poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Czy warto uciekać?


Marlen Haushofer, Mansarda
Haushofer M., „Mansarda”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1973
tłum. Maria Kłos-Gwizdalska
s: 180

Od jakiegoś czasu seria KIK stała się dla mnie synonimem uczty literackiej, a przynajmniej literatury oryginalnej, nietuzinkowej i zmuszającej do przyjrzenia się pod lupą własnemu życiu. Tym bardziej zdziwiło mnie znalezione w sieci stwierdzenie, że seria publikowała prozę (…) z reguły łatwiejszą w odbiorze. Trudno mi się z tym zgodzić. Pozostaje mi założyć, że kiedyś czytelnicy byli bardziej wymagający.

Podejrzewam, że Marlen Haushofer jest pisarką raczej nieznaną szerszemu kręgowi odbiorców. Trudno dotrzeć do jakichkolwiek informacji o jej twórczości i o niej samej. Tyle wiem, ile wyczytałam między słowami jej prozy: że pięknie pisze o codzienności, która w jej wydaniu nie jest nudna, ale spowita magią, że każdy szczegół stworzonego przez nią świata ma podwójne znaczenie, że granica między światem realnym a tym zmyślonym subtelnie się zaciera. Nie istnieje dla mnie większe wyzwanie czytelnicze niż zgadywanie, gdzie kończy się prawda, a zaczyna fantazja. Najmilej jest jednak po raz setny dochodzić do wniosku, że definicje nie są mi do niczego potrzebne. Wolę pławić się w słodkim niedopowiedzeniu.

Bohaterka i narratorka Mansardy to kobieta w średnim wieku, która wiedzie życie po brzegi upchane rutyną. Wszystko, co miało znaczenie, zdarzyło się wcześniej i rozgraniczyło czas na PRZED i PO. Gdy była młodsza i miała, zdawać by się mogło, wszystko (męża, dziecko, dom), nagle straciła słuch. Medycyna nie potrafiła wskazać przyczyny. Wyglądało to tak, jakby obca osoba w niej samej zamknęła się na świat i zbuntowała się przed odbieraniem bodźców z zewnątrz. Mąż odizolował ją – od siebie, dziecka i ich wspólnego świata, by mogła SAMA uporać się z tym „wariactwem”. Miała wrócić, gdy znów zachce jej się słyszeć. Po latach siłą wymazane wspomnienia wracają za sprawą listów nadsyłanych od nieznanego nadawcy. Bohaterka po kolei odkrywa przed nami karty przeszłości, dzięki którym łatwiej zrozumieć jej obecny, przepraszający stosunek do życia. Porzucona w najcięższym momencie swojego życia udaje, że nic się nie stało, że tak musiało być. Niemal z radością wyrzeka się siebie. Tłumaczy męża, lituje się nad jego poczuciem winy, wciąż próbuje mu wynagrodzić to, że kiedyś go zawiodła. Jest typem samotnika, ale zmusza się do spotkań z ludźmi, którzy nie są jej już nawet obojętni, ale po prostu nieprzyjemni. Rutyna i zadowalanie innych stało się szkieletem jej życia. I tylko w mansardzie (czy ktoś jeszcze pamięta to słowo?!) nie musi udawać. To miejsce jej wolności, gdzie może odetchnąć pełną piersią i jest sobą, czyli małą dziewczynką, która pragnie ogrzać sobie stopki i tańczyć wesoło jak wszystkie inne dzieci. Najpierw pomyślałam, że każdy powinien mieć taką mansardę. Żeby się uwolnić. Ale to przecież również synonim ucieczki. Może lepiej postarać się, żeby nie trzeba było przed niczym uciekać? A potem spojrzałam na podtytuł swojego bloga. Hmm… A więc mam swoją mansardę.

No i cóż. Po raz kolejny KIK nie rozczarowuje. A do Marlen Haushofer jeszcze wrócę, bo dyskretna ironia i narzucająca się wieloznaczność jej prozy skutecznie pobudziły mój apetyt. I tylko gęsiej skórki dostaję jak zwykle, gdy ktoś na światło wyciąga moje najczarniejsze myśli:
jestem potworem, potworem, który wolny i samotny chce bujać po lasach i nie znosi nawet muśnięcia pędu rośliny na czole. Nie byłoby to zresztą nic strasznego. Ale ten potwór od czasu do czasu pragnie być kochanym, głaskanym i skomląc przypełza z powrotem do ludzi. [s.77]

Moja ocena: 5/6

czwartek, 12 kwietnia 2012

Kraina ocala od zapomnienia:)


Gdy jestem w swoich rodzinnych stronach, obowiązkowo odwiedzam tutejszą bibliotekę. I nie po to, żeby coś wypożyczyć, nie, nie (już dawno nie mam karty). Z wielką ekscytacją odwiedzam półkę książek zapomnianych i niechcianych. Dużo kiczu, sporo myśli socjalistycznej i prozy "ku pokrzepieniu serc". Ale zawsze uda mi się wyłowić z kurzu i zapomnienia książkę, której mam ochotę dać drugie życie. A każda taka książka kosztuje 50gr, które trzeba wrzucić do skarbonki z kluczykiem. Prezentowany przeze mnie zbiorek kosztowałby mnie 4,50zł, ale zawsze wrzucam trochę więcej. Na nowe książki. Myślę, że warto. Może Wy też macie takie miejsca w swojej bibliotece?

