środa, 29 lutego 2012

Bezsilność...


Neil Bartlett, Skin Lane
Bartlett N., „Skin Lane”, Serpent’s Tail, London 2008
s: 344

...to prawdopodobnie najgorszy stan, w jaki może zaplątać się człowiek. Pogranicze pożądania i desperacji. Niemożność ruchu, gdy tak bardzo chce się być gdzie indziej, być kimś innym. Może doprowadzić do agresji, depresji, cichego przyzwolenia. Ogłupia i zniewala. Bywa niebezpieczna. Czasami jest wyborem.

Pan F to czterdziestokilkuletni mieszkaniec Londynu, którego życie zamyka się w ciasnych ramach rutyny i samodyscypliny. Rytm jego życiu nadaje zegar: 6.20 pobudka, 7.05 wyjście z domu, 8.15 początek pracy, 17.49 pociąg powrotny do domu. Pan F porusza się jak wahadłowiec: praca-dom, dom-praca. Zamknięty w czterech ścianach swojego mieszkania również nie pozwala sobie na zaburzenie rytmu. Prawdopodobnie dzięki rutynie czuje się bezpieczny, bo przez jej szczelną powłokę nie docierają do niego żadne emocje. Do czasu. Pewnej nocy nawiedza go sen: widzi siebie, w mieszkaniu, gdy idzie do łazienki, by opłukać twarz, wtedy w lustrze spostrzega nagie ciało młodego mężczyzny, który skrępowany w kostkach zwisa z sufitu głową w dół. Nie może dostrzec twarzy młodzieńca, bo zasłaniają ją włosy. Pan F budzi się z krzykiem, a przynajmniej tak mu się wydaje. Od tej chwili sen nawiedza go regularnie, a życie Pana F nabiera kolorów. On sam nie rozumie, co się z nim dzieje. Nie wie, co czuje.
…no one had ever taught him how to feel. Indeed, the only real lesson his father had ever taught him was that feelings should never be spoken of. [s.46]*
Zaczyna przyglądać się twarzom młodych mężczyzn w metrze, śledzi jednego z nich, odwiedza galerię, by przypatrzyć się nagim ciałom na obrazach. Budzi się w nim niepokój, pożądanie, ciekawość, chęć, by dotknąć, odgarnąć włosy mężczyzny ze snu… Dopadają go uczucia, których nie potrafi nazwać, określić, sklasyfikować. Gdy pewnego dnia na jego drodze staje piękny, młody mężczyzna, Pan F jest niemal pewien, że to on nawiedza go we śnie. Odsłania się. Nie wróży to nic dobrego.

Skin Lane to książka niepodobna do żadnej innej. Mroczna, dziwna, przerażająca, wzruszająca. Opowiada o dojrzałym mężczyźnie, który nigdy nie kochał i nigdy nie był kochanym, i któremu o wiele za późno przychodzi się dowiedzieć, że jest homoseksualistą. Nie z tym jednak sobie nie radzi, nie radzi sobie z uczuciami w ogóle, nie potrafi zaakceptować siebie, swojego ciała, wie, że jest Bestią, która tylko podstępem może zwabić Piękną (tzn. Pięknego). Jest bezsilny na własne życzenie. Neil Bartlett wspaniale buduje atmosferę, bawi się narracją, oddziałuje na wszystkie zmysły. Zdarzało się, że żołądek podchodził mi do gardła, a włos na głowie się jeżył. W powieści nie ma scen erotycznych, a jednak cały czas wyczuwa się seksualne napięcie, które sprawia, że książkę czyta się z bijącym sercem i to niemal na jednym wdechu. To między innymi przez bohaterów drugiego planu: ciało dyndające w łazience, nagie postacie z obrazów w galerii, skóry zwierząt cięte sprawną ręką uzbrojoną w nóż (Pan F był kuśnierzem), tusze zwierząt wiszące na hakach na targu mięsnym. Wszystkie te cielesne, często obrzydliwe motywy są fragmentami jednej i tej samej układanki, którą próbuje poskładać Pan F. A my razem z nim.

Skin Lane to przejmująca historia i przy tym bardzo dobrze napisana. Dodatkowe owacje należą się za ducha Londynu lat sześćdziesiątych, który w roli tła powieści sprawdził się doskonale.

A współczuję tym, którzy nie czytają po angielsku. Książka niestety nie została wydana po polsku:(

Moja ocena: 5/6

___________________________________________________________
* Nikt nigdy nie nauczył go czuć. Właściwie jedyną rzeczą, której nauczył go ojciec było to, że o uczuciach nigdy nie powinno się rozmawiać [by Inez].

poniedziałek, 20 lutego 2012

Odgrzewane wzruszenia


Matka swojej matki, 1996
reż. Robert Gliński

Dawniej wydawało mi się, że jestem skazana na niezrozumienie. Byłam ja i reszta świata. Ja i moja rozedrgana wrażliwość. Nikt nie mógł dotrzeć do mojego środka i ukoić łkania. Wewnętrzna tęsknota nie wiadomo za czym zżerała moje trzewia. Dziś cieszę się, że nie jestem już nastolatką i trochę lepiej radzę sobie z niemocą. Nie wyolbrzymiam.
Okres mojego dojrzewania stał pod znakiem wiecznego konfliktu z matką. Ciskałam się jak zranione zwierzę, kąsałam i prychałam, nie dawałam się pogłaskać, choć tego pragnęłam najbardziej. Jakież to było męczące… Miałam milion pytań, potrzebowałam odpowiedzi. Chciałam wiedzieć, dlaczego relacja matka-córka jest tak ważna, a zarazem tak trudna. Odpowiedzi nie szukałam u źródła, ale przyswajałam cudze wizje, z których ostatecznie wyłoniła się moja prawda. Dziś jestem daleka od tych „traumatycznych” przeżyć i mądrzejsza o kilka doświadczeń. Czasami jednak wracam do swoich refleksji sprzed lat, które ze snu zimowego budzą takie filmy…

Kino polskie cieszy mnie swoją odmiennością, czasem niedopracowaniem. Słabe udźwiękowienie mogło irytować, ale ja czułam, że oglądam produkcję z rodzimego podwórka. Cieszyłam się jak dziecko. Do tego minimum kolorów, prosta fabuła. Dziewiętnastoletnia Alicja (Maria Seweryn), tuż przed maturą w szkole muzycznej, przypadkiem dowiaduje się, że została adoptowana. Jej przybrana matka, Barbara, (Joanna Żółkowska) zachowała tę informację dla siebie, budując wokół Alicji idylliczny świat dobrobytu, miłości i spełnianych marzeń. Dziewczyna postanawia dowiedzieć się, kim jest jej biologiczna matka. Odszukuje Ewę (Krystyna Janda), skłonną do depresji niedoszłą piosenkarkę o wątpliwej reputacji, która wydaje się nie mieć żadnego wspólnego mianownika ze swoją córką. Tu rozpoczyna się fascynacja Alicji matką, która stoczyła się na samo dno i wciąż spada niżej. Pomaga jej i szuka w niej siebie. Gotowa jest poświęcić swoją sielankę, miłość matki, która zawsze była obok, muzykę… W tym samym czasie Barbara odkrywa w swojej duszy ciemne zakamarki. Wyłaniają się z nich uczucia, o których dotąd nie miała pojęcia: zazdrość, nienawiść, bezsilność, chęć zemsty. Poukładana pani doktor nie potrafi wygrać z wariatką, która wciąż targa się na swoje życie. Trzy kobiety ścierają się, by odnaleźć swoje miejsce w tym dziwnym trójkącie. Muszą się porozumieć.

Prosty film i pięknie zagrany. Można zarzucić mu sztampowość, ale mnie zachwyciły portrety trzech kompletnie różnych kobiet. Barbara – cicha, zrównoważona, skutecznie tłumiąca gniew (do czasu), zawsze w swoich kwadratowych garsonkach; Alicja – grzeczna, zahukana, bez świadomości swojego „ja”, dopiero spotkanie z drugą matką budzi w niej nieznane emocje; Ewa – wolny duch, zagubiona, przegrana, niedojrzała emocjonalnie, wiecznie na granicy depresji i szaleństwa. Alicja okazuje się wypadkową dwóch kompletnie różnych kobiet. Każdej z nich zawdzięcza cząstkę swojej duszy. Przyjdzie jej nauczyć się żyć z obiema.

W tym filmie mężczyźni nie są istotni. Są bo są, ale relacje między kobietami są o wiele bardziej złożone, parzą i mrożą jednocześnie. Film stawia wiele pytań: czy jest odpowiedni moment, by powiedzieć dziecku, że urodziła je inna matka? Czy można wybaczyć matce, która kiedyś zostawiła? Czy matka, która urodziła jest lepsza od tej, która wychowuje? Mnie zastanawia, skąd w adoptowanych dzieciach bierze się ta potrzeba, by poznać rodziców, którzy kiedyś ich nie chcieli… Nigdy tego nie zrozumiem. I na szczęście nie muszę.

Zapomniane kino. Polecam!

Moja ocena: 5/6

środa, 15 lutego 2012

Ośnieżona wątpliwościami


Charlotte Link, Dom sióstr
Link Ch., „Dom sióstr”, Sonia Draga, Katowice 2011
tłum. Ryszard Wojnakowski
s: 635

Spieszyłam się, by przeczytać tę książkę przed wiosną. Wydawało mi się, że historię ze śnieżycą w tle najlepiej się czyta, gdy za oknem panoszy się zima. Teraz sobie myślę, że jest wręcz odwrotnie, taka książka na pewno świetnie orzeźwia w upalne dni. Niestety, przy okazji studzi również entuzjazm…

W przeddzień Bożego Narodzenia do posiadłości Westhill House położonej w malowniczym hrabstwie Yorkshire przyjeżdża Barbara i Ralph, których małżeństwo wisi na włosku. Wspólne święta mają być ostateczną próbą scalenia ich związku i wzniecenia na nowo płomienia, który stłumiły ambicje zawodowe obojga. Pomysł nader odważny, zważywszy że małżonkowie od wielu lat mijają się we własnym domu, nie rozmawiają o rzeczach istotnych, a dla wygody postanowili zamieszkać w oddzielnych sypialniach. I jakby zamknięcie na odludziu dwóch kompletnie obcych sobie osób nie było już wystarczającym kataklizmem, całą północną Anglię zasypuje śnieg, skazując naszych bohaterów na wzajemne towarzystwo bez światła, ciepła i jedzenia. Pozostaje ogrzać się sobą, ale… Barbara natyka się przypadkiem na zapiski sprzed ponad pół wieku należące do byłej właścicielki Westhill, Frances Gray. I w ten oto sposób Barbara spędza kolejne dnie, grzejąc się intymnymi wspomnieniami obcej kobiety zamiast ratować swoje małżeństwo, rąbać drewno razem z mężem czy w jakikolwiek inny sposób szukać wyjścia z dramatycznej sytuacji, w której się znalazła.

Życie Frances było niezwykle barwne, obfitowało w tragiczne wydarzenia większej (obie wojny światowe, prześladowania sufrażystek) i mniejszej rangi (brak akceptacji ojca, utrata ukochanego na rzecz siostry, pobyt w więzieniu, piętno wojny odciśnięte na duszy brata). Charlotte Link postarała się, byśmy na kartach jej powieści znaleźli wszelkie możliwe tragedie, dramaty, konflikty i dylematy. Dla każdego coś miłego. Frances została wykreowana na kobietę silną, zaradną, odważną, ceniącą bardziej własną niezależność niż melancholijny błogostan odwzajemnionej miłości. To w niej Barbara prawdopodobnie zobaczyła siebie. Jednak dla mnie Frances nie była uosobieniem siły – jej brak zdecydowania odnośnie Johna, którego nie chciała przyjąć, ale też nie potrafiła oddać innej, jej destrukcyjna nienawiść do siostry, sposób, w jaki obeszła się z niechcianym adoratorem, który wcześniej kilka razy próbował odebrać sobie życie - wszystko to czyni z niej nie tyle bohatera z krwi i kości, co bohatera negatywnego. Jej ostateczny rozrachunek z siostrą potwierdza tylko tę tezę. Ja nie znajduje dla niej usprawiedliwienia. Podobnie jak dla Barbary. Czasami życie wystawia nas na próbę, czasami wydaje nam się, że nie można postąpić inaczej, ale nie możemy być bezkarni, sami musimy wytyczyć sobie granice.

Rozumiem, że Dom sióstr może się podobać. Łatwo dać się porwać tej obszernej sadze rodzinnej, której dramaty rozgrywają się na bezkresnych równinach krainy sióstr Brontë. Czyta się ją szybko i przyjemnie, niestety później dopadła mnie refleksja, że ta książka ani nie porusza, ani nie wstrząsa. Nie pomieszka we mnie długo. Dobre czytadło i dobrą książkę dzieli wielka przepaść. Niestety.

***
A tak na marginesie, nienawidzę bezsensownych okładek. Czy tak mogła wyglądać posiadłość w Yorkshire z początku ubiegłego wieku? Niestety cały czas mnie prześladowała…

Moja ocena: 4/6

sobota, 4 lutego 2012

Poświęcenie to zły powód


Magda Szabó, Tylko sam siebie możesz ofiarować…
Szabó M., „Tylko sam siebie możesz ofiarować…”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1974
tłum. Krystyna Pisarska
s: 168

Czasami książka może być zupełnie przeciętna, ale gdy przesłaniem wpasowuje się w nasze aktualne rozważania, szybko urasta do miana arcydzieła. Stukamy się w czoło i myślimy, no tak, o to chodzi, tego się boję. Krystalizacja myśli. Werbalizacja strachów. Najlepsze książki to takie, które demaskują człowieka i wywlekają na światło dzienne jego słabości lub obawy. Książki, które wskazują, którą drogą na pewno nie powinniśmy podążać, chociaż w zamian nie wytyczają też właściwej ścieżki. To niemal jak seans na kozetce u psychologa. Tylko czy w przypadku Magdy Szabó, mistrzyni ludzkich portretów, można w ogóle mówić o przeciętności?

Budapeszt, lata 60. XX wieku. Gabi i Adam to rodzeństwo, któremu przyszło dorastać na pograniczu powojennej traumy rodziców i nihilizmu egzystencjalnego młodych. Poznajemy ich w dniu, w którym Gabi ma wyjść za mąż. Jednak nic dookoła nie przypomina radosnego dnia ślubu. W domu atmosfera jest napięta i gęsta od wzajemnych pretensji, którą powoli, słowo po słowie, Szabó pozwala nam rozgarniać palcami. Cała historia zamyka się w jednym dniu i opowiedziana jest z różnych perspektyw. To daje wrażenie obiektywizmu i pozwala nam wybrać swoją rację. Nie jedyną, nie najlepszą, ale swoją.

Szabó zagląda w najczarniejsze zakamarki dusz „przyzwoitych” ludzi, ale nie ocenia. To my sami próbujemy ich tłumaczyć, zrzucając winę na karby czasów, przeżyć, niedoświadczenia. Dlaczego? Bo cząstkę zła zawsze dostrzegamy w sobie. Szabó zawstydza. Pokazuje dzieci, które nie kochają rodziców, nie szanują starszych, nie wierzą w miłość i tych po drugiej stronie linii frontu, dorosłych, którzy sami nie umieją żyć, a chcą, by dzieci brały z nich przykład, kochają, bo muszą, zdradzają i ciągle biadolą nad swoim zmarnowanym życiem, bo gdyby nie dzieci, ich życie wyglądałoby teraz zupełnie inaczej. Lepiej. Dlaczego wydaje nam się, że dzieci muszą to znosić, że winne nam są dozgonną wdzięczność? Dlaczego rzucamy im w twarz poświęceniem i nazywamy to miłością? Kto tak naprawdę jest ofiarą – my czy dzieci? Szabó odpowiada nam na te pytania starotestamentową przypowieścią o Abrahamie i Izaaku, którą modyfikuje na własne potrzeby.

Ważna to dla mnie książka w chwili, gdy zastanawiam się, jakim będę rodzicem. I po której stronie linii frontu teraz stoję.

By wzbudzić w Was głód niepokojącej prozy Magdy Szabó, przytoczę fragment monologu wewnętrznego Gabi, który wypełnił ją podczas ceremonii ślubu. Groza.
...nie wiesz, jak starzy leżą obok siebie: dwa łóżka, dwa równoległe prostokąty w głębi pokoju, z identycznymi kołdrami i poduszkami, po obu ich stronach stoją identyczne szafki z lampami, szklankami i zegarkami, a w tych identycznych dekoracjach leży dwoje zupełnie różnych ludzi, patrząc w sufit. Są tak blisko siebie, że słyszą swój oddech, niekiedy kochają się, bo co mają robić, kiedy już muszą tak leżeć na odległość wyciągniętej ręki i nie mają ubrań, tylko piżamy i koszule, ale poza tym nic ich ze sobą nie łączy. Chcę, żebyś jeżeli zapragniesz się ze mną kochać, wstał z łóżka i przyszedł do sąsiedniego pokoju, na ten tapczan, na którym sypiam, i żebyś przychodził tylko wtedy, gdy będziesz mnie naprawdę chciał, nie dlatego że wsadzili cię do dwuosobowej trumny bez wieka, a twoje instynkty sygnalizują, że tuż obok znajduje się odmienna płeć. [s. 118]
To literatura, która zdecydowanie nie powinna obrastać kurzem.

Moja ocena: 5,5/6


Czytaj tego autora "Zamknięte drzwi"


środa, 1 lutego 2012

2.07.1923 - 1.02.2012



Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś - a więc musisz minąć.
Miniesz - a więc to jest piękne.


W.Szymborska