niedziela, 22 maja 2011

Trzepot skrzydeł


Motyl i skafander
(oryg. Le Scaphandre et le papillon), 2007
reż. Julian Schnabel

Śpieszę podzielić się wrażeniami z filmu, który właśnie skończyłam oglądać, póki emocje jeszcze nie ostygły. Siedzę w swoim mieszkaniu, upajam się słodkim zapachem konwalii i cieszę subtelnym chłodem, który przyniósł wyczekiwany wieczór. Jest cicho i spokojnie. Myślę o nieodległej przyszłości, która obiecująco mruga do mnie okiem. Wierzę jej i jestem spokojna. Doceniam jednak chwilę, w której właśnie się znajduję. Tak na wszelki wypadek. Bo jak to naprawdę jest z tym życiem? Dlaczego czasami płata nam figle, które wcale nas nie śmieszą?

Motyl i skafander to biograficzna historia redaktora naczelnego francuskiego „Elle”, Jean-Dominique'a Bauby’ego (zagrał go Mathieu Amalric), który na własnej skórze przekonał się, czym jest słynna ironia losu. Energiczny, pełen życia, odnoszący sukcesy zawodowe, ojciec trojki dzieci, zakochany z wzajemnością… To charakterystyka człowieka, któremu powiodło się w życiu, ale również takiego, który przeżywa życie zbyt szybko i intensywnie, w pośpiechu i bez głębszej refleksji. Gdy przychodzi cios (Bauby doznaje udaru), jest za późno, by zmienić i naprawić cokolwiek. Całkowicie sparaliżowany, uwięziony w swoim bezwładnym ciele, spogląda na świat na nowo. Jedynymi sprawnymi organami są mózg i jedno oko. Mózg pozwala mu na swobodne wędrówki po bezkresnych połaciach wspomnień i wyobraźni, oko umożliwia kontakt ze światem rzeczywistym. Na początku może odpowiadać tylko „tak” pojedynczym mrugnięciem i „nie” mrugnięciem dwukrotnym. Potem pielęgniarka opracowuje dla niego sposób porozumiewania się przy pomocy specjalnego alfabetu, w którym Bauby wskazuje mrugnięciem na pożądane litery. W ten sposób tworzy wyrazy, zdania, myśli… i książkę. Dyktuje asystentce historię swojego życia, wspominając dzieciństwo, ojca, pracę, małżeństwo i tragiczny moment, który na zawsze zmienił jego życie. Przypomina sobie, że życie ostrzegło go przynajmniej dwukrotnie, by zwolnił tempo i zastanowił się nad tym, jak żyje: za pierwszym razem, gdy na prośbę innego pasażera zrezygnował ze swojego miejsca w samolocie, który następnie został porwany przez terrorystów, a potem, gdy będąc w Lourdes (miejscu kultu maryjnego) i widząc tam pełne nadziei osoby na wózkach inwalidzkich, zastanawiał się, co by to było, gdyby dla hecy zdrowi pielgrzymi po wypiciu świętej wody zmienili się w paralityków… W tej oto ironii zawarł swoją przyszłość.

Film jest niezwykły, inspirujący i trudno nazwać go przygnębiającym. Bauby odnajduje w sobie tyle siły, by nawiązać kontakt ze światem, że może wywołać tylko podziw, chociaż od współczucia również nie sposób się opędzić. Gdy widzimy jak „trzepocze” powieką historię swojego życia, w której nie brak ironii, cynizmu i humoru nie mamy wątpliwości, że w tym niesprawnym ciele jest człowiek, który chciałby żyć, kochać i czuć, ale męczy go to kalekie istnienie. Muszę przyznać, że dawno nie oglądałam filmu, który tak bardzo zmęczyłby mnie fizycznie. Widz niemal na równi z bohaterem przeżywa jego gehennę: mruga razem z nim, z wysiłkiem próbuje nadążyć za uciekającymi twarzami i postaciami, stara się wyłapać odpowiednią literę alfabetu. Ta jedność przeżyć to zasługa zdjęć Janusza Kamińskiego, który przez sporą część filmu przedstawia świat okiem sparaliżowanego. Gdy ujrzałam napisy końcowe, byłam szczerze zmęczona, ale i porażona siłą i ironią życia. Wącham więc teraz konwalie i słucham ciszy wieczoru…

Moja ocena: 5/6

8 komentarzy:

  1. Mnie film nie powalił na kolana, wręcz przeciwnie. Uważam że jest przereklamowany.

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja mam nadzieję, że najpierw uda mi się przeczytać książkę, bo bardzo bym chciała, a po obejrzeniu filmu chyba już nie będzie takiego efektu.

    OdpowiedzUsuń
  3. nie widziałam, więc trudno mi się wypowiedzieć, ale przy nadarzającej się okazji... dam znać :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Piotrze, jest męczący, ale wartościowy, moim zdaniem. Ale są gusta, guściki, wiadomo...

    izusr, a ja w sumie nie wiem czy mam teraz ochotę na książkę... Zaburzona kolejność osłabia doznania. Podobnie mam teraz z "Wiekiem niewinności". Widziałam film wcześniej i trochę brakuje mi elementu zaskoczenia:( Dlatego faktycznie najpierw poszukaj książki, jeśli chcesz się zmierzyć z tą historią.

    Margo, daj, daj:)

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  5. Ano właśnie... nie jest przygnębiający? Bo ja go tak profilaktycznie nie oglądałam... ;p
    A domyślam się, że jest dobry ;)


    P.S. Inez :) dobrze, że to szczęście potrafisz doceniać :) trzymam kciuki, żeby Ci się nie odmieniło i żebyś zawsze czuła to spełnienie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Mała Mi, pewnie zależy, jak spojrzysz na całą historię. Historia nie napawa optymizmem i największemu wrogowi nie życzyłabym takich przejść, ale nam, widzom, przypomina o ulotności chwili, potrzebie docenienia rzeczy małych i konieczności przytrzymania na moment wirującego wokół nas świata. I to już nie jest przygnębiające. Pozostaje pytanie: czy potrafisz w tragedii innych dostrzec promyk światła dla siebie. Kontrowersyjne.

    Pozdrawiam mocno!

    OdpowiedzUsuń
  7. Osobie która nie widziała filmu chyba ciężko jest zaakceptować fakt, że film w gruncie rzeczy nie jest przygnębiający. Wiem to, bo znam reakcje ludzi którym o filmie opowiadałem. Film po prostu trzeba zobaczyć.
    Chwyciłem ostatnio za książkę "Gargulec" Andrew Davidsona - motyw podobny. Czytając nie mogłem oderwać myśli od filmu. Ach ta złośliwa intertekstualność.

    PS. Świetny blog! Będę bacznie obserwował. pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Olo, dokładnie, film wcale nie jest przygnębiający, trzeba w nim tylko odnaleźć siłę dla siebie. Tak jak napisałam, raczej inspiruje i zmusza do zastanowienia się nad własnym życiem.

    PS. Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń