poniedziałek, 11 lutego 2013

Zmarnowany potencjał



Pater Carey, Historia pewnej mistyfikacji
Carey P., „Historia pewnej mistyfikacji”, Muza SA, Warszawa 2004
s: 300
tłum. Bogumiła Nawrot

Jak pewnie każdy zapalony czytelnik uwielbiam książki, które choć trochę odkrywają dla mnie świat literatury od kuchni. Dla takiego laika jak ja praca pisarza, redaktora, wydawcy czy księgarza wciąż wydaje się magiczna, chociaż oczywiście zdrowy rozsądek podpowiada mi, że to praca jak każda inna. Może cieszyć i może frustrować. Ale już samo obcowanie na co dzień z LITERATURĄ musi uskrzydlać. Nie przekonacie mnie, że jest inaczej.

Historia pewnej mistyfikacji podobno bazuje na prawdziwej historii, chociaż nie jestem pewna czy to również nie jest mistyfikacja. Poznajemy w niej redaktorkę pewnego renomowanego londyńskiego magazynu literackiego w momencie, gdy wraz z podstarzałym poetą-amantem wyjeżdża do malowniczego Kuala Lumpur, by porozmawiać o rodzinnych sekretach na tle egzotycznej scenerii. Tam spotykają Christophera Chubba, który kiedyś niesławnie doprowadził do upadku (i śmierci) ambitnego wydawcę, podsyłając mu poezję napisaną przez wymyślonego przez niego poetę, Boba McCorkkle’a. Mistyfikacja miała być żartem i kpiną ze społeczeństwa lubującego się w pretensjonalnych i bezwartościowych utworach, a skończyła się tragedią. Najciekawsze, że McCorkle zaskoczył wszystkich, bo ostatecznie okazał się postacią z krwi i kości. Udało mu się również skutecznie uprzykrzyć życie swojemu stwórcy. Teraz Chubb postanawia ponownie sprzedać wiersze swojego Frankensteina, a jego celem staje się redaktorka z Londynu.

Książka ma wszelkie zadatki, by być przynajmniej dobrą książką: ciekawy pomysł na fabułę, egzotyczna sceneria, przyzwoity język. Ale potencjał został zmarnowany. Akcja spowalniana tysiącem nieistotnych wątków pobocznych wlecze się niemiłosiernie i gdy wydaje nam się, że już się przez nie przedarliśmy, nagle: łup! Spada na nas rozczarowanie. Kwaśne zakończenie nie rekompensuje żmudnej podróży. Miałam wrażenie, że autor tak długo rozciągał historię wszerz i wzdłuż, bo ciągle miał nadzieję, że w końcu spłynie na niego olśnienie i szczęśliwie dobije do puenty. Niestety nie udała mu się ta sztuczka.
 
Ale. Bardzo ciekawą kwestią było dla mnie zachowanie redaktorki, która od pełnego powątpiewania i pogardy dla autora mistyfikacji na koniec całą duszą zapragnęła tej wydumanej, sztucznej i nadętej poezji po przeczytaniu – uwaga! – fragmentu jednego wiersza, wierząc, że ta poezja zmieni oblicze jej czasopisma. Dała się zahipnotyzować opowieściom o McCorkle’u i jego geniuszu. Manipulacja jest arcyciekawą sztuką i bardzo niebezpieczną bronią.

Szkoda, to mogła być dobra książka.


Moja ocena: 3,5/6

3 komentarze:

  1. W 100% zgadzam się z tym co napisałaś :) Próbowałam przeczytać tę książkę, ale pomimo bardzo ciekawego pomysłu była totalnie niestrawna. Akcja ciągnęła się tak potwornie, że w końcu dałam spokój i książka powędrowała na półkę.
    Ps. Dzięki Tobie przynajmniej mniej więcej wiem, jakie było zakończenie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja jak zwykle się łudziłam, że zakończenie powali mnie na kolana i zrekompensuje inne braki powieści. Niepoprawna optymistka... Ale, ale! Wcale nie chciałam zdradzać zakończenia. Wychodzę z formy :(

      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
    2. Tak naprawdę to niewiele powiedziałaś. Poza tym ja się cieszę, bo nie miałam zamiaru wracać do tej książki, a ciekawa byłam zakończenia :)

      Usuń