wtorek, 30 listopada 2010

Pełnokrwisty humor ze szczyptą moralizatorstwa


Wywiad z wampirem
(oryg. Interview with the Vampire: The Vampire Chronicles), 1994
reż. Neil Jordan

Pisałam kiedyś, że nie jestem wielką fanką wampirów. Drażni mnie ich zmanierowanie i raczej nadąsany styl bycia. Wolę rubaszne wilkołaki, które nie przebierają w środkach, by dobrać się do swojej ofiary. Teraz wiem, że wszystkiemu winna jest Pani Meyer i jej rozreklamowana ponad miarę saga, a dokładniej mówiąc bladolicy Edward o twarzy Roberta Pattisona rozsiewający wszem i wobec swe wampirze uroki. Blee…

Zapomniałam jednak, że kiedyś wampiry były zupełnie inne. I nie chodzi mi wcale o to, że miały twarz Brada Pitta czy Toma Cruise'a, ale o to, że miały coś do powiedzenia. Film, o którym piszę, a który większość z Was pewnie już widziała, powstał w oparciu o scenariusz Anny Rice. Przyznaję się, że powieści nie czytałam, bo horrory w wersji książkowej póki co są przeszkodą nie do przebrnięcia dla mojej strachliwej wyobraźni. Za to film widziałam już kilka razy i za każdym razem świetnie się na nim bawię. Tym razem ujrzałam go w zupełnie innym świetle…

Osią filmu jest historia wampira o ludzkiej duszy, Louisa (Pitt), który nie potrafi pogodzić się z tym, kim się stał. Z powodu dręczącego go nieustannie poczucia winy, odmawia zabijania ludzi, żywiąc się głównie krwią zwierząt. Wampirem, któremu „zawdzięcza” swoje nowe jestestwo jest Lestat (Cruise) – bezwzględny, gwałtowny i… obdarzony uroczym poczuciem humoru wampir. W porównaniu z nim, Louis, ze swoim wewnętrznym rozdarciem, jest niemal przezroczysty. Fabuła filmu jest dość uboga, a jeśli ktoś liczy na pełnokrwisty horror, może się srodze rozczarować. Krew przelewa się obficie, ale jako że każda kropla jest na wagę złota, mało jej na ekranie. Za to nie brakuje humoru. Zwróciliście uwagę na kąśliwe uwagi Lestata pod adresem Louisa? Od razu stał mi się bliższy. Zawsze uważałam, że złośliwy humor i celne riposty to cecha ludzi (wampirów?) inteligentnych...

Niezwykła zażyłość między dwojgiem mężczyzn jest kolejnym ciekawym aspektem tego filmu. Wampir nie szuka bliskości wampira-kobiety (o ludzkiej kobiecie nie wspomnę, Pani Meyer…); szuka męskiego towarzystwa na długie lata wieczności. Ich potrzeba bycia razem elektryzuje, niemal widać unoszące się w powietrzu feromony (gdyby wampiry je wydzielały), zarówno w przypadku Louisa i Lestata, jak i Louisa i Armanda (Banderas). Wampiry nie bratały się z ludźmi. Ich światy były wyraźnie oddzielone. Ludzie stanowili wyłącznie pokarm. Wampiry decydowały, których skazać na śmierć, a którym podarować wieczność.


Doborową obsadę filmu uświetniła również młodziutka Kirsten Dunst, która zagrała wampirzycę nade wszystko pragnącą dorosnąć. Jej pragnienia dojrzałej kobiety zostały zamknięte w ciele dziecka. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że zagrała tu rolę swojego życia (jak na razie). Aktorka kojarzy mi się generalnie z mdłymi, jednakowymi kreacjami. Rola, którą zagrała w Wywiadzie z wampirem mogłaby spokojnie przerosnąć jej dziecięce umiejętności, ale stało się inaczej. Dunst przerosła rolę.

Twórcy filmu spróbowali również zmierzyć się z pytaniem czy wieczne życie naprawdę jest tym, czego powinniśmy pragnąć. W filmie jawi się jako przekleństwo. I chociaż na początku może wydawać się wielkim darem, ostatecznie ciąży. Okazuje się, że nie wszystkie wampiry potrafią sobie poradzić z wiecznością. Nawet wampir musi dostosować się do zmieniających się czasów. Jeśli tego nie zrobi, grozi mu szaleństwo.

Dla mnie film to perełka kina rozrywkowego: świetne kostiumy, zdjęcia i klimatyczna muzyka, do tego doborowa gra aktorska, humor i kilka kwestii do przemyśleń. Mogę tylko podziękować Annie Rice za stworzenie takich wampirów - myślących wampirów. Obok Drakuli Coppoli to mój ulubiony pseudohorror.

A końcowa scena z Lestatem mknącym cabrioletem po Golden Gate i piosenką Sympathy for the Devil w tle – to już mistrzostwo świata:)

Moja ocena: 5/6

sobota, 20 listopada 2010

"Książę Mgły", czyli traumy z klaunem w tle ciąg dalszy


Carlos Ruiz Zafon, Książę Mgły
Zafon, C.R., „Książę Mgły”, Muza, Warszawa 2010
tłum. Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodan Casas
s: 198
***
I like to believe that storytelling transcends age limitations* [C.R.Zafon]
***
Przyznaję się od razu, że moja miłość do Zafona jest miłością ślepą i bezkrytyczną, graniczącą niemal z obłędem. Całą resztę kocham miłością raczej dojrzałą i zdroworozsądkową. Przyjemność czytania dawkuję sobie świadomie, z kubkiem kawy w dłoni, gdy żaden stos papierów nie zerka na mnie złośliwym okiem, czasem w autobusie, by zapomnieć o ponurej masie człowieczeństwa napierającej na mnie zewsząd. Ale nie zarywam nocy, nie zaniedbuję rodziny i nie wydaję ostatniego grosza na książki...

Jakże inaczej rzecz się ma z rzeczonym panem Zafonem… W dniu premiery, będąc wciąż nieświadoma, że pierwsze jaskółki pojawiły się w księgarniach już dawno temu, jak burza przetoczyłam się przez kilka księgarń w poszukiwaniu zielonej okładki. I co? I nic! Musiałam obejść się smakiem, bo kompletnie nie miałam ochoty na wycieczkę do centrum w godzinach szczytu. Przy okazji odkryłam również, że Zafon wcale nie jest taki popularny, jak by się mogło wydawać. W jednej z pomniejszych księgarni w odpowiedzi na moje nie najmądrzejsze może pytanie: „Czy jest nowy Zafon?” usłyszałam; „Kto?”, „Zafon, taki pisarz.”, „A nie, to nie ma”. Tak więc niech Zafon nie myśli, że ma ugruntowaną pozycję w naszym zacnym kraju… Bo nie ma.

Książkę zdobyłam dwa dni później. I co? Było warto. Może i jestem zaślepiona, ale z całą pewnością Zafon ma niebywałą zdolność czarowania swoich czytelników słowem. I chociaż to jego pierwsza książka w dorobku, w dodatku skierowana do młodego czytelnika, zdradza już jego talent do kreowania niezwykłej atmosfery świata, którego nie chce się opuszczać. Zresztą, kto powiedział, że młody czytelnik musi być mniej wymagający? O ile dobrze pamiętam, już w wieku –nastu lat starannie dobierałam lektury, nie zadawalając się byle czym.

W najnowszej (na polskim rynku) powieści Zafona poznajemy rodzinę Carverów, którzy osiedlają się w małym nadmorskim miasteczku, by tu spokojnie przeczekać zawieruchę wojny. Dom, który miał stać się ich azylem, okazał się dźwigać tragiczną historię poprzednich mieszkańców. Mały chłopiec, ukochany syn pierwszych właścicieli domu, utonął w morzu. Wspomnienie tragedii jest jednak jedynie preludium do koszmaru, który czeka nowych mieszkańców. Najpierw w domu pojawia się dziwny kot zwiastujący czyhające za rogiem zło. Później Max, syn Carverów, odnajduje na tyłach domu ogród z tajemniczymi posągami, które wyglądają jak uwięziona w kamieniu trupa cyrkowa. Centralne miejsce wśród cyrkowców zajmuje – któż by inny? – klaun o szyderczym uśmiechu. Cały ogród tonie we mgle… To dopiero początek tajemnic. Max poznaje Rolanda, którego dziadek przez wiele lat był latarnikiem w miasteczku. To właśnie on opowie im przerażającą opowieść o Kainie, Księciu Mgły, który czyha na ludzkie słabości, by dzięki nim zapewnić sobie długowieczność. Czasami zdaje nam się, że gdy ziści się któreś z naszych marzeń, osiągniemy pełnię szczęścia. Nic bardziej mylnego. Lista życzeń nigdy się nie kończy, a my na zawsze pozostaniemy nienasyceni.Warto pamiętać, że we wszechświecie od wieków panuje równowaga. Tak więc nasze szczęście musi być zrównoważone czyimś nieszczęściem. Kain dba o tę równowagę – za spełnienia życzenia domaga się czegoś w zamian i skutecznie egzekwuje złożoną wcześniej obietnicę. Dopiero Max z Rolandem stają mu na drodze.

Nie ma sensu zastanawianie się czy Książę Mgły jest równie dobrą powieścią jak Cień wiatru. I czy w ogóle jest dobrą powieścią. Miłośnicy Zafona na pewno odnajdą to, za co kochają pisarza. Styl może nie jest tak kwiecisty, a historia wydaje się zbyt uproszczona i za krótka, ale ja nie zawiodłam się ani trochę. No może na początku zaskoczyło mnie te sto parę kartek, bo bałam się, że „połknę" książkę jeszcze w księgarni, ale nic to… Chciałabym, żeby moje dzieci w przyszłości czytały TAKIE książki obok Niziurskiego, Nienackiego czy Musierowicz. Książka zdecydowanie pobudza wyobraźnię. Czekam na więcej.

Chociaż może nie powinnam zarażać kolejnych pokoleń moją klaunofobią… hmm…

Moja ocena: 4,5/6

Czytaj tego autora: "Marina", "Pałac Północy", "Światła września"
_______________________________________________________
* Lubię myśleć, że opowieści nie ogranicza wiek jej czytelników.
[by Inez]

wtorek, 16 listopada 2010

Moskwo, jaka jesteś...


Moskwo, kocham Cię
(oryg. Москва, я люблю тебя!), 2010

reż. Iwan Ochłobystin, Gieorgij Natanson, Oleg Fomin, Wiera Storożewa, Rustam Ibragimbiekow, Iraklij Kwirikadze, Jekatierina Kalinina, Siergiej Bodrow, Dmitrij Troickij, Olga Stołpowskaja, Aleksandr Kasatkin, Jekatierina Dwigubskaja, Artiom Michałkow, Andriej Razienkow, Wasilij Cziginskij, Georgij Paradżanow, Ałła Surikowa, Jegor Konczałowskij

Nie będę pisała, że nie mogło mnie zabraknąć na festiwalu filmów rosyjskich „Sputnik nad Warszawą", bo szczerze mówiąc, ledwo się na niego załapałam. Jak na złość, zawsze spiętrzą się jakieś sprawy nie cierpiące zwłoki i spotkania, których nie można przełożyć. Ale udało się - ostatniego dnia festiwalu i prawie na ostatni seans w Pałacu Kultury i Nauki, w którym mieści się kino. Festiwal gościł jeszcze w dwóch innych kinach warszawskich, ale szczerze mówiąc Pałac – dar od naszych radzieckich przyjaciół – wydawał się jedynym słusznym miejscem, by celebrować to święto kina rosyjskiego. Nie wiem czy wiecie, ale w Moskwie znajduje się kilka pierwowzorów naszego, chcąc nie chcąc, symbolu Warszawy, zwanych „siedmioma siostrami” Stalina. Na jedną z nich, Uniwersytet Moskiewski, miałam okazję się wdrapać, by choć raz spojrzeć na Moskwę z góry. Szczyt PKiN ciągle jeszcze przede mną.

