niedziela, 29 sierpnia 2010

Szkoła jest fajna!


Jean-Jacques Sempe, Rene Gościnny, Mikołajek
Sempe J-J., Gościnny R., „Mikołajek”, Nasza Księgarnia, Warszawa 1996
tłum. Tola Markuszewicz i Elżbieta Staniszkis
s: 166


Każdy od czasu do czasu powinien poszukać w sobie dziecka. To nie wstyd, to terapia. W świecie, w którym nikt nie ma dla nas litości, w którym rozpychamy się na wszystkie strony łokciami, dobrze jest sobie od czasu do czasu przypomnieć, że nie tak trudno odnaleźć zdeptaną gdzieś po drodze radość życia. Już dawno nie śmiałam się tak nad książką, jak podczas czytania Mikołajka. I już dawno tak bardzo nie odwlekałam końca książki... Mikołajka dostałam od męża, który niemal z przerażeniem w oczach (i w uszach) usłyszał jakiś czas temu, że w dzieciństwie nie dane mi było zapoznać się z małym chłopczykiem z Francji o wdzięcznym imieniu Nicolau. Ożogowska, Nienacki, Niziurski owszem, ale o duecie Sempe i Gościnny nie słyszałam. W końcu każdy się czegoś wstydzi. Przyszło mi więc po latach nadrabiać braki...

Mikołajek to kilkanaście krótkich opowiadanek z życia szkolnego i poszkolnego małego chłopca i jego łobuzerskich kolegów, którzy ciągle się biją (tak radzą sobie z konfliktami), by na końcu stwierdzić, że zabawa była fajna. Zakończenie każdego opowiadania to zaskakujące i prześmieszne podsumowanie relacji panujących między ludźmi i to niekoniecznie - tymi najmniejszymi. Zabrzmiało poważnie, bo książka, choć napisana dla dzieci, może okazać się cenną lekcją wychowania również dla starszego pokolenia. Dzięki niej możemy zdać sobie sprawę, jak śmieszni potrafimy czasem być – my, dorośli – ci, którzy powinniśmy świecić przykładem.

Dużą zaletą książki jest jej język. Prosty, zabawny, niezwykle obrazowy. Urzekło mnie, gdy Mikołajek w każdym opowiadaniu przedstawiał swoich kolegów od nowa, tak jakbyśmy zapomnieli kto jest kto: to jest Gotfryd; Gotfryd ma strasznie bogatego tatę, który mu kupuje masę zabawek; to jest Ananiasz; Ananiasz nosi okulary i nie można go bić; a to jest Alcest; Alcest jest bardzo gruby i ciągle je itd. I ciągle powtarzany przymiotnik „fajny”, który, nie da się ukryć, jest nadużywany przez dzieci. Takie zabiegi w innych przypadkach uznałabym raczej za mankament, tutaj miałam wrażenie, że traktują mnie jak dziecko. A o dziwo, w tym jednym, jedynym przypadku zupełnie mi to nie przeszkadzało! W Mikołajku nie ma jednak jałowego moralizatorstwa i chwała mu za to.

Warto również zauważyć znakomite rysunki autorstwa Rene Sempe, które są świetnym dopełnieniem książki. Na zachętę kilka cytatów:

[...] Alcest trzepnął go toporem w czapkę i powiedział, że go bierze do niewoli, a Rufus się obraził, bo gwizdek wpadł mu w trawę; ja płakałem i mówiłem Euzebiuszowi, że jestem u siebie i że już go nigdy nie zaproszę. Wszyscy krzyczeli, bardzo było fajnie i pysznieśmy się bawili [...]

[...] Nie lubię dziewczyn. Są głupie, umieją się bawić tylko lalkami i w sklep i ciągle beczą. Oczywiście, ja też czasem płaczę, ale jak jest jakaś poważna przyczyna, jak wtedy, kiedy wazon z salonu się stłukł i tata mnie skrzyczał, a ja tego nie zrobiłem umyślnie, a poza tym ten wazon był bardzo brzydki, i ja wiem, że tata nie lubi, jak się bawię piłką w domu, ale wtedy akurat padał deszcz [...]

