piątek, 18 maja 2012

O kobietach i duchach (przeszłości)


Volver, 2006
(oryg. Volver)
reż. Pedro Almodovar

Gdy kiedykolwiek przyjdzie mi zwątpić w siebie, obejrzę też film jeszcze raz. Almodovar wlał we mnie tyle nadziei, że zakrztusiłam się i słowa uwięzły mi w gardle. Do sklecenia tych kilku zdań zbieram się już niemal od miesiąca, bo niby jak napisać, że kocham być kobietą i nie zabrzemieć przy tym banalnie? Dzięki Almodovarowi uwierzyłam, że przeszkody wyrastają na mojej drodze tylko po to, by uczynić mnie jeszcze silniejszą. Kobieta to wulkan mocy, który może zdrzemnąć się na chwilę, może przycichnąć i przyczaić się, ale nie zasypia na zawsze. Budzi się w najmniej oczekiwanym momencie i wtedy strzeżcie się jego gniewu! Kobiety są silne, piękne i wiedzą, co jest w życiu najważniejsze. 

Rajmunda (Penelope Cruz) nie ma lekkiego życia: praca na kilku etatach, leniwy mąż, dorastająca córka, usilne wiązanie końca z końcem. W niedoli towarzyszy jej siostra, Sole, która prowadzi nielegalny zakład fryzjerski, Agustina, która nie może pogodzić się z tym, że matka ją zostawiła i… barwna garderoba. Sytuacja bynajmniej nie upraszcza się, gdy pewnego dnia po powrocie z pracy Rajmunda dowiaduje się, że jej córka zabiła ojca po tym, jak próbował się do niej dobrać. Chce chronić córkę, więc chowa ciało i rozpowiada wszem i wobec, że mąż wyjechał. W międzyczasie Sole jedzie do rodzinnej wioski na pogrzeb jedynej krewnej i wraca z… duchem matki w bagażniku samochodu. Tu sprawy osiągają apogeum zagmatwania, a ich rozsupłanie prowadzi do nader ciekawych odkryć. 

Volver to miszmasz gatunków – czarna komedia, kryminał, dramat psychologiczny i film obyczajowy pod jednym szyldem. Ten synkretyzm to jak szczypta magii dodana do fabuły, a dzięki tej szczypcie zapominamy, że właściwie to należałoby od czasu do czasu popukać się w czoło. Almodovar próbuje nam uzmysłowić, że najważniejsi są ludzie: rodzina i przyjaciele, a nasze życie bez nich byłoby puste, nieznośne, a przede wszystkim o wiele trudniejsze. Niemądrze jest również wypierać się przeszłości, gdyż to ona nas ukształtowała, a odcięcie się od niej spowoduje utratę cząstki własnego ja. I temat przewodni – kobiety. Piękne bez względu na wiek i… urodę. Nie będę ukrywała, że to głównie Penelope Cruz, która cała aż pęcznieje fizycznym pięknem dojrzałego owocu, skradła moje serce. Jednak nie tylko ona. Wszystkie kobiety w filmie są na swój sposób piękne. Bo piękno to siła, miłość, wytrwałość, wola walki i odwaga, by zmienić coś, co dobre nie jest. Uwielbiam moment, gdy Rajmunda decyduje się na przygotowanie obiadu dla ekipy filmowców i z werwą zabiera się do pracy, chociaż na początku wszystko wskazuje na to, że nie podoła wyzwaniu. Pożycza, wymienia, targuje się, zatrudnia pomoc. Ja już dawno siedziałabym ze złożonymi rękoma i biadoliła, że nie dam rady, a jej nawet mała chmurka zwątpienia nie przesłoniła czoła. A gdy w końcu staje za kuchnią, robi to w największym stylu – z gracją, wzruszeniem, w mocnym makijażu i barwna niczym motyl. Kolorowe sweterki, wąskie spódniczki i kwieciste sukienki Rajmundy to kwintesencja kobiecości. Niestety, sprawdzająca się tylko w filmach Almodovara. Albo w Hiszpanii. Albo w przypadku kobiet do bólu świadomych swego piękna...

Ten film to dla mnie wielowymiarowa inspiracja. 

Moja ocena: 5,5/6