piątek, 23 listopada 2012

Zła się nie wyrzekniemy



Mary Reilly, 1996
(oryg. Mary Reilly)
reż. Stephen Frears

Nęka mnie ostatnio myśl, że zło przemawia przez nas niezależnie od naszych intencji. Możemy jak z klocków budować wieżę z dobrych uczynków, ale i tak ostatecznie wszystko runie. Zło jest nieodłącznym elementem człowieczeństwa i potrafi objawić się na różne sposoby. Zło jest, gdy ranimy – innych z premedytacją, ale również, siebie, obcych, nieświadomie… I to nie jest mniejsze zło. To tylko inne zło. To nie znaczy, że powinniśmy mu się poddać, ale musimy zaakceptować jego istnienie. I spróbować je uśpić jak najdłużej.

Mary Reilly to film, który przeraził mnie, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Zapamiętałam okrutny rytuał oprawiania przez służbę węgorzy, bladą twarz Julii Roberts z przerażonymi czarnymi oczkami i odciętą głowę Glenn Close. Po latach strach został zdegradowany do lekkiego niepokoju i stał się kropką nad "i" moich rozważań nad dwoistością ludzkiej natury.

Film przybliża nam historię Doktora Jekylla i Pana Hyde’a z perspektywy służącej Mary (adaptacja powieści Valerie Martin). Obok Julii Roberts, która zagrała raczej nietypową dla siebie rolę zahukanej służącej trawioną wewnętrznym ogniem pojawia się, w jak najbardziej godnej siebie roli, John Malkovich. Pod osłoną charakteryzacji wciela się w obu panów, jednego trzymając w ryzach konwenansów i ogólnej niemocy, drugiego hojnie obdarzając szaleństwem i zwierzęcym magnetyzmem.
Historia bardzo dosłownie traktuje o dwoistości ludzkiej natury, którą to Doktorowi Jekyllowi w rezultacie eksperymentu udało się fizycznie rozdzielić, czego miał szybko pożałować. Zła cząstka rosła w siłę, domagała się niezależności i swojego prawa do istnienia. Zło przejawiało się w mordowaniu, rozpuście i w zezrzwięceniu. Ale złem było również pożądanie (bo o miłości tu chyba mówić nie wolno) do służącej Mary, którego Doktor nie śmiał wywlec na światło dzienne. Dopiero Pan Hyde odważył się zerwać więzy konwenansów. Zło okazuje się być zatem występkiem przeciw społeczeństwu. Czyli gdybyśmy wcześniej nie wymyślili zasad i moralności, dziś wszyscy byśmy mordowali i żyli w poligamii, bo TAKA jest natura człowieka? Zło jest w zgodzie z naturą? Wolę w to nie wierzyć. Zło to mała cząstka, która potrafi szybko urosnąć w siłę, gdy trafi na podatny grunt. Może więc lepiej zdefiniować zło w odniesieniu do swojego mikrokosmosu, a złem jest każde zadawanie bólu osobie, którą kochamy. Może lepiej pojąć mniejsze rzeczy.

I nie jest to pesymistyczne przesłanie. Akceptacja istnienia zła jest lepsza niż przymykanie na nie oczu. Mój świat jest czarno-biały, nie uznaję półśrodków i to też jest złe, bo zło czasami chowa się pod szarościami i trwa tam niezauważone…

Tyle wspaniałych filmów ostatnio obejrzałam... Niestety przez nie zwątpiłam na trochę w człowieka i stąd te ponure przemyślenia. Poza tym książka, którą czytam również nie podnosi mnie na duchu. Boli każda linijka. Ale to wina listopada. Tak to już jest.


 Moja ocena: 5/6