[...] Nie byłem zupełnie pewny, czy to jest dobry pomysł, palenie cygara, a poza tym miałem wrażenie, że to nie podobałoby się mamie i tacie, ale Alcest zapytał mnie, czy mama i tata zabronili mi palić. Zastanowiłem się, no i musiałem przyznać, że tata i mama zabronili mi tylko rysować na ścianach mojego pokoju, mówić przy stole, kiedy są goście, a mnie nikt o nic nie pyta, nalewać wodę do wanny, żeby puszczać w niej okręty, jeść ciastka przed obiadem, trzaskać drzwiami, dłubać w nosie, mówić brzydkie słowa, ale palić cygara – nie, tego tata i mama nigdy mi nie zabraniali [...]


Dziecięcy słowotok i dziecięca logika… To tylko przedsmak. Jeśli ktoś ma ochotę zapomnieć się na chwilę i odpłynąć w kierunku beztroski, polecam. Ja na pewno będę tam zaglądać częściej!

Moja ocena: 5,5/6

środa, 25 sierpnia 2010

Teatr kukiełek


Vladimir Nabokov, Zaproszenie na egzekucję
Набоков, В., „Избранные произведения: Приглашение на казнь”, Эксмо, Москва 2002
s: 156

Nabokov nie jest łatwym pisarzem. Niby wszyscy wiedzą, że wypada wiedzieć, co napisał, ale najczęściej zaczyna i kończy się na Lolicie. Dlaczego kończy się? Bo spotyka nas wielki zawód. Spodziewaliśmy się sprośnego pamiętnika podstarzałego zboczeńca, a natrafiliśmy na… No właśnie. Nie wiadomo na co. Książek Nabokova nie czyta się lekko. Lekkie wydają się one tylko tym, którzy nie lubią czytać między wierszami, a czytają dla samego „zaliczania” książek. Nabokova się nie zalicza, Nabokova się wchłania. Każda jego powieść to spacer krętą ścieżką. To błądzenie po omacku po grząskim terenie. To uczenie się języka i znaczenia słów od nowa. To zabawa w kotka i myszkę. To nieposkromiona radość z odkrywania nowych lądów. To narkotyk. Nabokov to narkotyk. Jeśli raz zanurzysz się w jego morzu słów, już nigdy nie będziesz chciał wrócić na powierzchnię.

Zaczynając którąkolwiek z powieści Nabokova, musimy sobie zdawać sprawę, że pisarz od początku do końca prowadzimy z nami grę. Jesteśmy czynnymi i niezbędnymi uczestnikami powieści. Od razu powinniśmy spodziewać się pułapki. Taką też szykuje dla nas autor w Zaproszeniu na egzekucję. W pierwszym zdaniu dowiadujemy się, że główny bohater, Cyncynat C., został skazany na śmierć, a wyrok został mu odczytany szeptem. Zaraz, coś tu jest nie tak! Dlaczego szeptem? Później dowiadujemy się, że Cyncynat C. został skazany za „nieprzenikalność” i „nieprzezroczystość”. Możemy oczywiście doszukiwać się tu drugiego dna – potępienie indywidualności w totalitarnym świecie itp. , ale… nie to jest moim zdaniem w powieści najciekawsze. Najciekawsza jest forma, bo Nabokov, nie zapominajmy, to mistrz formy. Całą historię otula mgła absurdu, a po piętach depcze nam cały czas parodia. Rzeczywistość zlewa się z marą senną i ustalenie, w którym świecie się znajdujemy, rzeczywistym czy ułudnym, zajmuje chwilę. Skazaniec spokojnie wychodzi poza swoją celę: na korytarz, na zewnątrz twierdzy – nie jesteśmy pewni czy te wędrówki zachodzą fizycznie czy tylko w umyśle więźnia. Odwiedzają go również ludzie, cała rodzina, przychodzą i wychodzą, wszędzie panuje rozgardiasz, ciągle zmienia się sceneria. Okazuje się, że Cyncynat C. jest jedynym osadzonym w twierdzy i wszyscy próbują umilić mu czas pobytu, za co oczekują wdzięczności. Wszystko jest tak absurdalne i tak odległe od nastroju oczekiwania na egzekucję, że jedyne, co przychodzi mi na myśl, to spektakl. Marny spektakl. Jakbym widziała sztukę, w której jeden, jedyny aktor nie zna swojej roli i psuje całe przedstawienie. To tłumaczyłoby szybkie zmiany scenerii i „kukiełkowatych” aktorów, którzy klepali swoje wyuczone ze scenariusza role. Zakończenie utworu również wydaje się przy takiej interpretacji bardziej zrozumiałe. Nabokov bez pytania zabrał nas do teatru. Zaproszenie na egzekucję to sztuka oglądana zza kulis.

