środa, 3 lutego 2010

Autostrada donikąd


Nie czas na łzy
(oryg. Boys Don’t Cry), 1999
reż. Kimberly Peirce

- Mam kryzys seksualnej osobowości…
- Co takiego?!

To fragment przesłuchania zgwałconej kobiety, która jest mężczyzną. Tak, to nie pomyłka. Jest mężczyzną. Duchem, sercem, umysłem. Tylko nie ciałem. Matka Natura spłatała jej figla i wyrządziła wielką krzywdę. Teena Brandon – Brandon Teena.

To historia oparta na faktach, a życie niestety nie pisze cukierkowych scenariuszy. Na świecie codziennie rodzi się przynajmniej jeden człowiek, w którego ciało przypadkowo zaplątał się mózg nie tej płci, co trzeba. Cóż wielkiego? My się mylimy, a Matka-Natura (Bóg?) nie może? Taki mały psikus… Nie mam pojęcia i nie podejmuję się zgadywać, jak to jest, gdy pewnego dnia taki mały błąd w planie wszechświata spogląda w lustro i myśli sobie: to nie ja, więc gdzie JA jestem? Tym bardziej nie wiem, skąd taki człowiek czerpie odwagę i optymizm, by wierzyć, że wszystko będzie dobrze i znajdzie się dla niego miejsce w społeczeństwie istot skonstruowanych WEDŁUG planu…

Taki optymizm udziela się widzowi, gdy zaczyna oglądać film Nie czas na łzy i poznaje Teenę, to znaczy Brandona, który wierzy, że może żyć i zachowywać się jak facet, chociaż spodnie wypycha sobie skarpetką. Pije piwo, pali papierosy, „ujeżdża” furgonetkę, ucieka przed policją, podrywa zajętą dziewczynę… Zachowuje się jak zły chłopiec, a cieszy się jak mały psiak. Los mu sprzyja, więc zaczyna wierzyć, że życie może nie do końca jest do bani. Nie myśli, co będzie potem – liczy się tylko tu i teraz. Miłość. Z wzajemnością. Akceptacja jedynej kobiety, Lany, na której mu zależy. Jest mężczyzną zaplątanym w kobiece ciało (pamiętacie? taki psikus), a ona widzi w nim mężczyznę.

Ja również uwierzyłam, dlatego tak bardzo zabolało mnie zawahanie się Lany – krótkie, jak mgnienie oka, ale jednak – zdrada. O konsekwencjach, przemocy, okrucieństwie nie chcę pisać: kto oglądał, ten wie, a kto do tej pory nie trafił na ten film, powinien jak najszybciej odczuć go na własnej skórze. To jeden z tych filmów, przy których zawsze podciągam kolana pod brodę i powtarzam w duchu swoją mantrę: może tym razem zakończenie będzie inne, może się uda, może zrozumieją, że to niczyja wina…

O słodka naiwności!

Za każdym razem, gdy natykam się w programie telewizyjnym na ten tytuł, oglądam film po raz kolejny, chociaż to najzwyklejszy w świecie masochizm. Przypomina mi jednak o wewnętrznej hipokryzji. Bo chociaż uważam się za osobę tolerancyjną (właściwie, cóż to za słowo?), myślę sobie czasem, tylko niech MNIE inność omija szerokim łukiem. U innych toleruję, a jakże… Ale nie ma czegoś takiego jak tolerancja na odległość. Możliwa jest tylko akceptacja całkowita: ja, mój przyjaciel, człowiek na ulicy, pani w sklepie, moje dziecko… Akceptacja całkowita. Albo całkowity jej brak.

No i muszę wspomnieć: genialna… genialna Hilary Swank.

Za emocje i aktorstwo: 6/6

14 komentarzy:

  1. Inez... ten film musi być straszny... ja niektórych filmów boję się oglądać ze względu na to właśnie, że mogą być tak dołujące...

    OdpowiedzUsuń
  2. Oglądałam go jakiś czas temu i tak, jak Ty masochistycznie obejrzałabym jeszcze raz...
    A co do Hilary - jej pzre-genialna rola, prze-genialnie zagrana, kojarzyła mi się z Charlize Theron w filmie "Monster" - dla mnie to był ten sam kaliber "zmian", ten sam pułap wczucia się w rolę i oddania jej całej siebie, mimo, że postacie grane przez obydwie panie, były raczej dalekie od nich samych.
    Całuję gorąco w zimne dnie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Mała Mi, nie wiem, co mam Ci powiedzieć: życie też bywa dołujące... A po filmie, wcześniej czy później się podniesiesz. Najważniejsze, że takie filmy dają do myślenia i pozwalają Ci na własne życie spojrzeć z boku.

    Marpil, widzę, że też lubisz się czasami emocjonalnie podręczyć... :)
    Ciekawe skojarzenie z panią Theron... Coś w tym jest. Jednak mną o wiele bardziej wstrząsnęło odkrycie Hilary Swank we wspomnianym przeze mnie filmie. Może dlatego, że było mniej przerażające, mniej odrealnione... Trudno to wytłumaczyć.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeden z tych filmów, podczas oglądania którego ryczałam jak bóbr. Wspaniała rola Swank, ale nie tylko jej... bardziej autentyczna niż rola Theron, chociaż lubię tamtą. Bardzo smutny film, przerażający momentami, ale drugi raz nie mam ochoty oglądać. Zazwyczaj oglądam film tylko raz, bo na palcach mogę zliczyć takie, które warte są wielokrotnego oglądania.

    Ps: Zamieściłam odpowiedzi... zapraszam i pozdrawiam ;]

    OdpowiedzUsuń
  5. Naprawdę tylko raz? Ja niektóre filmy oglądam kilkakrotnie, chociażby dla odświeżenia emocji... Przyznaj się, do których filmów lubisz wracać?:)

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja także niektóre filmy oglądam po kilka razy. Na przykład "Billy Eliot" - to jeden z tych filmów, który mogę oglądać i oglądać, i za każdym razem odkrywam kolejne tropy interpretacyjne. Ten film [Nie czas na łzy] oglądałam raz, i to dość dawno. Ale pamiętam, że zrobił na mnie wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytałam, że Swank po zakończeniu zdjęć miała aż problemy psychiczne, tak bardzo weszła w rolę. Filmu nie widziałam - z premedytacją, przyznam bez bicia. Chyba jeszcze nie nadszedł ten moment, w któym jestem gotowa obejrzeć taką historię.
    I jakie to zabawne, że czyjeś problemy i dramaty znosimy dziwnie lekko w porównaniu do swoich.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jolanto, z filmami jest tak, jak z książkami - muszą w odpowiednim momencie trafić na odpowiedniego odbiorcę. Chociaż zdarza mi się, że książka, którą kochałam, po latach okazuje się dla mnie kompletnie bezwartościowa. Odbiorca się zmienił. Z filmami tak nie mam...
    A "Billy Elliot" wciąż przede mną:)

    Joanno, najwidoczniej nie masz w sobie nic z masochistki emocjonalnej - w odróżnieniu ode mnie;) Niestety w naturze ludzkiej leży wielka wrażliwość (przewrażliwienie) na własne problemy i sprytnie skrywana, wstydliwa obojętność na problemy innych. Smutne to, ale niestety ludzkie...

    Dzięki za zaglądanie:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ulubione filmy zamieszczam w dziale Ulubione na bieżąco... zresztą wszystko to, do czego wracam częściej zamieszczam na swoim blogu.

    pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  10. lubię TEN FILM, a więc podobnie GO oceniamy :)
    serdeczności

    OdpowiedzUsuń
  11. Anhelli, no tak:)

    Holdenie, no w końcu:) Chociaż największe emocje są tuż po filmie, a później stopniowo stygną... Przewrotna jest natura ludzka.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  12. Widziałam, film zrobił na mnie ogromne wrażenie, choć nie lubię oglądać takich historii, bo za bardzo przeżywam. Zawsze utożsamiam się z tymi słabszymi, ofiarami złych ludzi, systemu czy - jak piszesz - psikusa. Warto jednak pomęczyć własną wrażliwość, by, o zgrozo, jeszcze ją podbudować. Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Agatoris, witam na moim blogu.
    Myślę, że dobrze taki film obejrzeć, gdy wmawiamy sobie, że nasze życie jest beznadziejne i ciągle mamy pod górkę. Tak film pozwala nam zrozumieć, że nie doceniamy swojego życia.

    Dzięki za odwiedziny!

    OdpowiedzUsuń
  14. Racja, czasami zapominamy, że to, co dla nas oczywiste, nie musi być takie proste dla innych. Warto pamiętać, że szczęście lub choć radość może w nas wzbudzić to, że mamy dwie nogi, dwie ręce, a w piersi bijące serce.

    OdpowiedzUsuń