niedziela, 10 stycznia 2010

Nie taki diabeł straszny




Parnassus. Człowiek, który oszukał diabła
(oryg. Imaginarium of Doctor Parnassus), 2009
reż. Terry Gilliam

Jako że w ostatnim czasie nie udało mi się spłodzić żadnej recenzji książkowej, postanowiłam podzielić się swoimi wrażeniami z filmu, który wczoraj obejrzałam. Niesprzyjające warunki pogodowe sprawiły, że wyściubienie nosa z domu okazało się nie lada wyzwaniem, więc miałam ogromną nadzieję, że wspaniałe widowisko zrekompensuje trudy wyprawy. Poza tym czekałam na ten film od dawna, praktycznie od momentu, kiedy w swój świat chaosu i opętania wciągnął mnie Joker grany przez Heatha Ledgera, który godnie zastąpił samego Jacka Nicholsona. Moje oczekiwania osiągnęły niebezpieczne rozmiary i czekałam na ten film z lekkim drżeniem i niepokojem w sercu. Niestety chodzenie do kina w takim stanie powinno być surowo zabronione. Im mniejsze oczekiwania, tym mniejsze rozczarowanie lub większy zachwyt.

Tytułowe imaginarium to widowisko, podczas którego, ludzie mogą wędrować po wszystkich zakamarkach swojej wyobraźni, urzeczywistniając swoje najskrytsze pragnienia. Takiej podróży po własnej podświadomości można było zaznać, biorąc udział w przedstawieniu organizowanym przez wędrowny teatr, któremu przewodzi doktor Parnassus w towarzystwie swojej córki Valentiny, podkochującego się w niej Antona i karła Percy’ego. W tajemniczych okolicznościach dołącza do nich również Tony (Ledger), który przewróci cały ich świat do góry nogami. Czytałam gdzieś, że jego postać była wzorowana poniekąd na postaci byłego premiera Tony’ego Blaira, który zwykł wygadywać najbardziej nieprawdopodobne rzeczy, a później sam w nie wierzył. Z kolei Parnassus to człowiek, który dawno, dawno temu zawarł pakt z diabłem, dzięki czemu otrzymał nieśmiertelność i możliwość tworzenia swojego wspaniałego imaginarium. Niestety w końcu, jak to w życiu bywa, nadszedł czas spłacenia długu. Historia stara jak świat, ale z ogromnym potencjałem.

Cóż mogę powiedzieć? Mimo szczerych chęci film nie zrobił na mnie wrażenia i mogę zaliczyć go jedynie do przeciętnych. Wiele scen na pewno jest godnych uwagi poprzez swoje nawiązania do Latającego Cyrku Monty Pythona, którego Terry Gilliam był członkiem, ale film jako całość okazał się dla mnie zupełnie nieprzekonujący. Największe wrażenie wywarł na mnie Tom Waits w roli Pana Nicka (Diabła). W ogóle sama postać została ciekawie pomyślana, bo czego by nie powiedzieć o Diable, w filmie Gilliama na pewno nie była to postać negatywna. Mr Nick był przebiegły, ironiczny, irytujący, ale zło nie było jego domeną. Uwielbiał hazard i cały czas był gotowy kupczyć duszami ludzkimi. Podoba mi się wizja, że człowiek zawsze sam skłania się ku Diabłu, dokonując konkretnego wyboru. Człowiek za każdym razem ma dwie drogi, zawsze może wybrać między złem a dobrem, a tak często dobrowolnie zmierza ku Diabłu. Podobał mi się również motyw niekończącej się opowieści, która wprawia w ruch motor wszechświata. Opowieść musi trwać, żeby świat istniał. Co się stanie, gdy opowieść zostanie przerwana? Zobaczcie sami…

Nie chcę pisać o aktorach. Wiadomo, że niespodziewana śmierć Heatha pokrzyżowała plany reżysera i konieczne było dodanie nowych nazwisk do obsady, jeśli film miał pojawić się na ekranach. Myślę, że pomysł wprowadzenia pojęcia alter ego do filmu o potędze wyobraźni to rozwiązanie całkiem zręczne. Najbardziej zdumiałam się, gdy dopiero po kilku chwilach zorientowałam się, że Heatha Ledgera zastąpił już Johnny Depp! Dosłownie przeniknął w jego skórę… Sztuczka się udała.

No i zabrakło mi powalającej muzyki. Szkoda.

Heatha Ledgera zapamiętam jednak głównie z powodu dwóch ról: Ennisa z Tajemnicy Brokeback Mountain i Jokera z Mrocznego rycerza (film, który warto zobaczyć głównie dla jego roli, nawet, jeśli ktoś nie jest wielkim fanem przygód Batmana). Zobaczcie, jak Joker wciela w życie swoją mroczną filozofię świata pogrążonego w chaosie, gdzie dobro dopełnia zło, tworząc całość.

A Parnassus? Niby piękna opowieść, ale zabrakło jej szczypty magii. A w filmie o potędze wyobraźni, to niewybaczalne...

Moja ocena: 4,5/6

18 komentarzy:

  1. NIE LUBIĘ :) batamanów, ale TEN JEDEN JOKER JEST WARTY WSZYSTKIEGO!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Miałam iść na ten film... z wielkimi nadziejami... może jednak poczekam aż pokażą w TV. A Jokera chyba jednak muszę zobaczyć...

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja się też wybieram :) Ale słyszałam właśnie bardzo dużo podobnych opinii do Twojej... To zadam pytanie - warto iść do kina czy poczekać tak jak Dunajka proponuje aż pokażą w TV?

    OdpowiedzUsuń
  4. Holdenie, bo to nie film batmana, tylko Jokera, czyż nie? Tak mi żal, że już go nie zobaczę:(

    Dunajko, idź do kina, ale "wielkie nadzieje" zostaw w domu:) Jokera zobacz koniecznie! Nie pożałujesz! No chyba że się nie znam...

    Tucho, zawsze warto iść do kina! Więc ja jak najbardziej jestem ZA! Nie jest to najlepszy film, ale też nie najgorszy. Zresztą może dasz się zaczarować:) Może mnie stłamsiła tylko zima, lekki ból głowy i inne udręki...

    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ach! Och! Ich! A na końcu i tak zawsze, nieodmiennie... echhh! Mam niestety nosa do filmów i książek. Widzę, że i tym razem się nie pomyliłam. Muszę jednak zauważyć - nie traktuj tego broń chomika jako podlizywanie - a mianowicie, że sama nie napisałabym lepszej recenzji, oczywiście gdybym obejrzała to cuś i z całą pewnością, co mnie osobiście zdumiewa i przeraża, zwróciłabym uwagę na te same szczegóły. Ponadto kiedy wspomniałaś o owej "opowieści" - jaką tworzy nasz świat, przeszedł mnie dreszcz, bo to jakaś hiper-informatyczna telepatia, słowo honoru! Dopiero co weszłam na twą stronę i taka zbieżność...

    A co do Heatha Ledgera, w opowieści o kowbojach mnie zemdliło, ale to dlatego, że nie lubię końskiego nawozu a podczas oglądania Mrocznego Rycerza z wrażenia wcisnęło mnie w fotel. Mam tylko dwóch faworytów z zakresu filmów akcji. Pierwszym był dotąd Kruk z Brandonem Lee z 1994 roku, nr dwa - jest właśnie rzeczony Mroczny Rycerz. Dla takiego wariata oddałabym duszę po stokroć!

    pozdrawiam serdecznie ];]-

    OdpowiedzUsuń
  6. Anhelli, czekałam na Twoje "a nie mówiłam?":) Film faktycznie z potencjałem, ale nie do końca wykorzystanym. Co do zbieżności, myślę, że dobre pomysły nie sposób przeoczyć, chociaż to faktycznie co najmniej dziwne i niepokojące, że się tak "zbiegłyśmy" w temacie;)

    A co do Heatha, szkoda, że zemdliło Cię końskie łajno, bo film całkiem dobry albo to ja jestem zbyt ckliwa... A Joker? Na to już poświęciłam kilka linijek, więc nie będę ich przepisywać.