Naprawdę nie ma możliwości, żeby streścić jakikolwiek utwór Nabokova w kilkudziesięciu linijkach. Nierealne jest też znalezienie jednej właściwej interpretacji. Każdy ma szansę odkryć ten niezwykły świat na swoją rękę, do czego naprawdę zachęcam. Gwarantuję, że Nabokov diametralnie zmieni Wasze spojrzenie na literaturę i będziecie do niego ciągle wracać. Istota leży w zrozumieniu, że nie ma jednej prawdy. Czytałam Lolitę cztery razy: po angielsku, po rosyjsku i w dwóch różnych tłumaczeniach po polsku. Wierzcie mi, to jedna z najpiękniejszych książek na ziemi. I mówię tu nie tyle o treści, co o formie. Jeśli kochacie siłę słowa, pokochacie Nabokova.
Naprawdę mogłabym tak godzinami…

Moja ocena: 5,5/6

„Szóstka” czeka na kolejny raz. Mam wrażenie, że tym razem przeoczyłam zbyt wiele…

Czytaj tego autora: "Maszeńka"

sobota, 21 sierpnia 2010

I had a dream...


Incepcja
(oryg. Inception), 2010
reż. Christopher Nolan

Zapomniałam już, jak to jest chodzić do kina, więc korzystając z jakże miłej okazji urodzin (nie powiem czyich i których), postanowiłam z ukochanym nadrobić filmowe zaległości. Mnożące się na blogach pozytywne recenzje nowego filmu Christophera Nolana nie pozostawiły nam większego wyboru – Incepcja była niemal podświadomą decyzją. Poza tym Christopher Nolan, który ulepił dłońmi swojej wyobraźni mojego ukochanego Jokera, zobowiązuje samą swoją obecnością. Po prostu musiałam. Z góry uprzedzam: mój sprawiedliwy osąd filmu może być nieznacznie zamglony wpływem, jaki wywarła na mnie uroczystość chwili...

Gdy pierwszy raz usłyszałam o tym filmie, od razu nasunęło mi się pytanie: co to jest „incepcja”? Może ktoś o szerszych horyzontach niż moje powie mi czy przed pojawieniem się filmu Nolana na polskich ekranach istniało w naszym pięknym słowiańskim języku słowo „incepcja”? Może w słowniku lekarzy czy psychologów… Jeśli ktoś wcześniej słyszał to tajemnicze słowo, niech mnie oświeci, w jakich kontekstach należy je stosować (poza kontekstem filmowym). Jestem bardzo ciekawa, a czuję się przy tym taaaka malutka.

Ale przejdźmy do meritum. Film wdziera się swoją fabułą w przyszłość, kiedy to możliwym staje się kontrolowanie snów i to nie tylko własnych, ale, co ciekawsze, również cudzych. Poznajemy grupę młodych ludzi, którzy „włamują się” do snów zawodowo i w dodatku… nie do końca legalnie. Przy założeniu, że sny są zwierciadłem pragnień i studnią naszych najintymniejszych sekretów, można tę umiejętność wykorzystywać do naprawdę bardzo niecnych celów. Don Cobb (w tej roli niezmordowany Leo) jest już recydywistą w tej branży, poszukiwanym, co gorsza, przez międzynarodową policję. Niespodziewanie pojawiła się szansa na wyczyszczenie akt, trzeba jeszcze tylko zrobić ten ostatni „skok”… Skąd my to znamy? Skokiem w tym wypadku jest tytułowa „incepcja”, czyli zaszczepienie pewnej idei, a nie jej kradzież. Oczywiście jest to wyczyn, którego nikt rzekomo dotychczas nie dokonał. Nasz Leo, nie wahając się ani chwili, podejmuje się wyzwania, gdyż stawką jest spotkanie z jego dawno niewidzianymi dziećmi. Film dzieje się na pograniczu jawy i snu. Wielokrotnie można stracić pewność, co tak naprawdę jest rzeczywistością, a co tylko marą senną. Przyznam się wam szczerze, że sama kilka razy się pogubiłam. Nie od razu też zrozumiałam kwestię działania windy bez siły przyciągania, ale od czego ma się męża-inżyniera? Jednak wszystkie niedostatki swojego zazwyczaj sprawnie działającego umysłu tłumaczę sobie późną godziną seansu... No bo co innego mogę obarczyć winą? Zakończenie filmu pozwala odrobinę podyskutować, powymądrzać się i mieć podzielone opinie.

Cała obsada filmu to kopalnia diamentów i wcale nie DiCaprio błyszczał wśród nich najbardziej. Świetne role Josepha Gordona-Levitta (pamiętacie go z filmów dla dzieci?) i Toma Hardy’ego – ze szczyptą komizmu, czyli tak jak lubię najbardziej. Kreacja Leo bardzo podobna do tej z Shutter Island. Zagrał dobrze (do tego już zdążył przyzwyczaić), ale nic nadzwyczajnego.

No i muzyka! To kolejny bohater filmu. Gwałtowna, przejmująca, celująca dźwiękami jak z łuku – prosto w serce! Film warty obejrzenia przed wszystkim w kinie: i to nie tylko ze względu na efekty, ale głównie ze względu na muzykę autorstwa Hansa Zimmera. Ach!

Moja ocena: 5/6

wtorek, 17 sierpnia 2010

Modlitwa mieszczucha


Modlitwa za rzeczy
Tadeusz Gajcy

Uspokój serca zegarów,
zmęczone są -
żarówkom przygaś powieki, za długo patrzą na nas,
tramwajom pozwól odpocząć,
niechaj nie drepcą wciąż
i domom zabroń się wspinać
w miastach obłych jak w dzbanach.

Zdyszanym kołom pociągów
kwietny spoczynek nakaż,
płuca motorów napełnij ciszą wonną od gwiazd,
trupim wydechem spalin
niech się więcej nie żali
kominów wysoki pochód w nieodgadniony czas.

Sprzętom naszym milczącym głos zamarły wyzwól,
piórom ześlij wytchnienie, papier zostaw bez liter,
niech przemówią znad półek książki kurzem przybite,
krajobrazy więzione na płótnach
niech zejdą w pokoje nasze -

Za wszystkie rzeczy smutne,
za wszystkie serca maszyn
prosimy Cię, Panie.




To modlitwa, którą mogłabym szeptać codziennie, spiesząc o poranku do pracy. Gdy tak cały świat pędzi do przodu, nie zaznając wytchnienia. Gdy rozgrzani do czerwoności kierowcy napuszczają na siebie wrzeszczące klaksony. Gdy zmęczeni od rana pasażerowie miejskich autobusów piętnują się wzajemnie łokciami. Gdy ospali robotnicy na drodze okradają nas z cennych minut i tłumionych przekleństw. Mam wrażenie, że cały świat już jest zmęczony: upałem, kurzem, zapachem potu, nagłą ulewą i zdradziecką burzą.


W takich momentach, gdy mam dość, myślę o ciszy. Ciszy, która spowija mnie od stóp do głów, wlewa się przez uszy i dziurki od nosa, by wypełnić mnie szczelnie. Ciszy pozwalającej słyszeć równomierne uderzenia serca, które w takiej wszechogarniającej ciszy przypominają stukot kół pociągu. Gdy myślę o ciszy, widzę zieloną łąkę upstrzoną błękitem chabrów i czerwienią maków. I słońce delikatnie przymykające moje zmęczone powieki. A ja leżę sobie tak niewinnie pośród tych szumiących traw i kwiatów, muskana przez spokój, zapomniana przez świat.

Ach, proszę Cię, Panie!

Na jedną chwilkę. Wyłącz wszystkie zegary, daj mi łąkę. I zapomnienie.

piątek, 13 sierpnia 2010

Buciory należy zostawiać przed drzwiami czyjegoś życia


Magda Szabó, Zamknięte drzwi
Szabó, M., „Zamknięte drzwi”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1993
tłum. Krystyna Pisarska
s: 237

Ostatnio coraz częściej zaglądam do antykwariatów. Co prawda czasu starcza mi zwykle tylko na te internetowe, ale wśród wirtualnych półek również można poczuć oddech starych i zapomnianych opowieści. To nie kłóci się także z moją silną potrzebą „posiadania książek na zawsze”. Nieważne, że używana; ważne, że moja. Po Zamknięte drzwi Magdy Szabó sięgnęłam zachęcona czytanymi tu i ówdzie pozytywnymi recenzjami, które nieświadomie wyryły się w mojej świadomości, gdyż, przyznaję się bez bicia, nigdy wcześniej nie słyszałam o tej węgierskiej pisarce. Teraz wiem na pewno, że warto przyjrzeć się jej twórczości bliżej. Powieść co prawda nie zwaliła mnie z nóg (tak jak np. Atlas zbuntowany), ale bez wątpienia sprawiła, że zatrzymałam się na chwilę. A to i tak dużo.

Wraz z otwarciem książki, chcąc nie chcąc, stajemy się świadkami wyznania winy. Zarówno pierwszoosobowa narracja, jak i wiele zbieżnych szczegółów biograficznych sprawia, że mamy nieodparte wrażenie, że to sama autorka książki jest równocześnie narratorką, chociaż to tylko skojarzenia. Książkę czyta się więc jak intymne i wstydliwe wyznanie osoby, która nie potrafi sobie poradzić z wyniszczającym poczuciem winy. Powieść zaczyna się niemal jak u Hitchcocka – od śmierci. Narratorka najpierw przyznaje się do winy, dopiero później przedstawia szczegóły zbrodni. Oszukałby się jednak okrutnie ten, kto pomyślałby, że to powieść kryminalna. Nic podobnego. Zamknięte drzwi to powieść psychologiczna, która ukazuje nam niezwykłą przyjaźń dwóch zupełnie różnych kobiet wzajemnie niszczących siebie i swoje światy. I to nie z zawiści, ale z miłości.

Jak można zabić z miłości? Przez niezrozumienie drugiej osoby, przez nieuszanowanie jej tajemnic, przez chęć posiadania jej na wyłączność. Magda Szabó udowadnia nam, że nie ma nic prostszego niż zamknąć się przed drugą osobą i odgrodzić się od jej problemów w momencie, w którym potrzebuje nas najbardziej. Wystarczy najprostsza wymówka. Wystarczy znaleźć sobie inny priorytet, przymknąć oczy i łudzić się, że nasza zła decyzja nie zaważy na niczym. Więc dlaczego w takich chwilach czujemy dławiące poczucie winy? Skąd wiemy, że przyjdzie nam za to zapłacić? Czynimy zło z premedytacją i oszukujemy samych siebie.

Bardzo ciekawie Magda Szabó podchodzi do kwestii wiary. Okazuje się, że wykształcona i obyta w świecie „pani pisarka” biega co niedzielę do kościoła i przestrzega postu w Wielki Piątek, chociaż na co dzień żyje niezupełnie zgodnie z boskimi przykazaniami. Z kolei prosta i niewykształcona (bo nie głupia) Emerenc do kościoła nie chodzi, bo uważa to za przywilej ludzi posiadających zbyt wiele wolnego czasu. Za to każdym swoim uczynkiem udowadnia, że można być dobrym człowiekiem, nie będąc w bliskiej komitywie z księdzem proboszczem. Zaskakujące, że do takich wniosków dochodzi właśnie ona, a nie filozofująca pisarka. Przeciwstawia się tezie, której kościół trzyma się tak kurczowo w obawie o swoje istnienie: nie można praktykować wiary samemu, dla siebie i w zaciszu własnego domu. Trzeba to robić w kościele. No cóż… Zdania są podzielone.

Książkę gorąco polecam wszystkim tym, którzy, tak jak ja, lubią wścibiać nos w zakamarki ludzkiej duszy. Zobaczcie, jak łatwo, stać się częścią tej siły, która zawsze dobra pragnąc, wiecznie czyni zło...

Moja ocena: 5/6

Czytaj tego autora: "Tylko sam siebie możesz ofiarować..."

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Antybiblia?


 
Ayn Rand, Atlas zbuntowany
Rand, A., „Atlas Shrugged”, Dutton, New York 2005
s: 1168

Jak streścić tę książkę? Nie wiem. Po zakończonej lekturze próbowałam sobie jeszcze raz wszystko przemyśleć, poukładać i skupić się na kilku najważniejszych zagadnieniach. Niestety nie potrafię tego zrobić, bo wszystko wydaje mi się równie ważne.
Zaskoczyła mnie ta książka. Nie spodziewałam się, że jeszcze spotkam w swoim życiu książkę, która będzie tak dobrze napisana i wywrze na mnie tak ogromne wrażenie (teraz przeraża mnie trochę mój brak wiary). A jednak spotkałam taką książkę, tylko że teraz nawet nie wiem od czego zacząć swoje pochwalne peany...

Atlas zbuntowany to przede wszystkim książka, która przekonuje. Nie pamiętam już czy wierzyłam wcześniej w te wszystkie przesłania i założenia, które Ayn Rand prezentuje nam bez ogródek. Chyba nie… Teraz wydają mi się one tak bardzo naturalne i swoiste dla ludzkiej natury, że naprawdę nie chce mi się wierzyć, że mogłam myśleć inaczej. Siła perswazyjna tej książki jest ogromna i, wysoki sądzie, naprawdę nie pamiętam, co było przedtem…

Atlas zbuntowany to książka o ludziach. I o jednym człowieku. O człowieku, który postanowił zatrzymać motor świata i dopiął swego. Gdyby wcześniej ktoś streścił mi książkę w ten sposób, przed moimi oczami stanęłaby jakaś baśniowa lub mityczna wizja, zważywszy na metaforyczny tytuł powieści. A wyobraźcie sobie, że motor świata naprawdę istnieje i naprawdę można go zatrzymać. Można też zacząć świat od początku. Nie wszyscy mogą tego dokonać; ten przywilej zarezerwowany jest dla ludzi, którzy kochają życie tak bardzo, że gotowi są za nie umrzeć. Kochają życie i… siebie. Są dumni, nieugięci, zaradni, pewni siebie i niezależni. Gardzą ludźmi zależnymi i charytatywnością. Ich motto życiowe głosi, by nigdy nie żyć na koszt innych, ale też nie pozwolić, by ktoś inny żył na ich koszt. I nie chodzi tu wcale o to, by dążyć po trupach do celu. Można żyć według własnych zasad i po prostu nie dać się oskubać. I tacy ludzie zbawią świat. W pewnym momencie pomyślałam, że Atlas zbuntowany to taka anty-biblia i dokładne odwrócenie teorii „kochaj bliźniego jak siebie samego”. Tak naprawdę pisarka zapoznaje nas w książce ze swoją filozofią (obiektywizmem), która zakłada, że jednostka powinna dbać tylko o swój interes, by przetrwać – i nie ma w tym nic złego, bo niby dlaczego potrzeba przetrwania miałaby być zła? Tylko w ten sposób przetrwa świat. Ayn Rand wierzyła w kult pieniądza zanim stał się złem.

The man who damns money has obtained it dishonorably; the man who respects it has earned it
. [s. 412]

Nie zamierzam nikogo do niczego przekonywać, ale książkę nie tyle warto, co trzeba przeczytać. Mi lektura zajęła sporo czasu, bo nie jest to czytadło, które połyka się w zawrotnym tempie, a potem jedyne, co pozostaje, to niedosyt lub niestrawność. Jest to książka, która zmienia spojrzenie na świat, nawet jeśli ktoś się nie zgadza z jej przesłankami. Chociaż z tą najważniejszą nie sposób się nie zgodzić: ŻYCIE jako najwyższa i niepodważalna wartość. Bo to książka o miłości do życia. I ta miłość naprawdę zaraża. Poniżej jeden z moich ulubionych cytatów:

To love a woman for her virtues is meaningless. She's earned it, it's a payment, not a gift. But to love her for her vices is a real gift, unearned and undeserved. [s. 305]

___________________________________________________
Moje i tylko moje tłumaczenie cytatów:

1) Człowiek, który potępia pieniądze, zdobył je niehonorowo. Człowiek, który szanuje pieniądze, zarobił je.

2) Kochanie kobiety za jej cnoty nie jest niczym wielkim. Zapracowała na to. To zapłata, a nie dar. Dopiero kochanie kobiety za jej wady jest prawdziwym darem, na który nie zapracowała, ani na który nie zasłużyła.

Moja ocena: 6/6

środa, 4 sierpnia 2010

Aż wyć się chce...


Wilk
(oryg. Wolf), 1994
reż. Mike Nichols

Lubię się czasami bać. Ale tylko na niby i na chwilę, gdy mam pewność, że strzeże mnie granica szklanego ekranu. Nie przepadam za współczesnymi horrorami, gdzie epatuje się okrucieństwem i przez większą część filmu zmusza się widza do oglądania rozcinania, wbijania, nakłuwania czy wydłubywania. Co mi po filmie, jeśli siedzę wbita w fotel i pozwalam sobie jedynie na sporadyczne wyglądanie spomiędzy palców? Dlatego lubię sięgać po klasykę, czasem z ciekawości, a czasem dla samych nazwisk, bo obecność Jacka Nicholsona i Michele Pfeiffer to już prawie obietnica dobrej zabawy.

Film rozpoczyna się obiecująco. Noc. Zima. Las. Will Randal (Nicholson) jedzie samochodem, kiedy niespodziewanie przed jego maskę wyskakuje wilk. Potrącone zwierzę nie daje znaków życia, jednak gdy Randal próbuje je ściągnąć z drogi, zostaje ugryziony w rękę. No i się zaczyna... Randal staje się wilkiem. Niestety nie za szybko. Akcja rozwija się dość powoli jak na horror, ale jeśli ktoś nie jest zbytnio złakniony krwi, może zaobserwować inne ciekawe aspekty filmu. Fizycznej przemianie w wilka towarzyszy ujawnianie się wilczej duszy. Randal na co dzień pracuje w renomowanym wydawnictwie, gdzie tylko najsilniejsi i najbezwzględniejsi odnoszą sukcesy. Trzeba być przysłowiowym wilkiem, jeśli nie chce się być zepchniętym na margines. Randal wcześniej nie radził sobie zbyt dobrze w tym bezwzględnym świecie, dopiero bliskie spotkanie z wilkiem wyzwoliło w nim dzikie instynkty. Co ważne, pozbył się skrupułów tylko wobec tych, którzy zasługiwali na karę. Nie krzywdził kobiety, którą kochał (Pfeiffer). Można więc powiedzieć, że to horror z morałem. Poza tym dowiadujemy się również, że zmiana człowieka w wilka to wielki dar. Randal ostatecznie decyduje się go przyjąć.

Wielką zaletą filmu są oczywiście aktorzy. Bez nich ten film nie wzbudziłby prawdopodobnie większego zainteresowania. Nicholson tak naprawdę wymagał tylko minimalnej charakteryzacji, a widząc jego gesty i spojrzenia, zaczynamy wierzyć, że jego wilcza natura to nie tylko gra aktorska. Efekty specjalne nie są mocną stroną tego filmu, ale mroczna atmosfera nadrabia braki. W filmie nie brak również elementów komediowych. Niezapomniany jest moment, gdy „wilczy” już Randal znaczy w męskiej toalecie swój teren…

Film polecam jako ciekawostkę dla koneserów kina grozy. Tematów do przemyśleń wiele w nim nie ma, ale ostatecznie można dojść do wniosku, że nie trzeba być ugryzionym przez wilka, żeby być wilkiem drugiemu człowiekowi.

I niech się schowają wszystkie wampiry! Ja tam wolę wilkołaki…

Moja ocena: 3,5/6