknąć oczy i udawać, że nikogo nie ma w domu.

Chyba boję się wyzwań i wolę święty spokój. Wolę nie otwierać okna niż się przeziębić. Gdy miałam sześć lat ojciec nauczył grać mnie w szachy. Grałam dobrze, więc jeździłam na zawody. Niestety każda przegrana partia była dla mnie ogromnym dramatem i kończyła się wybuchem płaczu. Karierę skończyłam w wieku lat jedenastu, bo rodzice bali się skutków, jakie może to wywrzeć na moim zdrowiu i późniejszym życiu. Nie wiedzieli, że nieumiejętność godnego znoszenia porażek spokojnie przetrwa okres szczenięctwa. Nie, nie… nie wybucham już publicznie płaczem, ale każda osobista klęska sprawia, że moje poczucie własnej wartości ląduje z hukiem na podłogę, a najmniejsze nawet wyzwanie wydaje się obdarte z sensu. Kto powiedział, że porażki motywują?!

Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że jestem dzieckiem, które tupie nóżką, gdy czegoś nie może dostać, ale jako że ostatnio grzebię we wspomnieniach, dopadła mnie i taka myśl. Najgorsze jest to, że przestałam wierzyć w swoje przeznaczenie (czyt. obraną drogę). Jeszcze wczoraj wydawało mi się, że już wiem, którą ścieżką iść, a dzisiaj zastanawiam się czy inna droga nie byłaby lepsza. Brak mi spokoju i pewności.
Czy to chwilowe, czy to skutki jesiennej depresji, czy po prostu czas na zmiany?
Paradoksalnie tylko zmiana jest stała.

A może lepiej nie otwierać okna.
Czy można tylko przez nie wyjrzeć?

środa, 15 września 2010

To już wolałam koszmar z dzieciństwa


To
(oryg. It), 1990
reż. Tommy Lee Wallace

Nie będę zapewne oryginalna, jeśli napiszę, że z tym filmem wiąże się moja trauma z dzieciństwa. Nie znoszę klaunów. Nie śmieszą mnie i wydaje mi się, że pod maską białego pudru skrywają wyuzdane okrucieństwo. Do dziś nie rozumiem, jak rodzice mogą zabierać dzieci do cyrku lub organizować dla nich przyjęcia urodzinowe z klaunem w roli głównej. Chociaż może powinnam poszukać w sobie zrozumienia; wszak nie wszyscy rodzice widzieli film To powstały w oparciu o powieść Kinga. Ja widziałam. Miałam wówczas z osiem lat. Mama, chociaż nie pozwalała mi czytać Bravo (to była kolejna trauma…), nie miała nic przeciwko horrorom. Nie oceniam tu bynajmniej negatywnie jej metod wychowawczych, bo wyrosłam w końcu na wspaniałego człowieka;), ale! Rodzice, naprawdę uważajcie na to, co oglądają wasze dzieci. Powiem wam szczerze, że niektóre sceny filmu regularnie były i są przywoływane przez moją pamięć. Są świetne, przerażające i można by było je spokojnie zaliczyć dla klasyki horroru. Co gorsza, nigdy nie dane mi było obejrzeć filmu do końca, bo zniecierpliwiona długim seansem mama pogoniła mnie spać (film jest naprawdę długi, jeśli się nie mylę, był przerobiony na miniserial). Niestety dla mnie horror się nie skończył i przerażający klaun pozostał w mojej pamięci ciągle żywy i nieunicestwiony. Aż do wczoraj. Po dwudziestu latach postanowiłam stawić czoła koszmarowi z dzieciństwa. Trochę teraz żałuję...

Taki jest też główny motyw filmu: przeciwstawić się strachowi, rozpoznać i pokonać swoje lęki. Jak możemy się domyślać, King nie daje nam łatwych rozwiązań. Nie chodzi o to, by zabić i obedrzeć ze skóry – w tej lub odwrotnej kolejności. King zawsze zagląda głębiej, dociera do naszych wstydliwych lęków. Wyciąga je na światło dzienne i każe im się przyjrzeć z każdej strony.

A oto fabuła w wielkim skrócie: w pewnym amerykańskim miasteczku zaczynają ginąć dzieci. Policja bezskutecznie poszukuje przyczyny lub sprawcy. W tym samym czasie grupa dziesięciolatków jest straszona przez pewnego demonicznego klauna, który dokładnie wie, czego dzieci boją się najbardziej i potrafi to skrzętnie wykorzystać. Dzieci na początku nie są pewne czy klaun ukazuje im się naprawdę, czy to tylko wyobraźnia płata im koszmarne figle. Gdy udaje im się ustalić, że widzą tę samą postać, postanawiają jej się przeciwstawić. Zabijają TO. Niestety po trzydziestu latach oprawca dzieci powraca. Dorośli już pogromcy złego również decydują się na powrót do rodzinnego miasteczka, by stawić mu czoła jeszcze raz.

Historia banalna. Aktorstwo i wykonanie filmu też nie najlepsze. Zakończenie rozczarowujące (jednak mama wiedziała, co robi). Dla mnie najważniejsze jest wspomnienie i siła oddziaływania. Klaun reprezentuje wszystko to, czego baliśmy się, gdy byliśmy dziećmi. Uosabia całe zło, które czyha na dzieci w ich pozornie prostym życiu. Dzieci boją się nie tylko wilków i złych klaunów. Dzieci boją się często swoich rodziców wyładowujących na nich swoją złość, rówieśników szydzących z nich przed całą klasą, braku miłości i akceptacji, że nie wspomnę już o przemocy fizycznej… Ból zadany duszy bywa równie zły jak ten zadany ciału.

Tak więc klaun przeszedł do sfery symbolu. Teraz został mi już tylko strach zupełnie rzeczywisty, realny, namacalny...

Ciekawa jestem Waszych wspomnień.

Moja ocena: 4/6

czwartek, 2 września 2010

Bałkańska historia miłosna



Życie jest cudem
(oryg. Život je čudo), 2004
reż. Emir Kusturica

Uwielbiam filmy Kusturicy. Budzą one drzemiące we mnie poczucie szczęścia i spełnienia. I chociaż często traktują o rzeczach niebłahych i smutnych, po jego filmach mam ochotę mówić wszystkim, jak bardzo ich kocham i jak piękne jest życie na tym naszym łez padole. Zaczynam wierzyć, że tylko miłość i radość życia ma jakiekolwiek znaczenie, a tragedie i dramaty to nieodłączne atrybuty ludzkiej egzystencji, które po prostu trzeba przetrwać z uśmiechem na ustach.

W filmie Życie jest cudem rzeczywistość zlewa się z groteską. Poznajemy w nim inżyniera Lukę, który pracuje w górach nad projektem życia – budową połączenia kolejowego między Serbią a małym górskim miasteczkiem. Towarzyszą mu żona Jadranka i syn Milos. Cała rodzina wiedzie życie raczej beztroskie ubarwiane jedynie sporadycznymi napadami szału żony Luki, niespełnionej śpiewaczki operowej. Sielankę burzy wybuch wojny domowej w Bośni. Tak naprawdę w filmie nie widzimy zbyt wielu obrazków z wojny, słyszymy jedynie jej dalekie odgłosy. Wojna jednak znajduje sposób, by wedrzeć się do rodziny ambitnego inżyniera: Milos zostaje powołany do wojska, a Jadranka ucieka z węgierskim muzykiem. Tak więc Luka ma swoją prywatną wojnę. Jego syn wkrótce zostaje wzięty do niewoli, a do domu Luki trafia piękna muzułmanka, Sabaha, która ma być wymieniona na Milosa.

I w tym momencie Luka odnajduje sens życia. Zakochuje się w pięknej dziewczynie miłością zakazaną – ale nie od razu – powoli, nieśpiesznie, nieświadomie. Tam, daleko, wojna zbiera swoje żniwo, a oni odgrodzeni od świata czterema drewnianymi ścianami górskiego domku, rozkoszują się sobą. Gdy przychodzi świadomość, miłość wybucha całą gamą kolorów, pęka jak dojrzały i nabrzmiały sokiem owoc i żadna wojna hulająca na świecie nie może jej zagrozić. Piękna to miłość i szalona. Niezapomniana jest scena, gdy kochankowie w miłosnym uniesieniu wypadają, turlając się, z domu na ganek, z ganku na schody, a potem dalej po zboczu, na którym stoi domek… Kusturica ubarwia wszystko niezwykłą muzyką Bregovica i komizmem, które sprawiają, że nie pamiętamy o tragedii rozgrywającej się tuż obok. Życie jest cudem to komedia, która traktuje o bardzo poważnych rzeczach.

W filmie ważną rolę zagrały zwierzęta, które stanowią nieodłączne, choć nie zawsze pożądane towarzystwo człowieka. A więc są niedźwiedzie, które zabijają mieszkańca wioski, jest kot i pies, które śpią z Luką i Sabahą w jednym łóżku, jest koń, który wprasza się do domu i gra w szachy i nareszcie jest nieszczęśliwie zakochana oślica, która chce rzucić się pod pociąg. Naprawdę dobrane towarzystwo…

Idealny film na jesienną depresję. Polecam!

Moja ocena: 5/6

niedziela, 29 sierpnia 2010

Szkoła jest fajna!


Jean-Jacques Sempe, Rene Gościnny, Mikołajek
Sempe J-J., Gościnny R., „Mikołajek”, Nasza Księgarnia, Warszawa 1996
tłum. Tola Markuszewicz i Elżbieta Staniszkis
s: 166


Każdy od czasu do czasu powinien poszukać w sobie dziecka. To nie wstyd, to terapia. W świecie, w którym nikt nie ma dla nas litości, w którym rozpychamy się na wszystkie strony łokciami, dobrze jest sobie od czasu do czasu przypomnieć, że nie tak trudno odnaleźć zdeptaną gdzieś po drodze radość życia. Już dawno nie śmiałam się tak nad książką, jak podczas czytania Mikołajka. I już dawno tak bardzo nie odwlekałam końca książki... Mikołajka dostałam od męża, który niemal z przerażeniem w oczach (i w uszach) usłyszał jakiś czas temu, że w dzieciństwie nie dane mi było zapoznać się z małym chłopczykiem z Francji o wdzięcznym imieniu Nicolau. Ożogowska, Nienacki, Niziurski owszem, ale o duecie Sempe i Gościnny nie słyszałam. W końcu każdy się czegoś wstydzi. Przyszło mi więc po latach nadrabiać braki...

Mikołajek to kilkanaście krótkich opowiadanek z życia szkolnego i poszkolnego małego chłopca i jego łobuzerskich kolegów, którzy ciągle się biją (tak radzą sobie z konfliktami), by na końcu stwierdzić, że zabawa była fajna. Zakończenie każdego opowiadania to zaskakujące i prześmieszne podsumowanie relacji panujących między ludźmi i to niekoniecznie - tymi najmniejszymi. Zabrzmiało poważnie, bo książka, choć napisana dla dzieci, może okazać się cenną lekcją wychowania również dla starszego pokolenia. Dzięki niej możemy zdać sobie sprawę, jak śmieszni potrafimy czasem być – my, dorośli – ci, którzy powinniśmy świecić przykładem.

Dużą zaletą książki jest jej język. Prosty, zabawny, niezwykle obrazowy. Urzekło mnie, gdy Mikołajek w każdym opowiadaniu przedstawiał swoich kolegów od nowa, tak jakbyśmy zapomnieli kto jest kto: to jest Gotfryd; Gotfryd ma strasznie bogatego tatę, który mu kupuje masę zabawek; to jest Ananiasz; Ananiasz nosi okulary i nie można go bić; a to jest Alcest; Alcest jest bardzo gruby i ciągle je itd. I ciągle powtarzany przymiotnik „fajny”, który, nie da się ukryć, jest nadużywany przez dzieci. Takie zabiegi w innych przypadkach uznałabym raczej za mankament, tutaj miałam wrażenie, że traktują mnie jak dziecko. A o dziwo, w tym jednym, jedynym przypadku zupełnie mi to nie przeszkadzało! W Mikołajku nie ma jednak jałowego moralizatorstwa i chwała mu za to.

Warto również zauważyć znakomite rysunki autorstwa Rene Sempe, które są świetnym dopełnieniem książki. Na zachętę kilka cytatów:

[...] Alcest trzepnął go toporem w czapkę i powiedział, że go bierze do niewoli, a Rufus się obraził, bo gwizdek wpadł mu w trawę; ja płakałem i mówiłem Euzebiuszowi, że jestem u siebie i że już go nigdy nie zaproszę. Wszyscy krzyczeli, bardzo było fajnie i pysznieśmy się bawili [...]

[...] Nie lubię dziewczyn. Są głupie, umieją się bawić tylko lalkami i w sklep i ciągle beczą. Oczywiście, ja też czasem płaczę, ale jak jest jakaś poważna przyczyna, jak wtedy, kiedy wazon z salonu się stłukł i tata mnie skrzyczał, a ja tego nie zrobiłem umyślnie, a poza tym ten wazon był bardzo brzydki, i ja wiem, że tata nie lubi, jak się bawię piłką w domu, ale wtedy akurat padał deszcz [...]

[...] Nie byłem zupełnie pewny, czy to jest dobry pomysł, palenie cygara, a poza tym miałem wrażenie, że to nie podobałoby się mamie i tacie, ale Alcest zapytał mnie, czy mama i tata zabronili mi palić. Zastanowiłem się, no i musiałem przyznać, że tata i mama zabronili mi tylko rysować na ścianach mojego pokoju, mówić przy stole, kiedy są goście, a mnie nikt o nic nie pyta, nalewać wodę do wanny, żeby puszczać w niej okręty, jeść ciastka przed obiadem, trzaskać drzwiami, dłubać w nosie, mówić brzydkie słowa, ale palić cygara – nie, tego tata i mama nigdy mi nie zabraniali [...]


Dziecięcy słowotok i dziecięca logika… To tylko przedsmak. Jeśli ktoś ma ochotę zapomnieć się na chwilę i odpłynąć w kierunku beztroski, polecam. Ja na pewno będę tam zaglądać częściej!

Moja ocena: 5,5/6

środa, 25 sierpnia 2010

Teatr kukiełek


Vladimir Nabokov, Zaproszenie na egzekucję
Набоков, В., „Избранные произведения: Приглашение на казнь”, Эксмо, Москва 2002
s: 156

Nabokov nie jest łatwym pisarzem. Niby wszyscy wiedzą, że wypada wiedzieć, co napisał, ale najczęściej zaczyna i kończy się na Lolicie. Dlaczego kończy się? Bo spotyka nas wielki zawód. Spodziewaliśmy się sprośnego pamiętnika podstarzałego zboczeńca, a natrafiliśmy na… No właśnie. Nie wiadomo na co. Książek Nabokova nie czyta się lekko. Lekkie wydają się one tylko tym, którzy nie lubią czytać między wierszami, a czytają dla samego „zaliczania” książek. Nabokova się nie zalicza, Nabokova się wchłania. Każda jego powieść to spacer krętą ścieżką. To błądzenie po omacku po grząskim terenie. To uczenie się języka i znaczenia słów od nowa. To zabawa w kotka i myszkę. To nieposkromiona radość z odkrywania nowych lądów. To narkotyk. Nabokov to narkotyk. Jeśli raz zanurzysz się w jego morzu słów, już nigdy nie będziesz chciał wrócić na powierzchnię.

Zaczynając którąkolwiek z powieści Nabokova, musimy sobie zdawać sprawę, że pisarz od początku do końca prowadzimy z nami grę. Jesteśmy czynnymi i niezbędnymi uczestnikami powieści. Od razu powinniśmy spodziewać się pułapki. Taką też szykuje dla nas autor w Zaproszeniu na egzekucję. W pierwszym zdaniu dowiadujemy się, że główny bohater, Cyncynat C., został skazany na śmierć, a wyrok został mu odczytany szeptem. Zaraz, coś tu jest nie tak! Dlaczego szeptem? Później dowiadujemy się, że Cyncynat C. został skazany za „nieprzenikalność” i „nieprzezroczystość”. Możemy oczywiście doszukiwać się tu drugiego dna – potępienie indywidualności w totalitarnym świecie itp. , ale… nie to jest moim zdaniem w powieści najciekawsze. Najciekawsza jest forma, bo Nabokov, nie zapominajmy, to mistrz formy. Całą historię otula mgła absurdu, a po piętach depcze nam cały czas parodia. Rzeczywistość zlewa się z marą senną i ustalenie, w którym świecie się znajdujemy, rzeczywistym czy ułudnym, zajmuje chwilę. Skazaniec spokojnie wychodzi poza swoją celę: na korytarz, na zewnątrz twierdzy – nie jesteśmy pewni czy te wędrówki zachodzą fizycznie czy tylko w umyśle więźnia. Odwiedzają go również ludzie, cała rodzina, przychodzą i wychodzą, wszędzie panuje rozgardiasz, ciągle zmienia się sceneria. Okazuje się, że Cyncynat C. jest jedynym osadzonym w twierdzy i wszyscy próbują umilić mu czas pobytu, za co oczekują wdzięczności. Wszystko jest tak absurdalne i tak odległe od nastroju oczekiwania na egzekucję, że jedyne, co przychodzi mi na myśl, to spektakl. Marny spektakl. Jakbym widziała sztukę, w której jeden, jedyny aktor nie zna swojej roli i psuje całe przedstawienie. To tłumaczyłoby szybkie zmiany scenerii i „kukiełkowatych” aktorów, którzy klepali swoje wyuczone ze scenariusza role. Zakończenie utworu również wydaje się przy takiej interpretacji bardziej zrozumiałe. Nabokov bez pytania zabrał nas do teatru. Zaproszenie na egzekucję to sztuka oglądana zza kulis.