A ja odpoczywam:)

wtorek, 3 kwietnia 2012

Wyrafinowana, ale jednak nuda


Stendhal, Czerwone i czarne
Stendhal, „Czerwone i czarne”, Polskie Media Amer.com SA, Warszawa
s: 450

Powieść Stendhala to najlepszy dowód na to, że klasyka nie zawsze powala mnie na kolana, chociaż od dawna głoszę tezę, że każdy szanujący się mól książkowy powinien regularnie przeplatać swoje czytelnicze wybory dziełami klasycznymi - dla oczyszczenia i ustalenia właściwej hierarchii wartości. Czerwone i czarne to literatura do smakowania, niespiesznego przewracania kartek i obserwowania… Chyba że pojawią się nieprzewidziane trudności, ale o tym na końcu.

Julian Sorel był synem ubogiego cieśli, któremu szybka i wspaniała kariera Napoleona zawróciła w głowie. Niestety czasy niedoścignionego cesarza minęły bezpowrotnie, na tron powrócili Burbonowie, a z nimi pogłębiła się przepaść międzyklasowa. Julianowi ambicji nie brakowało, ale majątku już tak; tylko jeden rodzaj kariery był w jego zasięgu - duchownego. Predyspozycje do tego posiadał nie byle jakie, choćby doskonałą pamięć, która pozwoliła mu wyuczyć się całej Biblii i na zawołanie sypać z niej cytatami. Dzięki temu zdobył uznanie na prowincji, później w Paryżu. Piął się po szczeblach kariery stopniowo, konsekwentnie i ambitnie. Po drodze rozkochał w sobie do szaleństwa dwie kobiety, które różniło wszystko prócz statusu społecznego, wyższego niż Juliana: panią de Renal, żonę, matkę, kobietę szczerą w swych uczuciach i emocjach oraz pannę de la Mole, córkę arystokraty, dumną, impulsywną i znudzoną życiem… Nie można jednoznacznie ocenić czy Julian dopuścił się tych romansów z czystego wyrachowania, czy uległ czarowi chwili. Gdy widzimy, jak szczegółowo analizuje każdy swój ruch i ambitnie wyznacza sobie kolejne cele, przychylamy się raczej ku pierwszej tezie, chociaż jego dusza do końca pozostaje niezgłębioną studnią... Zresztą starczy o Julianie. To nie jest historia jednego bohatera, ale całej XIX-wiecznej Francji i jej zdegenerowanego społeczeństwa. Słynne jest już zdanie Stendhala, że powieść to jest zwierciadło przechadzające się po gościńcu. To odbija lazur nieba, to błoto przydrożnej kałuży [s.315]. Jego dzieło tym samym wieńczy dokonania romantyzmu i zapowiada nadejście kolejnej epoki w literaturze, realizmu.

Nie potrafię docenić w pełni wartości tej książki z dwóch powodów. Po pierwsze, literatura francuska jest mi kompletnie obca. Zdałam się więcej na swoje czucie niż wiedzę. Po drugie, moje wydanie powieści to pomyłka. Co prawda nie TAKA, ale przestępstwo można podciągnąć pod ten sam paragraf. Tyle naczytałam się o doskonałym przekładzie Boya-Żeleńskiego, że z wściekłą rezygnacją musiałam zaakceptować fakt, że większość cytatów otwierających każdy rozdział nie została przetłumaczona. W oczy kolą również literówki. Tak więc wydania nie polecam (niewyraźną okładkę zamieszczam ku przestrodze). Teraz już wiem, dlaczego książki "zrobione" tak solidnie, są tak tanie. Nigdy więcej się nie nabiorę. A powieść? Może i jest arcydziełem, ale na pewno nie moim prywatnym. Chociaż swoją drogą to ciekawe, jak uniwersalne prawdy zawiera. Rozbawiła mnie nauka, jaką daje doświadczony ksiądz młodym seminarzystom, nazywając ich kmiotkami:
Stańcie się godni łask papieża świętością życia, posłuszeństwem, bądźcie jako kij w jego ręku, a każdy z was otrzyma świetną posadę, na której będzie władał samodzielnie, bez kontroli, posadę, niewzruszoną, której dochody pokrywa w jednej trzeciej rząd, w dwóch trzecich zaś wierni, urobieni waszą wymową. [s.166]
Ciekawe czy dziś w seminarium można liczyć na taką szczerość… ;)

Moja ocena: 4/6