poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Może gdybym była kilkanaście lat młodsza...


Kelly Keaton, Z ciemnością jej do twarzy
Keaton K., „Z ciemnością jej do twarzy”, Znak Emotikon, Kraków 2011
tłum. Anna Gralak
s: 259

Wydawnictwo Znak postanowiło zaryzykować i przesłać mi książkę, której temat całkowicie wykracza poza widnokrąg moich zainteresowań. Nigdy nie miałam do czynienia z literaturą „wampirzą”, a fascynacja zjawiskami paranormalnymi jest mi również obca. Nie przeczę, że lubię czasem wrócić do beztroskich ogrodów młodości i zapomnieć się wśród książek, które nie do końca są przyzwoite w moim wieku, ale moje wspomnienia zakotwiczone są raczej wśród baśni, bajek i powieści o młodych detektywach czy poszukiwaczach przygód. A jaki świat przywitał mnie w powieść Kelly Keaton? Zupełnie mi nieznany.

Wylądowałam gdzieś w przyszłości, w Stanach Zjednoczonych, niedaleko Nowego Orleanu, który nie jest już tym miejscem, które znamy z powieści, filmów czy piosenek. Miasto po serii apokaliptycznych huraganów stało się miejscem niebezpiecznym i skreślonym z listy miast amerykańskich. Teraz nazywa się Nowy 2 i znajduje się we władaniu tajemniczej grupy Novem. Miasto pełne jest odmieńców różnej maści: wampirów, wiedźminów, czarownic i hybryd. Dołącza do nich Ari – piękna dziewczyna o niepokojącym spojrzeniu i dziwnych włosach. Próbuje ona rozwikłać zagadkę tajemniczej śmierci swojej matki i odnaleźć ojca. Trafia do Nowego 2 i z pomocą nowo poznanych przyjaciół odkrywa źródło swojej odmienności. Okazuje się, że historia jej rodziny sięga… starożytnej Grecji. Ostatecznie przychodzi jej się zmierzyć z przeszłością.

Wiele mogłabym wybaczyć tej książce, ale na dwie rzeczy oczu przymknąć nie mogę. Po pierwsze, powierzchowne sportretowanie bohaterów nie pozwoliło mi polubić ani znienawidzić żadnego z nich. Moja obojętność względem bohaterów padła cieniem z kolei na całą powieść. Może jedynie mała Violet zbliżyła się do mojego wymagającego serca czytelnika, ale to wciąż za mało. Kelly Keaton wprowadziła do powieści tyle niesamowitych, obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami postaci, że zapomniała ubrać je w cechy osobowe. Najwięcej miejsca w powieści poświęciła oczywiście Ari, głównej bohaterce, ale według mnie przyodziała ją jedynie w wyświechtany kostium młodocianej buntowniczki, która ma problemy z wyrażaniem swoich uczuć.

Drugi grzech popełniony przez pisarkę to język powieści: nasączony żargonem i sporadycznymi wulgaryzmami. Nie przekonuje mnie fakt, że tak mówi dzisiejsza młodzież. Po książki sięgamy nie po to (chyba), żeby „słuchać” języka ulicy, od którego i tak więdną nam uszy na co dzień, ale po to, żeby doświadczać pewnych wrażeń artystycznych. Przynajmniej ja w literaturze zawsze będę szukała piękna i doznań estetycznych. I między innymi z powodu notorycznego przeklinania pod nosem – nie zawsze adekwatnego do sytuacji – nie polubiłam Ari. A w przypadku narracji pierwszoosobowej potrafi to być uciążliwe.

Ale nie martwcie się, są i zalety. Do nich zdecydowanie mogę zaliczyć sposób, w jaki został przedstawiony dawny Nowy Orlean. Wędrowanie po zrujnowanym mieście, które mimo wszystko próbuje podnieść się na nogi, sprawiło mi największą frajdę: mroczne, tajemnicze, oderwane od świata ludzi i przyjazne tylko swoim niezwykłym mieszkańcom. Spodobało mi się również nawiązanie do tradycji voodoo, które mogłoby stać się głównym wątkiem książki, jednak odniosłam wrażenie, że autorka chciała zbyt wiele srok chwycić za ogon, w rezultacie nie miała czasu na rozwinięcia żadnego wątku. Ale wszystko jeszcze przed nią, ma sporo czasu na doskonalenie swojego warsztatu literackiego (zajrzyjcie tu).