Naprawdę nie ma możliwości, żeby streścić jakikolwiek utwór Nabokova w kilkudziesięciu linijkach. Nierealne jest też znalezienie jednej właściwej interpretacji. Każdy ma szansę odkryć ten niezwykły świat na swoją rękę, do czego naprawdę zachęcam. Gwarantuję, że Nabokov diametralnie zmieni Wasze spojrzenie na literaturę i będziecie do niego ciągle wracać. Istota leży w zrozumieniu, że nie ma jednej prawdy. Czytałam Lolitę cztery razy: po angielsku, po rosyjsku i w dwóch różnych tłumaczeniach po polsku. Wierzcie mi, to jedna z najpiękniejszych książek na ziemi. I mówię tu nie tyle o treści, co o formie. Jeśli kochacie siłę słowa, pokochacie Nabokova.
Naprawdę mogłabym tak godzinami…

Moja ocena: 5,5/6

„Szóstka” czeka na kolejny raz. Mam wrażenie, że tym razem przeoczyłam zbyt wiele…

Czytaj tego autora: "Maszeńka"

sobota, 21 sierpnia 2010

I had a dream...


Incepcja
(oryg. Inception), 2010
reż. Christopher Nolan

Zapomniałam już, jak to jest chodzić do kina, więc korzystając z jakże miłej okazji urodzin (nie powiem czyich i których), postanowiłam z ukochanym nadrobić filmowe zaległości. Mnożące się na blogach pozytywne recenzje nowego filmu Christophera Nolana nie pozostawiły nam większego wyboru – Incepcja była niemal podświadomą decyzją. Poza tym Christopher Nolan, który ulepił dłońmi swojej wyobraźni mojego ukochanego Jokera, zobowiązuje samą swoją obecnością. Po prostu musiałam. Z góry uprzedzam: mój sprawiedliwy osąd filmu może być nieznacznie zamglony wpływem, jaki wywarła na mnie uroczystość chwili...

Gdy pierwszy raz usłyszałam o tym filmie, od razu nasunęło mi się pytanie: co to jest „incepcja”? Może ktoś o szerszych horyzontach niż moje powie mi czy przed pojawieniem się filmu Nolana na polskich ekranach istniało w naszym pięknym słowiańskim języku słowo „incepcja”? Może w słowniku lekarzy czy psychologów… Jeśli ktoś wcześniej słyszał to tajemnicze słowo, niech mnie oświeci, w jakich kontekstach należy je stosować (poza kontekstem filmowym). Jestem bardzo ciekawa, a czuję się przy tym taaaka malutka.

Ale przejdźmy do meritum. Film wdziera się swoją fabułą w przyszłość, kiedy to możliwym staje się kontrolowanie snów i to nie tylko własnych, ale, co ciekawsze, również cudzych. Poznajemy grupę młodych ludzi, którzy „włamują się” do snów zawodowo i w dodatku… nie do końca legalnie. Przy założeniu, że sny są zwierciadłem pragnień i studnią naszych najintymniejszych sekretów, można tę umiejętność wykorzystywać do naprawdę bardzo niecnych celów. Don Cobb (w tej roli niezmordowany Leo) jest już recydywistą w tej branży, poszukiwanym, co gorsza, przez międzynarodową policję. Niespodziewanie pojawiła się szansa na wyczyszczenie akt, trzeba jeszcze tylko zrobić ten ostatni „skok”… Skąd my to znamy? Skokiem w tym wypadku jest tytułowa „incepcja”, czyli zaszczepienie pewnej idei, a nie jej kradzież. Oczywiście jest to wyczyn, którego nikt rzekomo dotychczas nie dokonał. Nasz Leo, nie wahając się ani chwili, podejmuje się wyzwania, gdyż stawką jest spotkanie z jego dawno niewidzianymi dziećmi. Film dzieje się na pograniczu jawy i snu. Wielokrotnie można stracić pewność, co tak naprawdę jest rzeczywistością, a co tylko marą senną. Przyznam się wam szczerze, że sama kilka razy się pogubiłam. Nie od razu też zrozumiałam kwestię działania windy bez siły przyciągania, ale od czego ma się męża-inżyniera? Jednak wszystkie niedostatki swojego zazwyczaj sprawnie działającego umysłu tłumaczę sobie późną godziną seansu... No bo co innego mogę obarczyć winą? Zakończenie filmu pozwala odrobinę podyskutować, powymądrzać się i mieć podzielone opinie.

Cała obsada filmu to kopalnia diamentów i wcale nie DiCaprio błyszczał wśród nich najbardziej. Świetne role Josepha Gordona-Levitta (pamiętacie go z filmów dla dzieci?) i Toma Hardy’ego – ze szczyptą komizmu, czyli tak jak lubię najbardziej. Kreacja Leo bardzo podobna do tej z Shutter Island. Zagrał dobrze (do tego już zdążył przyzwyczaić), ale nic nadzwyczajnego.

No i muzyka! To kolejny bohater filmu. Gwałtowna, przejmująca, celująca dźwiękami jak z łuku – prosto w serce! Film warty obejrzenia przed wszystkim w kinie: i to nie tylko ze względu na efekty, ale głównie ze względu na muzykę autorstwa Hansa Zimmera. Ach!

Moja ocena: 5/6

wtorek, 17 sierpnia 2010

Modlitwa mieszczucha


Modlitwa za rzeczy
Tadeusz Gajcy

Uspokój serca zegarów,
zmęczone są -
żarówkom przygaś powieki, za długo patrzą na nas,
tramwajom pozwól odpocząć,
niechaj nie drepcą wciąż
i domom zabroń się wspinać
w miastach obłych jak w dzbanach.

Zdyszanym kołom pociągów
kwietny spoczynek nakaż,
płuca motorów napełnij ciszą wonną od gwiazd,
trupim wydechem spalin
niech się więcej nie żali
kominów wysoki pochód w nieodgadniony czas.

Sprzętom naszym milczącym głos zamarły wyzwól,
piórom ześlij wytchnienie, papier zostaw bez liter,
niech przemówią znad półek książki kurzem przybite,
krajobrazy więzione na płótnach
niech zejdą w pokoje nasze -

Za wszystkie rzeczy smutne,
za wszystkie serca maszyn
prosimy Cię, Panie.




To modlitwa, którą mogłabym szeptać codziennie, spiesząc o poranku do pracy. Gdy tak cały świat pędzi do przodu, nie zaznając wytchnienia. Gdy rozgrzani do czerwoności kierowcy napuszczają na siebie wrzeszczące klaksony. Gdy zmęczeni od rana pasażerowie miejskich autobusów piętnują się wzajemnie łokciami. Gdy ospali robotnicy na drodze okradają nas z cennych minut i tłumionych przekleństw. Mam wrażenie, że cały świat już jest zmęczony: upałem, kurzem, zapachem potu, nagłą ulewą i zdradziecką burzą.


W takich momentach, gdy mam dość, myślę o ciszy. Ciszy, która spowija mnie od stóp do głów, wlewa się przez uszy i dziurki od nosa, by wypełnić mnie szczelnie. Ciszy pozwalającej słyszeć równomierne uderzenia serca, które w takiej wszechogarniającej ciszy przypominają stukot kół pociągu. Gdy myślę o ciszy, widzę zieloną łąkę upstrzoną błękitem chabrów i czerwienią maków. I słońce delikatnie przymykające moje zmęczone powieki. A ja leżę sobie tak niewinnie pośród tych szumiących traw i kwiatów, muskana przez spokój, zapomniana przez świat.

Ach, proszę Cię, Panie!

Na jedną chwilkę. Wyłącz wszystkie zegary, daj mi łąkę. I zapomnienie.

piątek, 13 sierpnia 2010

Buciory należy zostawiać przed drzwiami czyjegoś życia


Magda Szabó, Zamknięte drzwi
Szabó, M., „Zamknięte drzwi”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1993
tłum. Krystyna Pisarska
s: 237

Ostatnio coraz częściej zaglądam do antykwariatów. Co prawda czasu starcza mi zwykle tylko na te internetowe, ale wśród wirtualnych półek również można poczuć oddech starych i zapomnianych opowieści. To nie kłóci się także z moją silną potrzebą „posiadania książek na zawsze”. Nieważne, że używana; ważne, że moja. Po Zamknięte drzwi Magdy Szabó sięgnęłam zachęcona czytanymi tu i ówdzie pozytywnymi recenzjami, które nieświadomie wyryły się w mojej świadomości, gdyż, przyznaję się bez bicia, nigdy wcześniej nie słyszałam o tej węgierskiej pisarce. Teraz wiem na pewno, że warto przyjrzeć się jej twórczości bliżej. Powieść co prawda nie zwaliła mnie z nóg (tak jak np. Atlas zbuntowany), ale bez wątpienia sprawiła, że zatrzymałam się na chwilę. A to i tak dużo.

Wraz z otwarciem książki, chcąc nie chcąc, stajemy się świadkami wyznania winy. Zarówno pierwszoosobowa narracja, jak i wiele zbieżnych szczegółów biograficznych sprawia, że mamy nieodparte wrażenie, że to sama autorka książki jest równocześnie narratorką, chociaż to tylko skojarzenia. Książkę czyta się więc jak intymne i wstydliwe wyznanie osoby, która nie potrafi sobie poradzić z wyniszczającym poczuciem winy. Powieść zaczyna się niemal jak u Hitchcocka – od śmierci. Narratorka najpierw przyznaje się do winy, dopiero później przedstawia szczegóły zbrodni. Oszukałby się jednak okrutnie ten, kto pomyślałby, że to powieść kryminalna. Nic podobnego. Zamknięte drzwi to powieść psychologiczna, która ukazuje nam niezwykłą przyjaźń dwóch zupełnie różnych kobiet wzajemnie niszczących siebie i swoje światy. I to nie z zawiści, ale z miłości.

Jak można zabić z miłości? Przez niezrozumienie drugiej osoby, przez nieuszanowanie jej tajemnic, przez chęć posiadania jej na wyłączność. Magda Szabó udowadnia nam, że nie ma nic prostszego niż zamknąć się przed drugą osobą i odgrodzić się od jej problemów w momencie, w którym potrzebuje nas najbardziej. Wystarczy najprostsza wymówka. Wystarczy znaleźć sobie inny priorytet, przymknąć oczy i łudzić się, że nasza zła decyzja nie zaważy na niczym. Więc dlaczego w takich chwilach czujemy dławiące poczucie winy? Skąd wiemy, że przyjdzie nam za to zapłacić? Czynimy zło z premedytacją i oszukujemy samych siebie.

Bardzo ciekawie Magda Szabó podchodzi do kwestii wiary. Okazuje się, że wykształcona i obyta w świecie „pani pisarka” biega co niedzielę do kościoła i przestrzega postu w Wielki Piątek, chociaż na co dzień żyje niezupełnie zgodnie z boskimi przykazaniami. Z kolei prosta i niewykształcona (bo nie głupia) Emerenc do kościoła nie chodzi, bo uważa to za przywilej ludzi posiadających zbyt wiele wolnego czasu. Za to każdym swoim uczynkiem udowadnia, że można być dobrym człowiekiem, nie będąc w bliskiej komitywie z księdzem proboszczem. Zaskakujące, że do takich wniosków dochodzi właśnie ona, a nie filozofująca pisarka. Przeciwstawia się tezie, której kościół trzyma się tak kurczowo w obawie o swoje istnienie: nie można praktykować wiary samemu, dla siebie i w zaciszu własnego domu. Trzeba to robić w kościele. No cóż… Zdania są podzielone.

Książkę gorąco polecam wszystkim tym, którzy, tak jak ja, lubią wścibiać nos w zakamarki ludzkiej duszy. Zobaczcie, jak łatwo, stać się częścią tej siły, która zawsze dobra pragnąc, wiecznie czyni zło...

Moja ocena: 5/6

Czytaj tego autora: "Tylko sam siebie możesz ofiarować..."

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Antybiblia?


