wtorek, 26 stycznia 2010

Gdy świat został w tyle...


Aviator
(oryg. The Aviator), 2004
reż. Martin Scorsese

Szum medialny skoncentrował się ostatnimi czasy wokół Avatara, a ja chciałabym wspomnieć zapomnianego już Aviatora. Od razu spieszę podziękować polskim tłumaczom i producentom za to, że nie pokusili się o zastąpienie oryginalnego „aviatora” swojsko brzmiącym "lotnikiem" albo "pilotem" czy o zaprezentowanie polskim widzom liryczno-banalnego tytułu w stylu „na skrzydłach szaleństwa” czy „pod niebem obłędu”… Nie ma się do czego przyczepić. A dalej też jest nie najgorzej, chociaż mogłoby być lepiej. Aviator nieodłącznie kojarzy mi się z kwaśną miną Martina Scorsese prezentowaną dumnie na gali rozdania Oskarów w 2005 r. Wielki reżyser prawdopodobnie liczył, że TYM razem uda mu się zgarnąć upragnioną statuetkę (niestety przegrał z Clintem Estwoodem). Dlaczego wydaje mi się, że wiem, na co liczył Scorsese? Po pierwsze, było o tym dosyć głośno, a po drugie, film Aviator skrojony jest jak najlepszy garnitur od Armaniego według wzoru: jak zgarnąć Oskara. Ale najwidoczniej ścieg był nierówny…


Aviator
– to biografia amerykańskiego miliardera Howarda Hughesa (w tej roli równie niedoceniony Leonardo DiCaprio), którego imperium kwitło w pierwszej połowie XX wieku. Pierwsze kroki na drodze ku wielkiej karierze młody Hughes stawia w Hollywood. Rozgłos zyskuje, gdy na ekranach pojawia się wyprodukowany przez niego film Aniołowie piekieł. Jego nowotarskie podejście do kręcenia filmów (m.in. Hughes jako jeden z pierwszych zrezygnował z filmu niemego) zjednuje mu zarówno zwolenników, jak i powiększa rzesze przeciwników. Ale to nic nowego: każdy człowiek będący krok przed innymi budzi strach i niechęć. Prawdziwą pasją młodego miliardera jest jednak górowanie nad innymi - w przestworzach i nie tylko. Hughes pragnie być najszybszym człowiekiem na Ziemi, chce zbudować największy samolot, domaga się miłości najpiękniejszych kobiet. Naj, naj, naj…

Film na pewno nie jest największym arcydziełem kinematografii, ale za każdym razem, gdy go oglądam boli mnie postać samego Howarda Hughesa – człowieka, który wielu wielkich rzeczy mógł dokonać tylko dlatego, że sam łożył grube miliony na swoje szalone pomysły. Czy w innym przypadku ktokolwiek by go posłuchał? Wątpię. Boli mnie jego potrzeba bycia „naj”, która jak przywiązany do szyi kamień ciągnęła go w zastraszającym tempie w dół. Hughes chciał pokonać nie tylko ówczesne granice czasoprzestrzenne, ale również nieustannie dążył do tego, by pokonać samego siebie. Szaleństwo paliło mu trzewia, ale dzięki temu nie czuł strachu i nie tłamsiły go żadne ograniczenia. Zastanawiam się tylko czy rewolucjonista zawsze musi być szaleńcem? Czy szaleniec musi być człowiekiem chorym? Hughes był. Szaleństwo próbował kontrolować poprzez natarczywe powtarzanie niektórych czynności, poprzez recytowanie tych samych fraz. Dziś nazywamy to zaburzeniem obsesyjno-kompulsyjnym albo nerwicą natręctw. Próbował uwolnić się od wewnętrznego lęku, szukał ukojenia u najpiękniejszych kobiet ówczesnego świata: Jean Harlow, Katharine Hepburn, Avy Gardner… Nie znalazł. Ale na niebie osiągnął wiele, a może zbyt wiele... Dla mnie to kolejny dowód na to, że zawsze trzeba trzymać w zanadrzu jakieś niezrealizowane marzenie, bo inaczej życie staje się jałowe i pozbawione sensu.

Lubię szaleńców, stąd wzmianka o Aviatorze. Lepiej mieć w sobie zbyt wiele pasji niż za mało. Przeraża mnie tylko, że granica między szaleństwem i chorobą psychiczną jest taka cieniutka.

Tak jak napisałam na wstępie, film jest odrobinę sztampowy i może trochę przydługi, ale warty obejrzenia, chociażby ze względu na postać samego Howarda Houghesa - szaleńca, który nie śnił o przyszłości, ale ją tworzył.
Miejmy szacunek do szaleńców. To oni pchają ten świat do przodu.

Moja ocena: 4,5/6

12 komentarzy:

  1. Film warto obejrzenia zgadzam się.
    A Leo ? On zawsze będzie mi się kojarzył z Titaniciem i chyba już nic na to nie poradzę. Może i on jest dobrym aktorem, nie jestem specem od kina by polemizować na tym polu poza tym to kwestia czysto subiektywna. Mnie niestety jego osoba od zawsze drażniła i przeszkadza w odbiorze filmu.