    Dzięki za czytanie i komentowanie:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wiesz... po prostu nie przepadam za kowbojami, a cała reszta? Może to dlatego, że w danym filmie nie dostrzegłam żadnych umiejętności aktorskich, żadnej głębszej treści... wyłącznie wątek seksualny.

    pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  8. No co Ty? Mnie już sam pomysł umiejscowienia wątku homoseksualnego na dzikim zachodzie nieźle zdzielił po bani (że się tak brzydko wyrażę). Samotność, słabość, inność, wrażliwość w tym świecie "prawdziwych mężczyzn" były jak powiew zatrutego powietrza (!) Oglądając film, od początku czekałam na śmierć i koniec, bo tak MUSIAŁO być, nie było innej drogi. Mnie przygniotło...

    PS1. Ciekawa rzecz: zaczęłam od Parnassusa, płynnie przeszłam do Mrocznego rycerza, a skończyło się na Tajemnicy Brokeback Mountain. Uwielbiam swobodne dyskusje:)

    PS2. Znowu dopadł mnie Joker... Tym razem na HBO:) I just can't resist.

    OdpowiedzUsuń
  9. Pozwól, że wyrażę się tak: Nie przeszkadzają mi dwa gołąbki gruchające w blasku księżyca aż biedne wilki chowają się w krzakach, przeszkadza mi świat, który zmusza dobrego aktora, choć niedocenionego, do grania roli wbrew swej naturze, bo inaczej całkiem by o nim zapomniano. Na szczęście, rola Jokera wybieliła jego sumienie, role potworów w ludzkiej skórze zawsze były mi drogie z dość prozaicznych powodów, które zachowam dla siebie. Jeśli jeszcze nie wyraziłam się jasno... rola Ennisa wydawała mi się mdła, cukierkowa, za dobra... nie wierzę w istnienie takowych jednostek, każdy nosi pod skórą jakiegoś diabła, tylko jeszcze o tym nie wie. Rola Jokera była napisana wprost pod Heatha i na szczęście dzięki niej tak go właśnie zapamiętam :)

    Ps: Inne jego role i filmy, to tylko nic nieznaczące bzdety... pardon 4 language ;]

    Ps: Podsunęłaś mi pewną myśl odnośnie notki, którą za jakiś czas zmaieszczę... Merci!

    pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Dwa gołąbki? Cha, cha. To Ci się udało:)

    Droga Anhelli, nie myśl sobie, że próbuję Cie do czegoś przekonać. Wyrażam swoje zdanie, co, mam nadzieję, również Ty czynisz, aczkolwiek wydaje mi się, że zaczyna wyzierać z Twoich słów zniecierpliwienie...
    Czy mi się zdaje, czy twierdzisz, że geja może zagrać tylko gej? No chyba nie. Chodzi o to, że był dla Ciebie nieprzekonujący? Dla mnie wręcz odwrotnie.

    Ja wierzę w to, że niektóre filmy (podobnie jak książki) przemawiają tylko do odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie. Dla innych są bezwartościowe. Nie wyznaję zasady, że film jest dobry albo zły (na szczęście nie jestem krytykiem filmowym). Dopiero w konfrontacji z widzem określa się jego wartość. Ot co.

    Cieszę się, że znowu Cię natchnęłam:)

    Idę spać, bo nietoperze nade mną zawisły...

