piątek, 24 sierpnia 2012

Dziś stać mnie tylko na cudze słowa

Pytania zadawane sobie
Wisława Szymborska 

Co treścią jest uśmiechu 
i podania ręki? 
Czy nigdy w powitaniach 
nie jesteś daleka, 
tak jak bywa daleki 
człowiek od człowieka, 
gdy wyda sąd niechętny 
pierwszego wejrzenia? 
Czy każdą dolę ludzką 
otwierasz jak książkę, 
nie w czcionce, 
nie w jej kroju 
szukając wzruszenia? 
Czy na pewno, czy wszytko 
odczytujesz z ludzi? 
Wymijające słowo 
dałaś w odpowiedzi, 
pstry żart w miejsce szczerości - 
jak obliczysz straty? 
Nieziszczone przyjaźnie, 
lodowate światy. 
Czy wiesz, że przyjaźń trzeba 
współtworzyć jak miłość? 
Ktoś w tym surowym trudzie 
nie dotrzymał kroku. 
A czy w błędach przyjaciół 
twej winy nie było? 
Ktoś żalił się i radził. 
Ile łez obeschło, 
zanim przyszłaś na pomoc? 
Współodpowiedzialna 
za szczęście tysiącleci - 
czy nie lekceważysz 
pojedynczej minuty 
łzy i skurczu twarzy? 
Czy nigdy nie wymijasz 
cudzego wysiłku? 
Stała szklanka na stole 
i nikt jej nie spostrzegł, 
aż dopiero gdy spadła 
nieuważnym potrącona ruchem. 

Czy w ludziach wobec ludzi 
wszystko jest najprostsze?

Zdjęcie stąd

Dostałam od Męża pięknie wydany tomik (czy tom raczej) poezji Wisławy Szymborskiej. Wyboru utworów dokonała sama autorka. Cudo. Teraz dawkuję sobie tę poezję małymi łyczkami, by mi się nie przejadła, by mi sens nie uciekł i zaznaczam niemal każdym wierszem, jak zasuszonym liściem, kolejne stronice swojego dotychczasowego życia. Ot takim choćby jak ten, na dzisiaj...

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Chropowata proza dla mężczyzn


Marek Krajewski, Śmierć w Breslau
Krajewski M., „Śmierć w Breslau”, Znak, Kraków 2010
s: 251

Debiutancki kryminał Marka Krajewskiego przywiozłam przed rokiem z Wrocławia. Wydawał się godną pamiątką. Nie wiedziałam, że to piękne miasto ukaże mi się na nowo jako mroczna mekka prostytutek, pijaków, skorumpowanych policjantów i innych mętów. Taki obraz międzywojennego Wrocławia spadł na mnie po przeczytaniu zaledwie kilku stron. I nic nie zwiastowało zmiany na lepsze.

Eberhard Mock, funkcjonariusz wrocławskiego Prezydium Policji, który następnie awansuje na szefa Wydziału Kryminalnego, nie jest typowym policjantem. Nie ma w nim nic z bohaterskich i gotowych do poświęceń stróżów prawa promieniejących w amerykańskich filmach. Mock pęcznieje od wad: to bezwzględny gbur dążący po trupach do celu (którym bynajmniej nie jest prawda w śledztwie), szantażysta, kłamca, do tego brzydal i zboczeniec. Trudno go polubić, ale mnie ta jego niedoskonałość, chropowatość i prawdziwość bardzo przypadły do gustu. Mock nie jest papierowy, jest z krwi i kości. Pod maską Wrocławia Krajewski również resztę świata przedstawia bardzo naturalistycznie. Pokazuje świat takim, jaki jest, bez upiększeń: brudny, mroczny, skorumpowany, oscylujący wokół seksu, gdzie kobiety są jedynie obiektami pożądania wyzutymi z osobowości – męski świat.

We Wrocławiu ginie córka barona, członka loży masońskiej i jej guwernantka. Zabójstwo jest niezwykle brutalne i wygląda na mord rytualny. Mock z zapałaem podejmuje się śledztwa, ale gestapo i SS podcinają mu skrzydła. Chcą wykorzystań zabójstwo do celów propagandowych. Wynik śledztwa jest z góry przesądzony, a kariera Mocka wisi na włosku. Prawda schodzi na drugi plan. Po roku sprawa zostaje wznowiona pod naciskiem ojca zamordowanej. Do akcji wkracza policjant z Berlina, któremu również daleko do ideału…

Zwykle niewiele przemyśleń potrafię wycisnąć z kryminałów. Rzadko też potrafię się na nich skupić. Moje myśli uciekają bezwolnie do bardziej złożonych światów ludzkiej psychiki. Eberhard Mock był ciekawym obiektem badań i chętnie rozłożyłam jego osobowość na czynniki pierwsze, tak jak on tworzył portrety psychologiczne swoich szefów, współpracowników, podejrzanych… I na koniec tak naprawdę lepiej potrafiłabym opowiedzieć, jakim człowiekiem był Mock niż, o co chodziło w śledztwie.

Książka dla mężczyzn. Tak myślę. 