    OdpowiedzUsuń
  2. lubię w tym filmie Leonardo - zwłaszcza, gdy wariuję w samotności, to się czuję, to GRA.... ALE MOJA OCENA - 3/6 za cały film - przegadany po prostu (

    :)pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Na szczęście ominął mnie był "Titanic" i DiCaprio kojarzy mi się z fenomenalną rolą Arniego w "Co gryzie Gilberta Grape'a?" :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam :)
    niedoceniony Leo powiadasz... hm.. bo ja właśnie nie widziałam tego filmu z powodu tegoż aktorzyny :) i w obawie przed tą sztampowatością...
    Ale bardzo ciekwie to opisałaś :) no i wątek szaleńca ;) nieźle!

    OdpowiedzUsuń
  5. "Titanica" biedny Leonardo się nigdy nie pozbędzie :) ale ja go uważam za całkiem niezłego aktora, a "Aviatorze" bardzo mi się podobał. W ogóle "Aviator" mi się podobał, tylko tak mi szkoda tego Hughesa było. Znaczy, szkoda to może nie do końca dobre słowo.
    Sam film jest dobry, tylko miejscami naprawdę zbyt długi.

    OdpowiedzUsuń
  6. Uwielbiam ten film, dopiero po nim mogłam przyznać, że DiCaprio jednak posiada talent aktorski. Byłam pełna podziwu dla jego umiejętności. Film mnie olśnił, niektóre sceny przyprawiły o spazmy śmiechu jak np mania czystości Hughesa rodem z detektywa Monka, a inne powaliły rozmachem. Scena, kiedy nasz bohater ląduje prawie jak po maśle ;] ma podmiejskich bliźniakach, ach! Szkoda słów, chyba znowu obejrzę Aviatora. Warto!

    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Miss Jacobs, niestety Leonardo zaszkodził sobie wielce Titanicem... Ale czy ktoś pamięta, że grała tam również Kate Winslet? Czy jej rola była aż tak głęboka, że nikt nie wiesza na niej psów z powodu tej rólki?

    Holdenie, dlaczego zaniżasz moje rankingi?!:)) Popieram, szaleństwo dobrze zagrane. Wszechogarniające, obezwładniające...

    Bazylu, jak mógł Cię ominąć Titanic??!! Ja nawet na szkolnej wyciecze byłam w kinie na Titanicu właśnie;) Musiałeś bardzo się bronić... A niektórzy mówią (nie ja), że rola Arniego była bardzo odpowiednia dla Leo; wyszedł tak naturalnie...

    Mała Mi, uprzedzenia to zła rzecz - dużo się traci:) Każdy aktor w swojej filmografii ma jakiś kiepski film. Chociaż, kiedy myślę o Johnym Deppie żaden mi nie przychodzi do głowy... A Wam?

    Liritio, ja też go lubię i myślę, że rozwinął się bardzo od czasu, gdy poszedł na dno;) Film za długi, zgadzam się, a i tak wycięli wiele interesujących wątków z biografii Hughesa: czytałam np. że chorował na zaawansowany syfilis - stąd wzięło się większość jego fobii...

    Anhelli, nie wierzę! Spodziewałam się raczej krytycznego komentarza:) A scena lądowania w burakach (czy czymś tam) - bezbłędna! Lubię ten film również za lata 20. Fryzury, stroje, samochody... Cieszą moje oczy:)

    Uff, Pozdrawiam gorąco!

    OdpowiedzUsuń
  8. Byłem na "Aviatorze" w kinie, bo choć nie przepadam za DiCaprio, to jednak Kate Blanchett należy do ścisłej czołówki moich ulubionych aktorek. Musiałaby chyba zagrać w "Kodzie Leonardo Da Vinci", żebym ją sobie darował...

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie będę oryginalna, bo dla mnie ten film to przede wszystkim dobra rola Leo, realia lat dwudziestych i kilka zapamiętanych scen: oczywiście samotne szaleństwo i "taka piękna katastrofa"...

    OdpowiedzUsuń
  10. Inez :) masz rację i masz rację :)
    odnośnie do uprzedzeń i do JD :D

    OdpowiedzUsuń
  11. To moje komentarze wzbudzają aż taki niepokój? Pardon! ;]- Lata 20 i 30 należą do moich ulubionych i tylko w Chicago :)

    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Simonie, masz rację, obecność Cate w obsadzie filmu jest zawsze gwarancją uczty kinomana. Nawet jeśli nie jest to rola pierwszoplanowa...

    Uliszko, a czy trzeba być na siłę oryginalnym w swych gustach? Jeśli coś jest dobre, po prostu jest:)

    Mała Mi, masz rację, że mam rację;)

    Anhelli, nie niepokój, ale wewnętrzną i niezgłębioną chęć konfrontacji:))

    Pozdrawiam wszystkich fanów (i nie-fanów) Leo, Cate i Johnny'ego

    OdpowiedzUsuń