poniedziałek, 24 września 2012

Tak umiera legenda



Carlos Ruiz Zafón, Więzień nieba
Zafón C.R., „Więzień nieba”, Muza SA, Warszawa 2012
s: 411
tłum. Katarzyna Okrasko i Carlos Marrodan Casas

Wygórowane oczekiwania są jak trucizna – i dla pisarza, i dla czytelnika. Smak rozczarowania równie boleśnie godzi w obu. Jeszcze niedawno szukałam miejsca dla Carlosa Ruiza Zafóna wśród panteonu wielkich pisarzy, dziś wydaje mi się kolejnym sztukmistrzem, któremu wyczerpały się pomysły. Dla mnie nie ma już powrotu do świata Zafóna. Kuglarstwo to nie magia.

środa, 19 września 2012

Sny zdemaskowane



Mirosław Winczewski, Wielki sennik współczesny

Winczewski M., „Wielki sennik współczesny”, Studio Astropsychologii, Białystok 2007
s: 422

Jestem człowiekiem małej wiary. Trudno mnie przekonać do istnienia zjawisk paranormalnych i nieufnym okiem spoglądam na ludzi deklarujących swoją więź z zaświatami. Życie oduczyło mnie również bezbrzeżnej wiary w ludzi i dziś zdecydowanie preferuję w tej materii zasadę ograniczonego zaufania. Ale jest coś, w co wierzę. Całą swoją dziecięcą wiarę kieruję ku umysłowi ludzkiemu. Zdumiewa mnie jego potężny mechanizm, kruchość konstrukcji i... omylność. Paradoksalnie wszystko, co niedoskonałe jest dla mnie przejawem doskonałości. Wierzę w to, że nasz umysł wysyła nam sygnały: jawne i łatwe do odczytania, które lokuje w naszej świadomości oraz te utajone i zaszyfrowane, które przejmuje nasza podświadomość. Sny są komunikatem, który podświadomość próbuje przekazać naszej ospałej świadomości. I tylko od nas zależy, czy i jak ten komunikat odczytamy.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Chropowata proza dla mężczyzn


Marek Krajewski, Śmierć w Breslau
Krajewski M., „Śmierć w Breslau”, Znak, Kraków 2010
s: 251

Debiutancki kryminał Marka Krajewskiego przywiozłam przed rokiem z Wrocławia. Wydawał się godną pamiątką. Nie wiedziałam, że to piękne miasto ukaże mi się na nowo jako mroczna mekka prostytutek, pijaków, skorumpowanych policjantów i innych mętów. Taki obraz międzywojennego Wrocławia spadł na mnie po przeczytaniu zaledwie kilku stron. I nic nie zwiastowało zmiany na lepsze.

piątek, 10 sierpnia 2012

Historia pewnego trójkąta


Vladimir Nabokov, Król, dama, walet
Набоков В., „Собрание сочинений в четырех томах: Король, дама, валет”, Издательство «Правда», Москва 1990
s: 168

Interpretację utworów Nabokova zwykło uważać się za onieśmielające wyzwanie. Właściwy labirynt znaczeń autor umieszczał zwykle głębiej, pod wierzchnią warstwą fabuły, więc nielekko dostać się tam przypadkowemu czytelnikowi. Ale ja zaczynam skłaniać się ku innemu stwierdzeniu: interpretacja jego dzieł jest nadzwyczaj łatwa, bo… właściwie każda jest poprawna. Tylko od naszej wiedzy literackiej zależy, jak głęboko zapuścimy się w ten labirynt i czy zrozumienie zakończymy na fabule, czy może uda nam się zebrać po drodze wszystkie aluzje, szarady i inne smaczki językowe.

wtorek, 31 lipca 2012

Sącząc mate w Paryżu

Julio Cortazar, Gra w klasy
Cortazar J., „Gra w klasy”, Kolekcja Gazety Wyborczej, Warszawa
s: 543
tłum. Zofia Chądzyńska

Dawno, dawno temu, gdy czytałam Grę w klasy po raz pierwszy, zazdrościłam Horaciowi i Madze ich miłości: zachłannej, destrukcyjnej, spopielającej umysł i ciało, cielesnej aż do krwi. Zakotwiczona gdzieś między naiwnie pojmowanym romantyzmem a nihilizmem, wyobrażałam sobie, że dobrze jest umrzeć z miłości toksycznej, bo nie liczy się trwanie, a chwila ekstremalnej i ogłupiającej namiętności skutkującej choćby samospaleniem. Imponowały mi obskurne hotele, spontaniczna ochota, by posiąść się całkowicie tu i teraz, czarna bielizna i nonszalancja uczuć. Kusił oniryczny Paryż lat pięćdziesiątych, poplątane uliczki, malutkie kawiarenki i kameralne sale koncertowe oraz ich bywalcy – wolne dusze do reszty oddane literaturze i filozofii, zawieszone gdzieś na granicy dwóch światów, taplające się w strzępach rzeczywistości, przelewające hektolitry wódki (i mate), wypalające tonę papierosów, żywiące się dysputami o wszystkim i o niczym. Do pierwszej krwi, do znudzenia, do rozmodlenia.

Co mi dziś zostało z ówczesnego zachwytu? Wspomnienie. Dziś wierzę w trwanie, które niestety przeczy spontaniczności. Zbudować coś z niczego jest najtrudniej, a jeszcze trudniej utrzymać taką chybotliwą konstrukcję w pionie. Horacio z Magą wyznawali sadystyczno-masochistyczną miłość, pozwalali sobie na niebezpieczną wolność, żonglowali emocjami, wystawiali się na próbę, wciąż przesuwali granicę swojej wytrzymałości. Zostawiali na swoich duszach trwałe rysy i jątrzące rany. Czy warto codziennie umierać w imię kilku chwil spazmatycznej namiętności? Nie sądzę.

To jednak nie sprawia, że kocham Grę w klasy mniej. To ona zapoczątkowała moją wielką miłość do literatury. Wtedy czytałam ją po kolei, teraz – zgodnie z kluczem, skacząc po rozdziałach jak po narysowanej kredą na chodniku tytułowej grze. Cortazar nabałaganił mi w głowie, pomieszał zmysły i związał język. W jednej książce zawarł jedną historię i milion historii, ale nie zawarł w niej najmniejszej podpowiedzi, jak interpretować jego świat. Powieść można czytać od przodu, od środka, od tyłu, a za każdym razem samoistnie pisze się inna opowieść, powstaje inny obraz. Jak w kostce Rubika czy kalejdoskopie.

Powieść Cortazara na chwilę zaspokoiła mój głód literatury idealnej będącej niekończącym się wyzwaniem dla czytelnika: lekko ironicznej, onieśmielającej, bawiącej się słowem i formą, pozostawiającej mnóstwo nieodkrytej przestrzeni na kolejne razy. Gra w klasy to definicja literatury. A mój ulubiony fragment znajdziecie tu.

piątek, 20 lipca 2012

Potwór


Jeffrey Eugenides, Middlesex
Eugenides J. „Middlesex”, Sonia Draga, Katowice 2008
s: 605
tłum. Witold Kurylak

Calliope, która imię otrzymała na cześć greckiej muzy poezji epicznej urodziła się dziewczynką. Była upragniona i wytęskniona przez swoich rodziców, bo miała wnieść delikatność i kruchość do rodziny przesyconej mężczyznami. Miała też być powierzycielką i pocieszycielką swojej matki, która nie miała kogo obciążyć swoimi smutkami. Zanim Calliope przyszła na świat, jej role w świecie zostały ściśle określone. Niestety, życie nie lubi toczyć się zgodnie z określonym scenariuszem. Wybrzydza. Szuka dziury w całym i patrzy, gdzie tu spłatać figla: zaciąga ludzi do łóżka w nieodpowiednim momencie, miesza chromosomy, do badań nad noworodkiem angażuje na wpół ślepego lekarza. Przez to inność umyka i nie zostaje zdemaskowana od razu.

wtorek, 10 lipca 2012

Opowieści podszyte samotnością


Truman Capote, Harfa traw, Drzewo nocy i inne opowiadania
Capote T., „The Grass Harp and A Tree of Night and other stories”, The New American Library, New York
s: 216

Dawno nie czytałam opowiadań, które jeszcze kilka dni po zamknięciu książki obijałyby się z takim impetem po mojej głowie. Zwykle wpadają mi jednym uchem, a wypadają drugim, nie zostawiając po sobie żadnych długotrwałych doznań. Teraz już wiem: do dziś czytałam prawdopodobnie tylko złe opowiadania. Capote szybko przekonał mnie do krótkiej formy, umiejętnie zamykając różnorodność w spójności.

piątek, 6 lipca 2012

I moja dusza się wygina...

Pyszne lato
Maria Pawlikowska Jasnorzewska

Pyszne lato, paw olbrzymi,
stojący za parku kratą,
roztoczywszy wachlarz ogona,
który się czernią i fioletem dymi,
spogląda wkoło oczyma płowymi,
wzruszając złotą i błękitną rzęsą.

czwartek, 28 czerwca 2012

Zali, jeno i snadź


Władysław St. Reymont, Wampir
Reymont W. St., „Wampir”, Książka i Wiedza, Warszawa 1986
s: 315

Powodowała mną zwykła ciekawość. Dotąd nie łączyłam Reymonta z powieścią grozy, a jak się okazało – zupełnie niesłusznie. Zresztą Wampir nie jest klasycznym reprezentantem gatunku. Można go potraktować dosłownie lub jako zobrazowanie niebezpiecznej iluzji. Interpretacja zależy od czytelnika i od jego wiary lub niewiary w świat zjawisk nadprzyrodzonych. Jednego możemy być pewni: powieść jest hołdem złożonym drugiej pasji (po pisaniu) Reymonta – spirytyzmowi.