Moja ocena: 4,5/6

piątek, 10 sierpnia 2012

Historia pewnego trójkąta


Vladimir Nabokov, Król, dama, walet
Набоков В., „Собрание сочинений в четырех томах: Король, дама, валет”, Издательство «Правда», Москва 1990
s: 168

Interpretację utworów Nabokova zwykło uważać się za onieśmielające wyzwanie. Właściwy labirynt znaczeń autor umieszczał zwykle głębiej, pod wierzchnią warstwą fabuły, więc nielekko dostać się tam przypadkowemu czytelnikowi. Ale ja zaczynam skłaniać się ku innemu stwierdzeniu: interpretacja jego dzieł jest nadzwyczaj łatwa, bo… właściwie każda jest poprawna. Tylko od naszej wiedzy literackiej zależy, jak głęboko zapuścimy się w ten labirynt i czy zrozumienie zakończymy na fabule, czy może uda nam się zebrać po drodze wszystkie aluzje, szarady i inne smaczki językowe.

Król, dama, walet to druga, po Maszeńce, powieść Nabokova napisana w czasie pobytu pisarza w Niemczech, ale pierwsza, która przyniosła mu uznanie i większy dochód. Prawdopodobnie przyczyniło się do tego zastąpienie mdłej i wyidealizowanej miłości platonicznej zakazaną i rzeczywistą miłością cielesną. Franz (Walet) na prośbę matki rozpoczyna pracę w sklepie nieprzyzwoicie bogatego wuja, Dreyera (Król), który ma piękną, ale znudzoną małżeństwem żonę, Martę (Dama). Między Waletem a Damą nawiązuje się niebezpieczny romans, którego istotę stanowi seks, sprawowanie kontroli przez starszą Damę, uległość zakompleksionego Waleta oraz wspólna pogarda dla Króla żyjącego w wesołej i beztroskiej nieświadomości. Marta, niczym Pani Bovary, decyduje się na romans raczej z niskich pobudek. Nie kocha męża, nudzi się, a wszystkie jej przyjaciółki miały już przynajmniej po kilku kochanków na swoim koncie. Przyjazd Franza miał być świetną okazją, by nadać życiu trochę rumieńców. Niestety, ostatecznie sprowadził tylko gradowe chmury na błękitne niebo całej trójki, gdy Martę opętało pragnienie wymazania męża (ale nie jego majątku) raz na zawsze ze swojego życia.

Mroczna i niepokojąca to historia. Chłód i nienawiść Marty mrozi, a w zdumienie wprawia ślepota Dreyera, który jak gdyby nigdy nic cieszy się każdym przelotnym uśmiechem żony, wierzy w jej migreny i cichą wierność. Dalej gra sobie w niedzielnego tenisa i inwestuje w niepotrzebne wynalazki. Wydaje się poczciwy i niewinny, choć mimowolny sprzeciw budzi jego krótkowzroczność (a to Franz nosił okulary) i skoncentrowanie na sobie. Poczynania całego trójkąta to gra: blefowanie, chytre wybiegi i sztuczki, chociaż i tak wiadomo, że ostatecznie król bije damę, a dama bije waleta. Ale pamiętajmy, że nad wszystkimi kartami góruje jeszcze As. Kto nim jest? Beż wątpienia ważną postacią powieści jest niepozorny, szalony dziadunio, Enricht, który  uważa się za iluzjonistę. Franz wynajmował u niego pokój:
В коридоре он остановился, пораженный неприятной мыслью: нужно было проститься с хозяином. Он опустил на пол чемоданы и, торопясь, постучался. Никакого ответа. Он толкнул дверь и вошел. Посреди комнаты, к нему спиной, на обычном своем месте сидела старушка, лица которой он не видал никогда. "Я уезжаю, я хотел проститься",--сказал он, подойдя к креслу. Вдруг он замер и, как смерть, побледнел. Никакой старушки не было: просто-седой паричок, надетый на палку, вязаный платок. Он с дрожью сбил всю эту махину на пол. Запорхала серая пыль. Из-за ширмы вышел старичок-хозяин. Он был совершенно голый и держал в руке бумажный веер. "Вы уже не существуете",-- сказал он сухо и указал веером на дверь. [s. 254]*
Ostatnie zdanie wstrzymało mój oddech. Czy można kogoś unicestwić ot tak, po prostu? Jednym słowem? A może nikt tak naprawdę nie istniał. Może wszystko jest iluzją... Kto jest Asem? Staruszek? 
Chyba tylko sam Nabokov.

Moja ocena: 5/6
__________________________________________________________
* W korytarzu zatrzymał się, ogłuszony nieprzyjemną myślą: dobre maniery kazały mu pożegnać się z Enrichtem. Postawił walizki i pospiesznie zapukał do drzwi sypialni gospodarza. Żadnej odpowiedzi. Pchnął drzwi i wszedł do środka. Staruszka, której twarzy nigdy nie widział, siedziała plecami do niego na swoim zwykłym miejscu.
- Wyjeżdżam, chciałbym się pożegnać – powiedział podchodząc do fotela.
Nie było żadnej staruszki, tylko siwa peruka, nasadzona na kij, oraz zrobiony na drutach szal. Zrzucił całą tę zakurzoną machinę na podłogę. Zza parawanu wyszedł Enricht. Był całkiem nagi, w ręce trzymał papierowy wachlarz.
- Już pan nie istnieje, panie Franz Bubendorf – powiedział wskazując wachlarem na drzwi. [by L.Engelking]