
Pod koniec roku podsumowania nie są niczym oryginalnym. Postanowiłam jednak, że będzie to jeden z nielicznych - obok urodzinowego konkursu - stały element mojego blogowego kalendarza. Zawsze warto obejrzeć się za siebie, szczególnie gdy wspomnieć przychodzi wartościowe książki. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że tylko jedna powieść wstrząsnęła mną na tyle, by bezsprzecznie zająć honorowe miejsce w moim prywatnym rankingu doskonałości. Albo nie miałam szczęścia do dobrej literatury, albo staję się coraz bardziej wymagająca. Ponadto, tylko jedna spośród wybranych przeze mnie książek jest odkryciem co najmniej na miarę odkrycia Kolumba (podrzuconym zresztą przez Przyjaciółkę), reszta to książki raczej popularne, do których nie trzeba specjalnie zachęcać i znane szerszemu kręgowi odbiorców. Ale do rzeczy - co i za co:
1. Isabel Allende - "Dom duchów" - za sagę rodzinną, za zakazaną namiętność, za przenikanie się światów ludzi i duchów, za miłość i nienawiść, za dumne i silne kobiety, za język bez skazy...
2. Fannie Flagg - "Smażone zielone pomidory" - za świat, którego nie ma, a za którym tęsknimy, za potęgę przyjaźni, znowu za kobiety, za smaki i zapachy, za miłość do życia...
3. Nicole Krauss - "Historia miłości" - za ciekawy pomysł na powieść, za nadzieję, że o miłości wciąż można pisać niebanalnie, za uświadomienie, że miłość nie jedno ma oblicze, za prawdziwy obraz starości i samotności...
[zauważyliście, że w każdym uzasadnieniu pojawia się słowo MIŁOŚĆ? Strasznie ckliwa się zrobiłam;]
Niezwykły był to dla mnie rok, niekoniecznie obfitujący w znakomite książki, ale za to bogaty w ważne wydarzenia w życiu prywatnym. Jestem nim lekko zmęczona, oszołomiona, rozedrgana, ale gotowa - na więcej! Niestety mój czas na czytanie z nieograniczonego drastycznie zawęził się do czasu w wannie i po północy, ale nic to:) W tym roku obiecuję sobie wybierać książki mądrzej. Wciąż jeszcze tyle wspaniałej literatury czeka na mnie gdzieś tam, w księgarniach świata. Szkoda czasu na bezwartościowe czytadła.
A wszystkim Wam, Miłośnikom Dobrej Literatury, w ostatni dzień naszego starego, poczciwego roczku życzę tego samego: czytajcie mądrze! Niech to będzie naszym wspólnym, noworocznym postanowieniem. Szkoda życia na grafomanię i pseudoliteraturę.
Zeszłoroczne podsumowanie wypadło trochę lepiej. Zobaczcie.

ale tak naprawdę nawet nie próbuje o nie walczyć. Przyjmuje swój los takim, jaki jest, ze zwieszoną głową, bez słowa protestu. Najgorsze jest jednak to, że jej niedola nie jest skutkiem jej złych wyborów czy pochopnych decyzji. Kowalami jej losu są inni: głupsi, bardziej cwani i zepsuci. A ona jak ta kukiełka daje się im sterować obezwładniona przez dławiące poczucie winy. Dziwne, ale Tessa nie denerwowała mnie swoją bezsilnością. Wzbudziła we mnie podziw swoją konsekwencją i dumą, które czyniły ją tak wyjątkową na tle pospolitych dziewcząt. Dziwiłam się również, że Hardy tak jednoznacznie opowiedział się po stronie skrzywdzonej kobiety, nazywając ją Czystą, a tym samym narażając się na krytykę wiktoriańskiego społeczeństwa. Tessa była ofiarą czasów, w których przyszło jej żyć, niewinna grzechów, którymi ją obarczono i którymi sama się obarczała. Nie miała szczęścia również do mężczyzn, którzy wywarli największy wpływ na jej życie: ojciec – głupi, wiecznie pijany, niepotrafiący zatroszczyć się o własną rodzinę, zaślepiony przekonaniem o arystokratycznych korzeniach, Alec – cwany, bez zasad moralnych, gardzący ludźmi i Angel – najgorszy ze wszystkich, który dał Tessie nadzieję na szczęście, by w chwilę potem strącić ją w najgłębszą otchłań rozpaczy, dwulicowy, okrutny, egocentryczny, żyjący iluzją i oderwany od rzeczywistości. Oj, nie miała ci nasza Tessa szczęścia do prawdziwych mężczyzn…
Śpiący