    OdpowiedzUsuń
  11. Na szczcęście Inez ja też nie jestem krytykiem, psioczę dla czystej przyjemności ];]-
    Nie, nie chodziło mi o to, że geja może zagrać tylko gej... to coś innego. Trudno mi powiedzieć, co dokładnie, po prostu oglądając ten film zapamiętałam tylko paskudne oczy cocker-spaniela partnera Ennisa, styl alla-piesek i wąsy kowbojów. Ale - jak byłaś miła zauważyć - nie wszystkie filmu muszą podobać się wszystkim. Mam dość specyficzne gusta filmowo-książkowe. Kiedy coś mi się nie podoba, to nie ze względu na treść, tylko jakiś szczegół, duperelek, który tylko ja widzę w danym momencie. Nie próbuję nikogo przekonywać do swoich racji, po prostu piszę, co czuję.

    pozdrawiam serdecznie a zdjęcie Jokera the best! ;]

    OdpowiedzUsuń
  12. Dobra pointa, niech tak zostanie. Właściwie chciałam wyrazić swoją euforię kreacją Jokera, a wyszło, że bronię "gołąbka" Ennisa:) Anhelli, coś mnie zakręciłaś...

    Więc teraz spojrzę na Ciebie okiem Jokera:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Witam :)
    przyznaję Ci rację jeśli chodzi o muzykę. Nie poruszyła mnie, nawet nie zapamiętałam. Zapomniałam tego napisać u siebie :)
    Moje zdanie znasz :) mnie się podobał... bardzo :)
    A Jokera widziałam i rownież polecam, bo był genialny!

    : )

    OdpowiedzUsuń
  14. Byłam w kinie, zobaczyłam i mi się podobało. Fakt,muzyka nie porywa, to straszne, ale nie jestem w stanie powiedzieć jaka dokładnie była, bo kompletnie jej nie pamiętam. Film na pewno "inny", ale dla mnie inny w tym pozytywnym słowa znaczeniu. Poza tym ja lubię świat wybraźni :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Mała Mi, muzyka w filmie - ważna rzecz. Jeśli jest dobra, czasami nawet kilka dni po seansie wierci mi dziurę w głowie. A tu było nijako:(

    Tucho, to dobrze, ze Cię nie zniechęciłam:) Najwidoczniej film trafił na właściwego odbiorcę. Aha, ja też lubię świat wyobraźni!

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  16. Twórczość Gilliama nie jest mi znana, wiele lat temu widziałam tylko "12 małp" ale mało z tego filmu pamiętam poza tym, że był... dziwny. :)
    "Parnassusa" jestem bardzo ciekawa jako miłośniczka fantasy - lubię dobre połączenie bogatej scenografii z głębszym przesłaniem. Akurat czytałam niedawno ciekawy artykuł o twórczości Gilliama, w którym autor pisze, że reżyserowi temu zarzuca się "brak umiaru, wizualne szaleństwo na granicy przesytu, celebrowane czysto filmowego efektu kosztem zwięzłości narracji", co trochę ostudziło mój zapał (zresztą Twoja recenzja też :)) bo genialne efekty specjalne ale bez głębszych treści mnie nie zadowalają (taki jest podobno "Avatar" Camerona, widziałaś może?).
    Dzisiaj jest w tv "Brazil" Gilliama, pewnie obejrzę, bo ponoć całkiem dobry :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Weisse_taube, Gilliama znam z "12 małp" (niezły odlot), "Nieustraszonych braci Grimm" (bajeczka) i niektórych produkcji Monty Pythona... Faktycznie, autor wyszperanego przez Ciebie artykułu zdaje się mieć poniekąd rację. Gilliam żongluje pomysłami, jest strasznie efekciarski, ale czasem nie wiadomo, dokąd zmierza. Jedynie "12 małp" przemawia do mnie głośno, ukazując świat pogrążony w chaosie i dążący do samozagłady. A rola obłąkanego szaleńca w wykonaniu Brada Pitta przemówiła do mnie już zupełnie głośno:)

    Na "Avatara" idę w sobotę. Chcę mieć zdanie.

    "Brazil" nie widziałam, ale zauważyłam, że dzisiejszy seans kończy się o 3 nad ranem... Nie tym razem:(

    Dzięki za odwiedziny!

    OdpowiedzUsuń
  18. W takim razie będę czekać na Twoją opinię o Avatarze :)
    A "Brazil" sobie nagrałam na video, dla mnie o też zbyt późna pora na siedzenie przed tv :)

    OdpowiedzUsuń