poniedziałek, 30 maja 2011

Szkoła udawania


Edith Wharton, Wiek niewinności
Wharton E., „The Age of Innocence”, Everyman’s Library, London 1993
s: 308

Nie lubię, gdy zdarzy mi się obejrzeć ekranizację powieści, jeszcze zanim zdążę zgłębić sam pierwowzór. Wyjątkiem jest, gdy oba te doznania rozdziela przepaść czasu i film rysuje się w mojej pamięci jedynie jako wyblakłe wspomnienie. Wówczas może być to skuteczna zachęta do ożywienia wspomnień z przeszłości. W innym wypadku książka nie dostarcza mi tylu uciech, ilu powinna. Znam fabułę, pamiętam intrygi, zakończenie nie wbija mnie w fotel, a wszyscy bohaterowie mają twarze hollywoodzkich aktorów. Moja wyobraźnia leniuchuje. Tak było tym razem. Dodatkowo za niezbyt udane uważam przedsłowie do książki, które obok interesujących faktów z życia Edith Wharton zawiera niestety również wszystkie szczegóły fabuły, o których udało mi się zapomnieć od czasu obejrzenia filmu. Na szczęście wartość Wieku niewinności nie koncentruje się wyłącznie wokół fabuły…

Edith Wharton przenosi nas do Nowego Jorku lat siedemdziesiątych XIX w., kiedy to przyszła metropolia dopiero raczkuje na arenie kulturowej świata. Niedoścignionym wzorcem wciąż jawi się Stary Kontynent, z którego Amerykanie czerpią inspiracje, zachowując przy tym swój konserwatyzm, a pod jego przykrywką pielęgnują hipokryzję. W tym "raczkowaniu" możemy doszukiwać się również wyjaśnienia ironicznego tytułu powieści. Jak powiedział jeden z amerykańskich krytyków, to opowieść „o świecie, który jeszcze nie wie, na ile nowoczesny chce być"...

Edith Wharton jako mieszkanka Nowego Jorku i bywalczyni salonów znała ówczesne realia i zwyczaje elit. Bogactwo szczegółów, którego nie poskąpiła przy opisywaniu Nowego Jorku i jego salonów jest niepodważalną zaletą powieści. W filmie jest to tylko tło wydarzeń, tu możemy stworzyć wyobraźnią własną scenografię, a fabułę zepchnąć na bok. Wharton drobiazgowo opisuje nam wielkie i codzienne wydarzenia, jak wyjście do opery, pierwszy w sezonie bal, ślub czy sportowe zajęcia na świeżym powietrzu… oraz sieć konwenansów, w którą łatwo wpaść beztroskiemu ignorantowi.

Takim ignorantem, przynajmniej do czasu, okazała się Ellen Oleńska, która większość swojego dorosłego życia spędziła w Europie. Tam wyszła za mąż za polskiego hrabiego, z którym niestety nie zaznała małżeńskiej sielanki. Uciekła od niego i licząc na wsparcie swojej rodziny z Ameryki, postanowiła się z nim rozwieść. Niestety nie otrzymała wsparcia, na które liczyła, gdyż rozwód był wówczas uważany za największy skandal, jaki może dotknąć rodzinę. Bardziej stosownym było ciche i pokorne cierpienie u boku męża niż wolność uzyskana kosztem zszarganej reputacji całej rodziny, tylko po to, jak sądzono, by rzucić się w ramiona drugiego mężczyzny. Bo jaki miałby być inny sens rozwodu? Hrabina Oleńska popełniała zresztą jedno faux pas za drugim, ubierając się niestosownie do okazji, nie przestrzegając zasad etykiety, przyjmując gości o niewłaściwych porach. Była najbarwniejszą postacią z całej mdłej nowojorskiej elity, nie do końca uwięzioną w klatce konwenansów i kibicowałabym jej bardzo, gdybym nie znała wcześniej końca jej historii…

Cała powieść to historia niespełnionej miłości – miłości niemożliwej ze względu na ograniczenia, jakie ludzie sami sobie narzucili. Koniec książki zwiastuje już nadejście nowej epoki, gdzie pochodzenie z odpowiedniej rodziny przestało mieć większe znaczenie. Podstarzałym, niespełnionym kochankom pozostało tylko żałować, że nie urodzili się kilkadziesiąt lat później.

Starałam się być na tyle enigmatyczna, by nie zdradzać zbyt wielu szczegółów fabuły, a jednak zachęcić do sięgnięcia po ten tytuł. Zawsze będę powtarzała, że warto budować swoją wrażliwość literacką w oparciu nie tylko o współczesne twory, ale również sięgając głębiej w przeszłość.

Moja ocena: 5/6

Czytaj tego autora: "Świat zabawy"

6 komentarzy:

  1. Zaostrzyłaś mój apetyt. Polowałam na "Wiek niewinności" przez pewien czas, obecnie jest już u mnie na półce (kiepskiej jakości wydanie kieszonkowe, trochę wstyd, ale w końcu książka to książka) i czeka na swoją kolej. Filmu nie widziałam, więc nie będą mi towarzyszyły żadne naleciałości - zgadzam się, że te powracające scenki z twarzami znanych aktorów, zamiast własnych, unikatowych wizji, to coś strasznego. Ogólnie Edith Wharton wydaje mi się uwagi godną pisarką - czytałaś może coś jeszcze jej autorstwa, na przykład "Ethana Frome'a"?

    OdpowiedzUsuń
  2. naio, "Wiek niewinności" to dopiero początek mojej przygody z tą pisarką, ale na pewno nie poprzestanę na tej jednej powieści. Czasami jednak myślę, że jest jeszcze tylu pisarzy, z którymi chciałabym zawrzeć bliższą znajomość, że szkoda mi się skupiać na jednym autorze... Daj koniecznie znać, jak uda Ci się przeczytać coś poza tą sztandarową powieścią. Chętnie skorzystam z rekomendacji!

    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przypomniałaś mi o tej książce. Czytałam ją dawno temu, też po obejrzeniu filmu i hrabina Oleńska miała twarz Michelle Pfeiffer (co nie jest zarzutem, choć wolę sama wymyślać twarze bohaterów). Niemniej był to miło spędzony czas, bo czasami lubię przenieść się wraz z czytaną historią o kilkaset lat wstecz. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. rr-odkowa, cieszę się, że udało mi się ożywić ją w Twojej pamięci:)
    Najgorsze w posługiwaniu się gotowymi, filmowymi portretami jest to, że czasami bohaterowie filmowi nie są wiernymi odwzorowaniami bohaterów literackich, co może wprowadzać pewne zakłócenia wyobraźni;) Przecież hrabina Oleńska w powieści miała ciemne loki, a w filmie była blondynką!

    OdpowiedzUsuń
  5. Masz rację, czym byśmy byli, gdyby nie przeszłe pokolenia, literatura piękna minionych epok? Znam tę książkę, jak i ekranizację. Lubię -- po połowie, głównie za rolę Michelle :) Myślę jednak od pewnego czasu nad podróżą sentymentalną przez polską i francuską literaturę piękną. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Barbaro, podróże sentymentalne również sprawiają mi niezwykłą przyjemność, dlatego tak często wracam do klasyki. A może moje czytanie tak naprawdę wokół niej się kręci... Nie jestem pewna czy można uważać się za miłośnika literatury bez znajomości jej źródeł. Chyba nie...

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń