środa, 4 sierpnia 2010

Aż wyć się chce...


Wilk
(oryg. Wolf), 1994
reż. Mike Nichols

Lubię się czasami bać. Ale tylko na niby i na chwilę, gdy mam pewność, że strzeże mnie granica szklanego ekranu. Nie przepadam za współczesnymi horrorami, gdzie epatuje się okrucieństwem i przez większą część filmu zmusza się widza do oglądania rozcinania, wbijania, nakłuwania czy wydłubywania. Co mi po filmie, jeśli siedzę wbita w fotel i pozwalam sobie jedynie na sporadyczne wyglądanie spomiędzy palców? Dlatego lubię sięgać po klasykę, czasem z ciekawości, a czasem dla samych nazwisk, bo obecność Jacka Nicholsona i Michele Pfeiffer to już prawie obietnica dobrej zabawy.

Film rozpoczyna się obiecująco. Noc. Zima. Las. Will Randal (Nicholson) jedzie samochodem, kiedy niespodziewanie przed jego maskę wyskakuje wilk. Potrącone zwierzę nie daje znaków życia, jednak gdy Randal próbuje je ściągnąć z drogi, zostaje ugryziony w rękę. No i się zaczyna... Randal staje się wilkiem. Niestety nie za szybko. Akcja rozwija się dość powoli jak na horror, ale jeśli ktoś nie jest zbytnio złakniony krwi, może zaobserwować inne ciekawe aspekty filmu. Fizycznej przemianie w wilka towarzyszy ujawnianie się wilczej duszy. Randal na co dzień pracuje w renomowanym wydawnictwie, gdzie tylko najsilniejsi i najbezwzględniejsi odnoszą sukcesy. Trzeba być przysłowiowym wilkiem, jeśli nie chce się być zepchniętym na margines. Randal wcześniej nie radził sobie zbyt dobrze w tym bezwzględnym świecie, dopiero bliskie spotkanie z wilkiem wyzwoliło w nim dzikie instynkty. Co ważne, pozbył się skrupułów tylko wobec tych, którzy zasługiwali na karę. Nie krzywdził kobiety, którą kochał (Pfeiffer). Można więc powiedzieć, że to horror z morałem. Poza tym dowiadujemy się również, że zmiana człowieka w wilka to wielki dar. Randal ostatecznie decyduje się go przyjąć.

Wielką zaletą filmu są oczywiście aktorzy. Bez nich ten film nie wzbudziłby prawdopodobnie większego zainteresowania. Nicholson tak naprawdę wymagał tylko minimalnej charakteryzacji, a widząc jego gesty i spojrzenia, zaczynamy wierzyć, że jego wilcza natura to nie tylko gra aktorska. Efekty specjalne nie są mocną stroną tego filmu, ale mroczna atmosfera nadrabia braki. W filmie nie brak również elementów komediowych. Niezapomniany jest moment, gdy „wilczy” już Randal znaczy w męskiej toalecie swój teren…

Film polecam jako ciekawostkę dla koneserów kina grozy. Tematów do przemyśleń wiele w nim nie ma, ale ostatecznie można dojść do wniosku, że nie trzeba być ugryzionym przez wilka, żeby być wilkiem drugiemu człowiekowi.

I niech się schowają wszystkie wampiry! Ja tam wolę wilkołaki…

Moja ocena: 3,5/6

9 komentarzy:

  1. Za horrorami nie przepadam i moja wiedza na ich temat nie jest jakaś powalająca, ale całkowicie zgadzam się z tym, że to co teraz się kręci, to kompletny chłam. Klasyki są niezapomniane i jako jedyne warte uwagi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Miałam podobne odczucia. Niby można obejrzeć, ale pozostaje chyba więcej tych "ale" w moim przypadku :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zdecydowanie nie lubię się bać...

    OdpowiedzUsuń
  4. Totalnie mnie ten film nie pociąga... jakoś mnie nie kręcą takie odgrzewane rzeczy... no i niską ocenę dałaś... :) to chyba nie ma sensu oglądać :) za to "Incepcja"....

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziewczyny, tak jak napisałam, piać z zachwytów nad tym filmem na pewno nie można, ale i tak ma on o niebo głębsze przesłanie niż większość dzisiejszych "slasherów". No chyba że ktoś w ogóle nie lubi horrorów... Ja zdecydowanie wolę je oglądać. Kiedyś zabrałam się za horror-książkę i... odrzuciłam ją z przerażeniem. Wyobraźnia zaczęła mi płatać zbyt duże figle:) Aż tak bać się to nie lubię... Podczas oglądania filmu wyobraźnia nie ma aż tak dużego pola do popisu.
    Co do "Wilka, fakt, liczyłam na coś lepszego.

    A na "Incepcję" już ostrzę sobie pazurki:)) Ale to pewnie już po urlopie.

    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ojejku :) Ja też tak mam... :) Wolę wilkołaki, ale takie klasyczne, nie wydepilowane Indiańce ;D
    To jeden z moich ulubionych filmów. Pewnie już gdzieś o tym wspominałam, ale nadmienię jeszcze raz, że najlepsze kino - i nie mam na myśli wyłącznie ambitne, także to typowo rozrywkowe, jak ten film - powstawało w latach 1979-1992, potem - poza naprawdę nielicznymi wyjątkami, kino światowe zeszło na psy... Za dużo efekciarstwa, to zdebila i wyjaławia umysł. A jest to tym gorsze, że ja psiaki i wilkołaki darzę naprawdę wielkim sentymentem, nie ze względu na ich krwawą naturę, tylko właśnie na to stare dobre kino grozy. Dzisiaj wszystko zostało obrócone o 180 stopni. Dzisiaj ludzie nie boją się potworów, dzisiaj ich pożądają :( :?

    Ps: Mam straszne trudności w publikacji komcia, jakby był zdublowany, to proszę pierwszy skasuj, w tym dopisałam parę słów :)
    Pozdrawiam serdecznie :) :* Dzięki za tę recenzję, mamy podobny gust filmowy z tego, co do tej pory zaprezentowałaś u siebie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wampiry kochałam miłością czystą póki Meyer nie rozdmuchała kaszki i super-extra fajniutkim Edziu i jego mulastej dziewczynie. Pf -.-

    Wilkołaki! Yeah! Lubię ;) Nawet o nich cos ta skrobię ;P

    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Barbaro, możliwe, że podobne upodobania związane są z naszym rocznikiem:)) Młodsi nie zawsze są w stanie docenić starą, dobrą klasykę. Nudzi ich. Chociaż daleko mi do zrzędzenia w stylu: Za moich czasów to..., zdaję sobie sprawę, że we współczesnym kinie bardzo trudno oddzielić plewy od ziarna. Ludzie są żądni krwi, a reżyserzy podają na tacy to, czego domaga się publika. Pieniądz rządzi sztuką.

    Ario, nie powinnam się wypowiadać na temat p. Meyer i jej wampirów, bo nie czytałam i nie oglądałam. Chociaż nie, zrobiłam jedno podejście do "Zmierzchu" (filmu). Na szczęście zasnęłam po pierwszych 20 min.:)) Przepraszam wszystkich fanów:))

    Ściskam mocno!

    OdpowiedzUsuń
  9. Inez, i chwałą Ci za to, że nie czytałaś ;P Wiele nie straciłaś, zapewniam ^^

    OdpowiedzUsuń