Film Moskwo, kocham Cię to zbiór 18 krótkich filmików stworzonych przez 18 rosyjskich reżyserów, których zadaniem było streszczenie swojej miłości do stolicy w pięciu minutach. Jako że nie przepadam za krótkimi formami literackimi, sceptycznie odniosłam się również do tego pomysłu. Ale zwabiła mnie Moskwa i cicha tęsknota za jej wyjątkowością. Niestety okazało się, że Moskwy-miasta jest w filmie jak na lekarstwo. Komuś, kto choć trochę zna stolicę Rosji, uda się mimo wszystko nanizać na sznurek ze wspomnieniami kilka klejnocików: pomnik Żukowa przed wejściem na Plac Czerwony, kolejka do mauzoleum Lenina, GUM, „siedem sióstr” górujących nad miastem… Jednak wątpię, żeby ktoś po tym filmie zakochał się w Moskwie. Zdecydowanie jej za mało. I niby wiem, że miasto to ludzie w nim żyjący, ale ich umiejscowienie w konkretnej przestrzeni było zbyt pobieżne, niewyczuwalne i równie dobrze można by było ich umieścić na którejś z odległych planet.

Oczywiście nie wszystkie filmy były dobre. Nie jestem też pewna czy były ułożone we właściwej kolejności, ale wachlarz emocji, który im towarzyszył, był nader rozłożysty. Można się było pośmiać, popłakać, a czasem… pozastanawiać, o co chodzi. Reakcje trzeba było dostrajać co pięć minut, bo tyle trwała każda etiuda. Dla mnie zdecydowanym numerem jeden okazał się film „Skrzypek” Wiery Storożewej – niemal bez słów, mocno i dobitnie, aż wryło mnie w fotel. Poza tym uwagę przykuł również film „Job” (tak, to z ang.) Artioma Michałkowa, syna TEGO Michałkowa; oklaski należą mu się za świetną, niespodziewaną pointę (cała sala ryknęła śmiechem). Reszta obrazów rozmywa się i tylko niektóre momenty pulsują żywiej w pamięci.

Mimo wszystko oceniam film wysoko, chociaż na rosyjskich portalach recenzenci nie pozostawiają na nim suchej nitki. Dla mnie liczył się klimat: mój ukochany język, którym mogłam cieszyć uszy, mój ukochany mąż, któremu mogłam pokazywać: tu byłam, tu się wspięłam, a tu się zgubiłam i nawet ludzie obok, od których promieniowała bezkrytyczna miłość do tej całej rosyjskości. Już dawno nie widziałam tak po brzegi wypełnionej sali kinowej! Ludzie siedzieli na schodach. Coś niesamowitego!

Zwiastun filmu (po rosyjsku) możecie obejrzeć tu.

Po chwili namysłu stwierdzam, że i tak nic nie przebije Moskwa nie wierzy łzom… Jeśli nie widzieliście, polecam.

Moja ocena: 5/6

piątek, 12 listopada 2010

Preria czy łąka?


To make a prairie
Emily Dickinson
(1830-1886
)

To make a prairie it takes a clover and one bee,
One clover, and a bee.
And revery.
The revery alone will do,
If bees are few.



By stworzyć prerię

By stworzyć prerię, starczy jeden zgoła
Kwiat koniczyny,
Marzenie
I pszczoła.
Jeśli pszczół nie ma ani na lekarstwo,
Same rojenia wystarczą
(tłum. Stanisław Barańczak)

By zrobić łąkę

By zrobić łąkę, starczy koniczyna
I jedna pszczoła -
Koniczyna i pszczoła.
I marzenie, co je przywoła.
Wystarczy byś marzenie snuł,
Jeśli jest mało pszczół.

(tłum. Artur Międzyrzecki)


O Emily Dickinson przypomniałam sobie zupełnie przypadkiem, zaglądając na bloga Anny. Poezja Dickinson nierozerwalnie związana jest z moimi młodzieńczymi marzeniami i ambicjami oraz upartym samodokształcaniem. Między innymi na jej wierszach uczyłam się języka angielskiego, co nie było zadaniem łatwym, ale zawsze przyjemnym i ostatecznie satysfakcjonującym. Obok Dickinson wsparciem dydaktycznym służyły mi również piosenki U2, telewizja BBC oraz proza sióstr Brontë i Brama Stokera, więc jeszcze zanim poszłam na studia, naukę pobierałam od najlepszych:) Z rzewnością wspominam czasy, kiedy ślęczałam nad tekstami, skrupulatnie wypisując słowo po słowie, sprawdzając ich znaczenie, kontekst, a później radośnie odkrywając je w kolejnym tekście. Swoimi ambicjami i maniakalnym niemal uporem jak czołg taranowałam wyrastające na mojej drodze przeszkody…

Wiersz, który wybrałam, należy do tych ulubionych. Choć krótki i pozornie banalny, sięga przesłaniem znacznie głębiej. Dzięki niemu odkryłam, że marzenia mają moc sprawczą i że to przede wszystkim ja jestem kreatorem mojego świata! Tyle mi to kiedyś dało siły i odwagi… Później co prawda musiałam nauczyć się również pokory, ale… to było później.

Dziś zwróciłam jednak uwagę na coś innego: na dwa tłumaczenia wiersza Emily Dickinson. Międzyrzecki „udomowił” prerię i zamienił ją na łąkę, co oczywiście nie ma większego znaczenia dla przesłania wiersza, ale jak dla mnie, boleśnie zmniejsza rangę marzenia, które nagle staje się bardziej pospolite. Chyba zresztą nie jestem zwolenniczką TAKIEGO dostosowywania poezji do czytelnika. Egzotyzacja czy udomowienie może być dobre w przypadku prozy, ale nigdy poezji. Wiersz w tłumaczeniu Barańczaka jest melodyjny i zabawny, bliższy przez to oryginałowi. Mnie jednak Barańczak zdecydowanie kupił „rojeniami”, którymi rozbzyczała mi się nagle cała preria. Pozostaje jednak pytanie: czy tłumacz poezji może zastosować grę słowną tam, gdzie jej nie ma w oryginale?

I co wybieracie: prerię czy łąkę?

poniedziałek, 8 listopada 2010

Pociąg relacji Słupsk-Warszawa


Jewgienij T. Olejniczak, Archipelag Khuruna
Olejniczak, J.T., „Archipelag Khuruna”, Fabryka Słów, Lublin 2010
s: 355
Faktycznie, jedyny ruch, jaki mógł zrobić Emanuel, aby uniknąć rychłego mata, to było uderzenie kolanem w stolik i strącenie figur z szachownicy. [s. 134]

Ostatnio miałam wątpliwą przyjemność podróżowania przez pół Polski pociągiem. Nie wiem czy wiecie, ale obecnie nasza kolej intensywnie się remontuje, przez co przemierzenie 500km zajmuje ponad 9 godzin (!). Sami rozumiecie, że nie było innego wyjścia, jak znaleźć sobie jakąś lekką i przyjemną lekturę na czas podróży. I muszę przyznać, że Archipelag Khuruna fantastycznie wywiązał się z zadania. Dałam pochłonąć się całkowicie i z wypiekami na twarzy przewracałam kolejne kartki, żeby sprawdzić, jakiż to finał będzie miała ta historia. Już nawet współpasażerowie zaczęli na mnie zerkać z niepokojem… Przyznam się szczerze, że z fantastyką nie jestem za pan brat, ale za to zawsze chętnie badam obce mi jeszcze zakamarki literatury. Książkę wygrałam na blogu u Agnieszki. Myślę, że takie konkursy to doskonała okazja, żeby sięgnąć po książkę, którą w innej sytuacji może byśmy się nigdy nie zainteresowali. Dzięki temu możemy się przekonać, że są jeszcze inne światy, które warto odwiedzić. Agnieszko, bardzo Ci dziękuję za tę możliwość, jak również za piękną macedońską zakładkę:)

Powieść Olejniczka zabiera nas do XIX-wiecznego Krakowa. Tam poznajemy emerytowanego policjanta Emanuela Henzelmanna, który wciąż niestrudzenie bawi się w detektywa. Pewnego dnia w jego ręce wpada tajemnicza fotografia, na której w tłumie ludzi na jednej z krakowskich ulic dostrzega człekokształtnego stwora. Fotograf utrzymuje, że jest to skaza na zdjęciu, ale stary komisarz nie daje wywieść się w pole. Podejrzewa, że Kraków zamieszkują dziwne stwory, które postanowiły zawładnąć rasą ludzką. Zaczyna śledztwo.

Przyznam, że dałam się wciągnąć w tę nieprawdopodobną historię, bo powieść napisana jest językiem prostym i dość obrazowym, czyta się ją dobrze, szczególnie w przedziale pociągu. Interesuje mnie również zagadnienie istnienia światów równoległych, więc byłam ciekawa, jak autor zmierzy się z tym tematem. I byłoby całkiem dobrze, gdyby nie to, że mało, mało, mało… W pewnym momencie odniosłam wrażenie, że autor uciął historię, jakby po prostu stwierdził, że 350 stron to w sam raz na powieść i nie ma co dalej marnować pomysłów. Poczułam się zawiedziona, bo chciałam wiedzieć więcej, chciałam w swojej wyobraźni odtworzyć cały archipelag Khuruna, a starczyło mi sił i możliwości jedynie na stworzenie niewyraźnego zarysu tego świata. Obcych istot nawet nie musiałam sobie wyobrażać, bo ich przedstawiciel złym okiem łypie na nas z okładki. co uważam za cios poniżej pasa. Zawsze myślałam, że literatura fantastyczna służy do tego, by stymulować wyobraźnię, a nie ją hamować.

Kolejna sprawa to atmosfera XIX-wiecznego Krakowa, której… nie ma. Dobrze że autor czasami wspomniał o Modrzejewskiej i że w całą aferę wplątał Habsburgów, bo w ogóle bym zapomniała, że rzecz dzieje się w XIX w. No ale nie każdy może być Zafonem… ;)

Cieszę się jednak bardzo, że trafiłam na tę książkę, bo nagle naszła mnie chęć przeczytania jakiegoś dobrego kryminału. Tajemnice, podejrzenia, zbieranie dowodów, niespodziewany morderca… Może zajrzę do Agathy Christie, a może mi coś polecicie?

Moja ocena: 3,5/6

czwartek, 4 listopada 2010

Łapy precz od wspomnień!


Louisa May Alcott, Małe kobietki
Alcott, L.M., „Little Women”, Penguin Classics, London 1989
s: 504

Sięgnęłam po Małe kobietki Louisy May Alcott z nadzieją, że odkrywam właśnie amerykański ekwiwalent powieści sióstr Bronte. Dawno, dawno temu oglądałam ekranizację tejże powieści. Film zapamiętałam jako ciepłą, pełną miłości opowieść o życiu czterech sióstr i ich niesfornego przyjaciela Lauriego. Film był pięknym wspomnieniem z czasów, kiedy byłam podlotkiem podekscytowanym mgliście zarysowaną przyszłością i… tam powinien był pozostać. Ostatnio jednak nabrałam okropnego zwyczaju odświeżania swoich wspomnień z dzieciństwa i jak na razie nie wychodzi mi to na dobre. Szybsze bicie serca, chwilowe rozczulenie, niewyraźne pojękiwanie tęsknoty i… rozczarowanie. Postanowiłam więc tymczasowo zaniechać nostalgicznych podróży do czasów, które minęły bezpowrotnie. Najpiękniejsze są wspomnienia, ot co!