 
Ayn Rand, Atlas zbuntowany
Rand, A., „Atlas Shrugged”, Dutton, New York 2005
s: 1168

Jak streścić tę książkę? Nie wiem. Po zakończonej lekturze próbowałam sobie jeszcze raz wszystko przemyśleć, poukładać i skupić się na kilku najważniejszych zagadnieniach. Niestety nie potrafię tego zrobić, bo wszystko wydaje mi się równie ważne.
Zaskoczyła mnie ta książka. Nie spodziewałam się, że jeszcze spotkam w swoim życiu książkę, która będzie tak dobrze napisana i wywrze na mnie tak ogromne wrażenie (teraz przeraża mnie trochę mój brak wiary). A jednak spotkałam taką książkę, tylko że teraz nawet nie wiem od czego zacząć swoje pochwalne peany...

Atlas zbuntowany to przede wszystkim książka, która przekonuje. Nie pamiętam już czy wierzyłam wcześniej w te wszystkie przesłania i założenia, które Ayn Rand prezentuje nam bez ogródek. Chyba nie… Teraz wydają mi się one tak bardzo naturalne i swoiste dla ludzkiej natury, że naprawdę nie chce mi się wierzyć, że mogłam myśleć inaczej. Siła perswazyjna tej książki jest ogromna i, wysoki sądzie, naprawdę nie pamiętam, co było przedtem…

Atlas zbuntowany to książka o ludziach. I o jednym człowieku. O człowieku, który postanowił zatrzymać motor świata i dopiął swego. Gdyby wcześniej ktoś streścił mi książkę w ten sposób, przed moimi oczami stanęłaby jakaś baśniowa lub mityczna wizja, zważywszy na metaforyczny tytuł powieści. A wyobraźcie sobie, że motor świata naprawdę istnieje i naprawdę można go zatrzymać. Można też zacząć świat od początku. Nie wszyscy mogą tego dokonać; ten przywilej zarezerwowany jest dla ludzi, którzy kochają życie tak bardzo, że gotowi są za nie umrzeć. Kochają życie i… siebie. Są dumni, nieugięci, zaradni, pewni siebie i niezależni. Gardzą ludźmi zależnymi i charytatywnością. Ich motto życiowe głosi, by nigdy nie żyć na koszt innych, ale też nie pozwolić, by ktoś inny żył na ich koszt. I nie chodzi tu wcale o to, by dążyć po trupach do celu. Można żyć według własnych zasad i po prostu nie dać się oskubać. I tacy ludzie zbawią świat. W pewnym momencie pomyślałam, że Atlas zbuntowany to taka anty-biblia i dokładne odwrócenie teorii „kochaj bliźniego jak siebie samego”. Tak naprawdę pisarka zapoznaje nas w książce ze swoją filozofią (obiektywizmem), która zakłada, że jednostka powinna dbać tylko o swój interes, by przetrwać – i nie ma w tym nic złego, bo niby dlaczego potrzeba przetrwania miałaby być zła? Tylko w ten sposób przetrwa świat. Ayn Rand wierzyła w kult pieniądza zanim stał się złem.

The man who damns money has obtained it dishonorably; the man who respects it has earned it
. [s. 412]

Nie zamierzam nikogo do niczego przekonywać, ale książkę nie tyle warto, co trzeba przeczytać. Mi lektura zajęła sporo czasu, bo nie jest to czytadło, które połyka się w zawrotnym tempie, a potem jedyne, co pozostaje, to niedosyt lub niestrawność. Jest to książka, która zmienia spojrzenie na świat, nawet jeśli ktoś się nie zgadza z jej przesłankami. Chociaż z tą najważniejszą nie sposób się nie zgodzić: ŻYCIE jako najwyższa i niepodważalna wartość. Bo to książka o miłości do życia. I ta miłość naprawdę zaraża. Poniżej jeden z moich ulubionych cytatów:

To love a woman for her virtues is meaningless. She's earned it, it's a payment, not a gift. But to love her for her vices is a real gift, unearned and undeserved. [s. 305]

___________________________________________________
Moje i tylko moje tłumaczenie cytatów:

1) Człowiek, który potępia pieniądze, zdobył je niehonorowo. Człowiek, który szanuje pieniądze, zarobił je.

2) Kochanie kobiety za jej cnoty nie jest niczym wielkim. Zapracowała na to. To zapłata, a nie dar. Dopiero kochanie kobiety za jej wady jest prawdziwym darem, na który nie zapracowała, ani na który nie zasłużyła.

Moja ocena: 6/6