Książka na pewno znajdzie wielu amatorów. Już samo przejrzenie blogów amerykańskich przekonało mnie, że powieść cieszy się sporym uznaniem wśród pasjonatów. Na moje niestety nie może liczyć. To nie moja bajka.
Mimo wszystko dziękuję Wydawnictwu

Znak
za przesłanie mi darmowego egzemplarza. Dodam tylko, że książka została mi niemal wyrwana z rąk przez znajomą, więc zapewniam, że jest oczekiwana z niecierpliwością przez prawdziwych miłośników fantastyki, do których ja nie należę.

Aha, premiera 5 maja.
Zainteresowanych książką zapraszam również tu.

Moja ocena: 2/6

6 komentarzy:

  1. Hmm, no tak ja nigdy jeszcze nie odważyłem się sięgnąć po ten rodzaj literatury, choć Dracula Coppoli, Wywiad z Wampirem czy choćby rewelacyjny Pozwól mi wejść mnie zachwycają to po książkowe odpowiedniki jakoś mi nie spieszno. No może gdybym dostał darmowy egzemplarz ;)
    Fajnie napisana recenzja i myślę, że będę tu jeszcze zaglądał :)

    Pozdrawiam
    Łukasz

    P.S
    Lepiej nie czytaj mojej powieści, bo tam aż roi się od wulgaryzmów ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Też dostałam propozycję zrecenzowania tej książki, ale nie do końca te klimaty mi odpowiadają, więc odmówiłam. Widzę, że słusznie. Pozdrawiam świątecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam. Co do tej kroniki ptaka nakręcacza to raczej nie polecam na początek przygody z Murakamimim. Ja przeczytałem wszystkie jego powieści, a właśnie tą na samym końcu. I stwierdzam, że ta jest najtrudniejsza. Polecam na początek autobiografie o czym mówię, kiedy mówię o bieganiu. Pozwala lepiej zrozumieć samego Murakamiego i styl jego pisania. I jest przy tym łatwa i przyjemna. pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Łukaszu, zazwyczaj też preferuję filmowe wersje dreszczowców, chociaż do "Drakuli" Brama Stokera również nic nie mam... Dziękuję za miłe słowa i oczywiście zapraszam do odwiedzin mojego bloga!

    PS. Zaintrygowałeś mnie swoją powieścią:)

    Lilithin, gratuluję asertywności:) Ja wyszłam z założenia, że może niesłusznie spycham pewien rodzaj literatury na boczny tor. Wciąż próbuję...

    Szasto, ależ ja uwielbiam wyzwania! I tylko tak zakręcona książka może mnie naprawdę rozkochać w pisarzu. Nie chcę zaczynać od zrozumienia, chcę zacząć od wstrząsu;)

    Pozdrawiam wszystkich poświątecznie!

    OdpowiedzUsuń
  5. Moja koffana, toż to nie jest żadne SF!!! Zapamiętaj, Słońce ty moje! To "produkt ropopochodny", czyli mówiąc moim językiem, służący doskonale za rozpałkę do pieca zimową porą. ;)

    Pozdrawiam i szczerze się cieszę, że nie zaliczasz się do oszołomów czytających takie bzdety. Osobiście znam wiele nastolatków, które nie rozpoczynają swej fascynacji literaturą od tego typu odpadów, ale np. od Hemingwaya czy chociażby Hrabala, Tołstoja czy Bronte ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Oj, Barbaro, Ty to potrafisz sprawić, że śmieję się do monitora jak głupi do sera;)) Wybacz mi niefortunne sklasyfikowanie, ale nie znam się zupełnie nawet na tym prawdziwym SF:(
    Nie chciałam o tym pisać, ale również zaliczałam się do nastolatków, którzy czytali Camusa, Bronte i innych tołstojów. Chociaż Nienackim również nie gardziłam. Ale to było chyba w podstawówce...

    Ściskam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń