środa, 29 grudnia 2010

Małe nie zawsze jest piękne


Simon Mawer, Karzeł Mendla
Mawer S., „Karzeł Mendla”, Świat Książki, Warszawa 2007
tłum. Bohdan Maliborski
s: 318

Macie czasami wrażenie, że trzymacie w ręku bardzo dobrą książkę, a jednak struny waszej duszy trwają w bezruchu? Czujecie niepewność, lekkie podszczypywanie wstydu, zażenowanie… Ja czuję się tak czasami, ale szybko tłumaczę sobie, że książka najwidoczniej nie trafiła na podatny grunt. Przecież nie każdą dobrą książkę trzeba czytać z wypiekami na twarzy. Dobra książka może znaleźć innego pasjonata. Dobra nie znaczy dla każdego.

Karzeł Mendla to historia, która biegnie dwoma ścieżkami. Podążając pierwszą z nich, poznajemy Benedicta Lamberta, naukowca, który ma nieco powyżej 120cm wzrostu. Swoje życie podporządkował dwóm pragnieniom: odkryciu genu odpowiedzialnego za achondroplazję (czyli za bycie karłem) oraz miłości - w każdym jej odcieniu. Wybierając drugą ścieżkę, poznajemy dalekiego przodka Benedicta, Gregora Mendla, którego uważa się za prekursora genetyki.

Historia Benedicta nie należy do szczęśliwych. Był inny, miał powykrzywiane ciało i mopsią twarz, wszyscy patrzyli na niego z obrzydzeniem bądź politowaniem, nazywali mutantem lub dzielnym człowiekiem. Benedict szczelnie otoczony murem cynizmu nauczył się z tym żyć. Chociaż był karłem, stał się wielki w świecie nauki. Ukojenia szukał w ramionach (choć raczej należy powiedzieć: w udach) Jean, normalnej kobiety, która tak naprawdę też padła ofiarą zawirowań genetycznych: jej źrenice miały różny kolor. Benedict był normalnym mężczyzną uwięzionym w ciele karła, miał takie same potrzeby, troski i pragnienia. Dlaczego wszyscy traktowali go jak pół-człowieka niezdolnego do odczuwania bólu? Dlaczego Jean była normalna, chociaż patrzyła na świat różnokolorowymi oczami? Niestety granice normalności ustanawiają ludzie, którzy nader troskliwie dbają o czystość swojej rasy.

Mawerowi udało się zasiać we mnie niepokój. Gdy sobie pomyślę, że tylko jeden malutki, maciupki gen może sprawić, że zamiast pięknego dziecka na świat przychodzi… no kto? Właśnie. Mutant? Czy mamy prawo tak nazywać drugiego człowieka? Czy takie dziecko nie zasługuje na miłość? Ale czy możemy ochronić je przed nienawiścią reszty świata? Czy sami tak naprawdę W ŚRODKU jesteśmy szczęśliwi? Ośnieżyłam się pytaniami.

Mądra to książka i ważna, ale chyba nie dla mnie. Za dużo tu genetyki i cynizmu, za dużo czarnych myśli. A może po prostu nie powinnam była po nią sięgać w okresie choinkowo-gwiazdkowym. Ale polecam. Myślę, że warto ją znać.

Podobna refleksja.

Moja ocena: 4/6

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Dlaczego nie znalazłam w sobie współczucia?


Jodi Picoult, Dziewiętnaście minut
Picoult J., „Nineteen Minutes”, Hodder, London 2008
s: 579

Jodi Picoult to amerykańska pisarka, która jakiś czas temu stała się niebywale sławna. Postanowiłam sprawdzić, na czym polega jej fenomen i czy przekonam się do niej równie szybko jak miliony innych czytelników. Jej sława na szczęście zdążyła już trochę spowszednieć, mogłam więc na jej powieść spojrzeć z bezpiecznego dystansu.

Tytułowe Dziewiętnaście minut to czas, który wystarczył sfrustrowanemu siedemnastolatkowi na przeprowadzenie krwawej zemsty na swoich rówieśnikach. Tyle minut zajmuje zazwyczaj skoszenie trawnika, pofarbowanie włosów czy obejrzenie serialu (bez reklam). Peterowi Houghtonowi tyle czasu wystarczyło na przeprowadzenie masakry w swoim liceum. Nie bójcie się, nie zdradziłam wcale zakończenia powieści; taki jest jej początek! Powieść kończy się procesem, ale to również nie jest najważniejsza informacja. Najistotniejsze jest to, co zawiera się pomiędzy początkiem i zakończeniem, czyli próba znalezienia odpowiedzi na jedno, pulsujące boleśnie pytanie: DLACZEGO? Co doprowadziło chłopca do takiej ostateczności? Dlaczego w amerykańskich szkołach coraz częściej zdarzają się takie dramaty? Kogo należy obarczyć winą?

Picoult bawi się czasem, cofa się, wtrąca do powieści retrospekcje. Dzięki temu akcja zwalnia, a my mamy chwilę na zastanowienie się: kto jest winny i gdzie znajduje się źródło tej destrukcyjnej agresji? Przekonujemy się, że Peter już swojego pierwszego dnia w przedszkolu został upokorzony i wyśmiany, a później było już tylko gorzej. Nie miał przyjaciół, był ofiarą i chętnie przystał na taką rolę. Właśnie dlatego nie znalazłam dla niego współczucia. Osoby, które przez tyle lat godzą się na poniżenie i nie wykonują najmniejszego gestu, by się temu przeciwstawić, nie zasługują na litość. Są niebezpieczne. To tykające bomby zegarowe, które wcześniej czy później zniszczą wszystko dookoła. Łącznie z sobą.

Osobą, która wzbudziła największe moje współczucie była Josie, przyjaciółka Petera z lat szczenięcych, która wyparła się go przy pierwszej lepszej okazji. Wmieszała się poza tym w toksyczny związek z chłopakiem, który pozbawiał jej osobowości i resztek wolnej woli. Chciała być popularna, czyli znajdować się w kręgu osób skupionych wyłącznie na sobie i silnych na tyle, by przekonać wszystkich o swojej nadrzędności. Z ulgą schowała się w ich cieniu. Na własne życzenie zrzekła się indywidualności. Przyznam szczerze, że temat „popularności w szkole” jest mi zupełnie obcy. Może dziesięć lat temu szkoły wyglądały inaczej, może nie zwracałam na to uwagi. Jedno wiem: poczucie wyjątkowości zawsze było dla mnie ważniejsze niż przynależność do grupy. Może jednak po prostu nigdy nie byłam NAPRAWDĘ samotna…

Styl Picoult mnie nie zachwycił. Książkę czyta się niezwykle szybko, momentami nie mogłam się od niej oderwać, ale bardziej przypomina mi ona czytadło niż pełnowartościową powieść. Przeczytałam i pomyślałam: straszne, ale z takim przechlapanym dzieciństwem nie można było się spodziewać niczego innego. Nie poczułam żadnego współczucia dla ofiar masakry, dla Petera, dla rodziców… I to nie dlatego, że jestem upośledzona emocjonalne. Picoult stworzyła szablonowe, papierowe postacie, które nie potrafiły zagrać na moich uczuciach. Może jestem wyjątkiem, nie wiem. Jednak w najbliższym czasie nie zamierzam sięgać po jej kolejną powieść.

Moja ocena: 4/6

czwartek, 16 grudnia 2010

Przedwigilijnie


24 grudnia 1978
Charles Bukowski


sączę w kuchni
to piwo
słuchając
klasycznej stacji
radiowej
i myślę o
goleniu
i czyszczeniu paznokci.
nadają muzykę
świąteczną.
wolę słuchać muzyki
bożonarodzeniowej w lipcu
kiedy jakaś kobieta
grozi mi
śmiercią.
wtedy jest mi
potrzebna -
wtedy naprawdę
potrzebuję
binga crosby’ego i
elfów i
rączych
reniferów.
tymczasem siedzę tu
o właściwej porze
i słucham tych
ckliwych kawałków -
takie to cukierkowe -
wolałbym zagrać w
ping-ponga ze
zmartwychwstałym
duchem hitlera.
wesołe samochody niedzielnych
pijaków najeżdżają na siebie
za oknem karetki śpiewają
sobie piosenki.


Tłum. Andrzej Szuba


Boże Narodzenie to piękny czas. Ludzie spotykają się przy świątecznie udekorowanych stołach – odświętnie ubrani, pachnący, życzliwi. Wypełnia ich potrzeba czynienia dobra i bycia z kimś – blisko, czule, na zawsze. Kiedyś na Święta czekałam niecierpliwie, z rozmarzeniem na skroniach. Sklejałam papierowe łańcuchy, robiłam prezenty z pudełek od zapałek, siedziałam godzinami pod choinką i podziwiałam swój wielki nos w bombce. Do dziś noszę w sobie wspomnienie wigilijnego poranka, gdy na dworze było jeszcze ciemno, na podłodze leżał odświętny chodnik (pamiętacie jeszcze to słowo?), a mama krzątała się w kuchni. Czułam się taka bezpieczna i szczęśliwa, chociaż wtedy nie potrafiłam jeszcze nazwać tych uczuć. Nastrój, którego nie można porównać z żadnym innym. I co z tego, że prezenty przynosiły zwykle głęboko ukrywany smak rozczarowania, co z tego, że mój starszy brat nie chciał się bawić samochodem skleconym z pudełek od zapałek. Chwila, choć krótka, była magiczna…

Szukam tej magii dziś i coraz łatwiej się poddaję. Święta Bożego Narodzenia to coraz częściej po prostu czas wolny od pracy. Ludzie mają dość przedzierania się przez zaspy śnieżne, przemarzniętych autobusów i spóźnionych pociągów. Chcą sobie pojeść, posiedzieć przed telewizorem i mieć wszystko w d… Wmawia się nam, że to jest idealny czas na zakupy, ogłupia się ciągle tymi samymi piosenkami, każe wysyłać kartki z życzeniami.

Tak, tylko dlaczego sama tak bardzo to lubię? Naprawdę nie wiem.

Co roku wydaje mi się tylko, że Święta przychodzą szybciej. I są takie same, jednakowe. Mam nadzieję, że te za rok będą zupełne inne.

Wiersz Bukowskiego jest o innej Wigilii. Pozostawiam go bezinterpretacyjnie, do wchłonięcia takim, jaki jest.

niedziela, 12 grudnia 2010

Rzeczywistość w odcieniu sepii

W zwierciadle złotego oka
(oryg. Reflections in a Golden Eye), 1967
reż. John Huston

Jak to dobrze czasem zagubić się w czasie i zawisnąć w próżni nicnierobienia. Można wtedy przeskakiwać bezmyślnie z kanału na kanał, rozgrzać do czerwoności guzik pilota, zupełnie przypadkiem natrafić na całkiem interesujący film i ocalić go od zapomnienia. Stare kino kojarzy mi się z niedzielami – spokojnymi, leniwymi i otulającymi beztroską. Około południa udawało mi się zazwyczaj uruchomić mój wehikuł czasu ze szklanym ekranem i poznać się bliżej to z Audrey Hepburn, to z Fredem Astairem, to znów z Elizabeth Taylor. Kino sprzed wielu lat pozwalało mi odpocząć od zgiełku współczesności.

Film, który obejrzałam niedawno, nie pozwolił mi się jednak oderwać od trosk dzisiejszego świata. Co więcej, przypomniał mi, jak trudno zaznać szczęścia dłużej niż na parę ulotnych chwil. Często zadowalamy się jedynie substytutem szczęścia, zamykając się w klatce własnej niepewności i zwątpienia. Dopiero, gdy na horyzoncie pojawia się pokusa innego życia, stajemy przed wyborem: zaryzykować to „szczęście”, które mamy czy pozostać bezpiecznym w swojej ciasnej skorupce. Nigdy nie chciałabym stanąć przed takim wyborem i obym nie musiała. Tylko czy możemy być pewni, że żyjemy naprawdę? Może gdzieś tam jest inaczej, lepiej, może moglibyśmy być kimś innym, kochać bardziej, mocniej. Może…

Lata sześćdziesiąte minionego wieku to czas komedii, musicali i westernów. Film Johna Hustona wyróżnia się na ich tle. Budzi niepokój. Porusza sprawy, na które społeczeństwo amerykańskie w tamtych czasach nie było gotowe. Akcja filmu toczy się w miasteczku wojskowym, w którym mieszkają major Pendelton (Marlon Brado) i jego żona Leonora (Liz Taylor). Na pierwszy rzut oka widać, że różni ich wszystko. Pendelton to człowiek zimny, sztywny, pozbawiony uczuć, jego żona z kolei to emanująca erotyzmem, dynamiczna i niepoprawna trzpiotka. Jako że mąż nią gardzi (niesamowita scena), wulkan jej namiętności wybucha gdzie indziej – w gąszczu leśnych jeżyn z zaprzyjaźnionym pułkownikiem. Zaskoczyło mnie, że wcale nie wszystko okazało się białe i czarne. Pendelton nie był zimnym draniem. Po prostu to NIE żona doprowadzała go do wrzenia. Pendelton żył właśnie w tej swojej skorupie, o której pisałam wyżej. Nie wiedział, że może być inaczej, dopóki nie spotkał na swojej drodze szeregowego Williamsa. Czy wtedy zrozumiał, że może być inaczej?

Straszny to film, w którym ludzie niszczą się nawzajem.
Strasznie żyć obok siebie, nienawidząc się tak bardzo. Strasznie dać się uśpić nieszczęściu.

Film jest naprawdę niezwykły, szczególnie jeśli pozwolimy sobie na chwilę refleksji. Brando uważałam zazwyczaj za sztywniaka, którego rolę są raczej łatwo przewidywalne. Ta rola udowadnia jego talent. Chociaż mało mówi, gra całym sobą: sceny, gdy podziwia siebie w lustrze, gdy kremuje twarz, gdy płacze w lesie, gdy wodzi wzrokiem za nagim mężczyzną… W filmie odnajdziemy też sporo symboli, które można doprawić swoimi znaczeniami lub wspomóc się Freudem: Leonora dosiadająca białego ogiera ze szpicrutą w ręku, nagi mężczyzna jeżdżący na koniu, cyklopie oko pawia z obrazu, burza, odcień sepii. Poza tym, finałowa scena jest jak grom z jasnego nieba.

Dodam tylko, że tuż po filmie moje odczucia nie były tak klarowne. Recenzja musiała we mmnie dojrzeć.

Ktoś oglądał?

Moja ocena: 4,5/6

środa, 8 grudnia 2010

"American dream" w wersji dla ubogich (duchem)


Francis Scott Fitzgerald, Wielki Gatsby
Fitzgerald S.F., „Wielki Gatsby”, Książka i Wiedza, Warszawa 1985
tłum. Ariadna Demkowska-Bohdziewicz
s: 238

Tytułowy Jay Gatsby to dorobkiewicz, który całe swoje życie podporządkował jednemu pragnieniu – zdobyciu kobiety o jakże słodkim imieniu, Daisy. Sukces miały mu zagwarantować pieniądze zdobyte niekoniecznie ciężką pracą. Gdy Gatsby wzniósł się już na pożądane przez siebie wyżyny społeczne, ukochana znalazła się niemal w zasięgu ręki. Należało ją tylko zwabić w swoje sidła i ziścić od lat pielęgnowane marzenie.

Jak wiele wspólnego ma marzenie ze złudzeniem? F. Scott Fitzgerald udowadnia nam, że sporo. Marzenia posiadają swoją wartość tylko wtedy, gdy są poza naszym zasięgiem. Autor nie jest również zbytnio odkrywczy w kwestii pieniędzy, które okazują się siłą potężną i zgubną. Możemy mu jednak wybaczyć ten brak oryginalności, pamiętając, że powieść powstała w 1925 r. Możliwe, że Amerykanie dopiero uczyli się rozpoznawać diabła, chociaż, obserwując dzisiejszą rzeczywistość, nie do końca jestem o tym przekonana. F. Scott Fitzgerald serwuje nam całą garść stereotypowych zachowań i sprawdzonych chwytów literackich: bohater romantyczny, nieszczęśliwa miłość, destrukcyjna siła pieniądza, zdrada, przyjaźń. A wszystko to okraszone jest stylem wątpliwej urody: słowa nabrzmiałe patosem, postacie ledwie zarysowane… Tak bardzo lubię starannie skrojonych literacko bohaterów, że wszyscy pozostali – z lichymi portretami psychologicznymi – nie mają szans na wzbudzenie we mnie sympatii. Tak więc Jay Gatsby okazał się dla mnie zupełnie przezroczysty. Mimo usilnych starań nie poczułam jego bólu. Bez wahania wybieram Martina Edena, który, podobnie jak Gatsby, próbował „dorosnąć do pięt” pustej lalce nie zasługującej nawet na połowę względów, którymi została obdarzona.

Ale nie zamierzam tylko narzekać. Zdecydowaną zaletą książki jest atmosfera lat 20-tych minionego wieku, którą otuliłam się jak kocem podczas dwóch mroźnych wieczorów: Stany Zjednoczone, przedmieścia Nowego Jorku, ekskluzywne samochody, ogromne rezydencje, przyjęcia do rana, alkohol lejący się strumieniami mimo prohibicji, jazz i rozluźnienie obyczajów. Tak… Zawibrował jazz w moich uszach i spłynął na mnie skwar upalnego lata.

Intrygujący jest również tytuł: WIELKI Gatsby. Okazuje się, że cała „wielkość” Gatsby’ego runęła jak zamek z piasku w jednej chwili. To ironia losu i przestroga zarazem: musimy uważać, na czym budujemy swoją wielkość, by na koniec nie wyjść tylko na biednego sukinsyna [s.230]. Mimo milionów na koncie.

I to chyba na tyle. Nie dałam się przekonać.


Moja ocena: 3/6

sobota, 4 grudnia 2010

O wolności słów kilka


Ludmiła Ulicka, Przypadek doktora Kukockiego
Улицкая Л., „Казус Кукоцкого”, Эксмо, Москва 2005
s: 462

Но разве не здесь пролегает существенная граница между человеком и животным, возможность и право выхода за пределы биологического закона - производить потомство не по воле природных ритмов, а по своему собственному желанию? Не здесь ли реализуется человеческий выбор, право на свободу, в конце концов? [с.170]*

Wolność ma różne oblicza. Dla jednych jest najważniejszym atrybutem człowieczeństwa, dla innych – wyłącznie wyświechtanym słowem. Nurzając się w wolności na co dzień, nie zastanawiamy się, jak bardzo odczulibyśmy jej brak. Odpowiedź na pytanie: „czy w dzisiejszym świecie tak naprawdę jesteśmy wolni?” zostawiam każdemu do indywidualnego rozważenia. Czy mamy wybór? Czy jutro, jeśli tylko zechcemy, możemy być zupełnie innymi ludźmi? Czy W OGÓLE istnieje wolność nieograniczona żadną barykadą zakazów? Ulicka zmusiła mnie do zastanowienia się nad tymi kwestiami.

Paweł Aleksiejewicz Kukocki, ginekolog-położnik, jest wielkim obrońcą prawa kobiet do aborcji. W czasie, w którym osadzona jest powieść (lata 50- i 60-te XX w.), aborcja była surowo zakazana. Państwo nie mogło zgodzić się na nieopatrzne zabijanie przyszłych radzieckich żołnierzy, na których barkach miała spocząć przyszłość kraju. Zakaz ten oczywiście nie mógł powstrzymać niechcianych ciąż i aborcji dokonywanych w podziemiu i w nieludzkich warunkach. Opis praktyk aborcyjnych jest zatrważający (np. wciskanie do szyjki macicy cebuli, która poprzez swój rozrost zabijała płód). Rezultatem nielegalnych aborcji często była śmierć kobiet, ale one najwidoczniej przedstawiały mniejszą wartość dla Związku Radzieckiego. Powieść Ulickiej daleka jest jednak od pochwały aborcji. Pisarka nie ujawnia swojego stanowiska. Nie daje odpowiedzi, ale wskazuje na wątpliwy moralnie problem.

Jej powieść to również niezwykle wciągająca saga rodzinna. Rodzina Kukockiego nie jest jednak zwykłą rodziną. Niemal żadnego z jej członków nie łączą więzy krwi, ale okazuje się, że to wcale nie one są gwarancją miłości i bliskości. Głową rodziny i jedynym męskim pierwiastkiem jest Paweł Aleksiejewicz, który ożenił się z jedną ze swoich pacjentek, Heleną. Kukocki w ostatniej chwili wyrwał ją śmierci, jednak nie obyło się bez ofiary – Helena oddała śmierci jeden z najważniejszych kobiecych organów, macicę. Bezwarunkowa miłość męża skutecznie wypełniała tę lukę w jej ciele aż do momentu, kiedy podczas kłótni wykrzyczał jej, że nie ma prawa nazywać siebie prawdziwą kobietą, bo jej „kobiecość” została na stole operacyjnym. To był koniec sielanki. Małżonkowie zaczęli oddalać się od siebie – nie tylko przeprowadzili się do osobnych pokoi, ale każde z nich do swojego świata: Helena do świata swoich urojeń, Kukocki – w odurzenie alkoholowe. Po latach, gdy już dawno przebaczyli, nie potrafili sobie o tym powiedzieć. Było ZA późno. Przerażające, jak łatwo dwoje kochających się ludzi może zniweczyć swoje życie i wybrać czekanie w pustce zamiast wyciągnąć rękę…

Kolejną ważną kobietą w życiu Kukockiego była Tania, córka Heleny z poprzedniego małżeństwa. Gdy pojawiła się w życiu słynnego ginekologa, miała zaledwie dwa lata, więc więź, która narodziła się między nimi, była silna i naturalna. Tania była zdolnym i ambitnym dzieckiem i Kukocki pokładał w niej ogromne nadzieje – liczył, że pójdzie w jego ślady. I nieomal tak się stało. Zaważył jeden dzień, kiedy to w laboratorium, gdzie prowadzono badania na płodach, Tania stanęła twarzą w twarz z problemem życia i śmierci. Przeraziła się swoją obojętnością. Nie wahając się ani chwili, rzuciła studia, pracę i rodzinę. Upadła na dno życia, bo chciała znaleźć prawdę. Życie okazało się dla niej najwyższą wartością, ale ona doprawiła je swoją przewrotną moralnością. Moim zdaniem, Tania to jedna z ciekawszych postaci powieści, a jej historia należy do najtragiczniejszych. Od samego początku czułam, że jej życie to powolne spadanie... Ale ona odnalazła swoją wolność, żyła pełnią i do ostatniej chwili była szczęśliwa, więc może ona nie uznałaby tego za upadek… Dochodzę do wniosku, że NASZA wolność uszczęśliwia tylko nas, ale krzywdzi wszystkich pozostałych…

W rodzinnym domu Kukockich mieszkały jeszcze: Toma – adoptowana dziewczynka, rówieśniczka Tani, cicha, przekonana, że złapała pana Boga za nogi, niezwykle konsekwentna w swoich dążeniach, utożsamiająca wolność ze swoją pasją (uprawa roślin doniczkowych) i Wasilisa – pomoc domowa, prosta kobiecina, która swoją mądrość życiową czerpała z głębokiej wiary w Boga, uważała, że wszystko, co dzieje się w życiu, jest wolą Bożą, nieprzejednana w swoim sprzeciwie wobec aborcji.

Ta dziwna rodzina próbuje egzystować na jednej płaszczyźnie. Niestety jesteśmy cichymi obserwatorami jej powolnej korozji. Brak zrozumienia, który wypływa z różnych interpretacji wolności, jest jednym z powodów jej rozpadu. Kolejną z przyczyn jest samotność, która tak często i niespodziewanie zalęga się wśród bliskich sobie ludzi. Jak często przychodzi nam żałować, że nie zdążyliśmy kogoś zapewnić o swojej miłości? Śmierć jest bezlitosna, ale to również kolejny nieodłączny atrybut ludzkiej egzystencji. Kukocki uratował od śmierci wiele kobiet, nie mógł pomóc tylko tym najważniejszym…

Dużo, dużo więcej odkrywa przed nami Ludmiła Ulicka, tchu mi jednak nie starcza, by podzielić się tym wszystkim. Dla mnie jest to powieść o wolności, życiu i śmierci świetnie osadzona w realiach epoki. Jesteśmy świadkami m.in. śmierci Stalina – najpierw nierzetelnych i zafałszowanych informacji udzielnych przez prasę, później pogrzebu wodza. Wszystko to okraszone jest dyskretnym humorem, trafnymi obserwacjami i przede wszystkim niebanalnym stylem. Ulicka nie moralizuje, daje nam wolność – opinii, odczuć i indywidualnej oceny bohaterów. Powieść oczywiście polecam całym swoim jestestwem. Ostrzegam jednak, że w pewnym sensie jest to typowa powieść rosyjska tzn. ciężka, miejscami przytłaczająca, a po przeczytaniu nawisająca nad biednym czytelnikiem jak gradowa chmura. I chociaż zabrzmiało to może niepochlebnie, ja sama nie mogłam się od niej oderwać. Ciągle o niej myślę. To nieunikniony skutek uboczny dobrej lektury.

PS. W 2001 r. Ludmiła Ulicka za powieść Przypadek doktora Kukockiego otrzymała nagrodę Bookera.


Moja ocena: 6/6

____________________________________________________________
* Bo czyż nie tu przebiega najważniejsza granica między człowiekiem i zwierzęciem – możliwość i prawo wykroczenia poza prawa biologii i wydawanie na świat potomstwa nie zgodnie z rytmem narzuconym przez naturę, ale z własnej woli? Czyż nie w tym przejawia się możliwość wyboru człowieka i jego prawo do wolności? [by Inez]