Powieść Louisy May Alcott zabiera nas do świata, którego już nie ma, a coraz częściej myślę, że takiego świata w ogóle nigdy nie było. Świat sióstr March to świat idealny, mimo biedy, chorób i śmierci. W tym świecie człowiek jest idealny, a przez to taaaki nudny… Każda z sióstr March to obraz wszelkich cnót, a jeśli nawet jakaś rysa skazi ten obraz, to tylko na chwilę, gdyż życiową misją wszystkich dziewczynek jest samodoskonalenie. Najstarsza z dziewczynek, Meg, jest piękna, pracowita, romantyczna; Beth – cicha, nieśmiała, rodzinna, Amy – jak mała iskierka, trochę za bardzo skupiona na sobie, co „na szczęście” udaje się jej skutecznie zwalczyć i Jo – najbarwniejsza z sióstr, chłopczyca, bezkompromisowa, szczera do bólu, aspirująca pisarka. Tak naprawdę tylko dzięki Jo udało mi się przebrnąć przez powieść do końca. Czytałam gdzieś, że Alcott maluje ludzkie charaktery barwnie i niezwykle przekonująco, ale jako miłośniczka literatury skupionej wokół ludzkiej psychiki zdecydowanie muszę przyznać, że wybieram malarza-Dostojewskiego. Moim zdaniem, portrety namalowane pędzlem Alcott są płaskie, nierealne, a przez to nudne. Powiew XIX w. również nie jest obezwładniający, chociaż emocje związane z pierwszym balem, pikniki, echo wojny domowej, z której powrócił ojciec dziewczynek, podróż Amy po Europie z bogatą ciotką niewątpliwie dodają całej opowieści uroku.

Chciałabym jeszcze na chwilę wrócić do osoby Jo, która wzbudziła największą moją sympatię. Pojawiają się przypuszczenia, że Alcott wzorowała tę postać na sobie ze względu na aspiracje literackie Jo, ale również ze względu na jej wyraźną niechęć do zamążpójścia. Sama Alcott w jednym z wywiadów powiedziała:
I am more than half-persuaded that I am a man's soul, put by some freak of nature into a woman's body ... because I have fallen in love in my life with so many pretty girls and never once the least bit with any man.*
Dzięki takim stwierdzeniom zaczęto podejrzewać Louisę May Alcott o skłonności homoseksualne, jak również o to, że takimi skłonnościami obdarzyła jedną z bohaterek swojej powieści. Uważam to za nonsens, bo sam fakt wchodzenia na drzewo czy odrzucenie ręki mężczyzny, którego się nie kocha nie świadczy chyba o homoseksualizmie!

Mam jeszcze dowód na to, że niektóre zachowania zawsze pozostaną uniwersalne:
When women are the advisers, the lords of creation don’t take the advice till they have persuaded themselves that it is just what they intended to do; then they act upon it, and, if it succeeds, they give the weaker vessel half the credit of it; if it fails, they generously give her the whole. [s. 420]**
Ile w tym uszczypliwości, humoru i zmysłu obserwacji… Niektóre prawdy życiowe nigdy się nie starzeją.

Mimo wszystko cieszę się, że lektura Małych kobietek już za mną i mogę zabrać się za literaturę bardziej odpowiednią dla mojego wieku. Nie wiem na jak długo, bo wkrótce Boże Narodzenie, śnieg za oknem i spotkania z rodziną, czyli czas, który sprzyja refleksjom i powrotom do przeszłości. Ale póki co, trzymam się z dala wspomnień!

____________________________________________

*) Jestem więcej niż przekonana, że jestem duszą mężczyzny, którą jakiś szaleniec umieścił w ciele kobiety… ponieważ w swoim życiu zakochałam się w tylu ślicznych dziewczętach i nigdy przenigdy w żadnym mężczyźnie.
[by Inez]

**) Kiedy doradcą jest kobieta, pan i władca nigdy nie przyjmie rady, dopóki nie przekona sam siebie, że i tak zamierzał postąpić w ten właśnie sposób; następnie postępuje zgodnie z radą i jeśli rada była dobra, przypisuje słabej płci połowę zasługi, a jeśli rada była zła, wspaniałomyślnie obarcza ją całą winą.
[by Inez]

Moja ocena: 4/6