poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Obawiam się...


Obawiam się, że przez jakiś czas będzie mnie tu nieco mniej...
Wrócę, gdy tylko będę w stanie przeczytać choć jedną stronę książki bez zaśnięcia:)

Trzymajcie za mnie kciuki!

wtorek, 23 sierpnia 2011

Jak na skrzydłach...


Isabel Allende, Dom duchów
Allende I., „Dom duchów”, Muza SA, Warszawa 2010
tłum. Zbigniew Marcin Kowalewski
s: 525

…uniosła mnie ta powieść. Gdy już powoli zaczęłam tracić nadzieję, że w tym roku trafię na książkę godną najwyższej półki w moim prywatnym rankingu znakomitości, spotkałam panią Isabel Allende. Cóż. Nie mogła wykreować świata bardziej zaspokajającego moją tęsknotę za dobrą literaturą i za chłodnym wiatrem przewracanych w pędzie kartek. Dała mi wszystko to, czego szukam w literaturze, by upijać się nią do północy, do zaśnięcia, do nieprzytomności: ludzi z krwi i kości, mocne tło, niepokojącą historię, miłość i nienawiść buzujące na każdej stronie, a wszystko to spowite magią słów przysłaniającą cały świat wokół…

Dom duchów to saga rodzinna opowiadająca o losach dwóch rodów: del Valle i Trueba, które zostały wpisane w burzliwą historię jednego z krajów Ameryki Łacińskiej. Pozostaje nam się jedynie domyślać, że jest to Chile, ojczyzna autorki, chociaż w powieści nazwa kraju nie pada ani razu. Jest to historia tragiczna, naznaczona terrorem i dyktaturą, gdzie krew płynie wartkim strumieniem. Nie mniej burzliwe są losy wspomnianych wyżej rodów uwarunkowanych niejako historią i… astrologią. Chociaż w pierwszej połowie XX w. to mężczyźni dzierżyli w rodzinach i społeczeństwach pełnię władzy, utrzymując dom, angażując się w politykę, testując wszelakie nowinki techniczne, u Allende to tylko władza pozorna. Tak naprawdę to kobiety zostały obdarzone siłą zdolną do przeciwstawienia się ślepej agresji mężczyzn i zachowania rodziny w jedności. Były nieulękłe, stanowcze, dumne. To kobiety stoją na straży domu – nie tego, który jest zamknięty w czterech ścianach, a tego, który jest w ludzkiej duszy.

Powieść Allende jest mocno osadzona w tradycji realizmu magicznego. Świat zewnętrzny miesza się tu z przeżyciami duchowymi, wizjami, światem transcendentalnym. Duchy regularnie nawiedzały dom Truebów i nikomu zdawało się to nie przeszkadzać, wręcz stanowiło o pewnej stabilizacji, normalności. Jasnowidzenie jednej z bohaterek nie do końca traktowane było poważnie, przez co kilkakrotnie nie udało się uniknąć tragedii. Cechy szaleństwa u kobiet del Valle nie były jednak przekleństwem, były niemal synonimem normalności wpisanym w historię ich rodu.

Czytając, nie można się opędzić od emocji. Bohaterowie zachowują się jak na Latynosów przystało: dumnie, impulsywnie, skrajnie. Miłość i nienawiść to dwa uczucia, które egzystują obok siebie i często zlewają się, tworząc truciznę. Najbardziej nieporadni w miłości okazują się mężczyźni, którzy zatracają się w namiętności, ale nie dopuszczają do siebie uczucia. Przebaczenie też nie przychodzi im łatwo. Cierpią z własnej winy. Kobiety również nie są wolne od cierpienia, ale one potrafią odnaleźć w nim siłę i godność, mężczyźni tylko poniżenie. Czasami mam wrażenie, że inne namiętności, o zupełnie innym natężeniu targają ludźmi, w których płynie latynoska krew niż nas, zimnokrwistych Europejczyków…

Opowieść Allende zatacza koło. Czy można wyciągnąć wnioski z historii rodziny, jej błędów i dramatów, czy każdy musi doświadczyć całego bólu na własnej skórze? Niestety nie lubimy uczyć się na cudzych błędach, lubimy eksperymentować na sobie. I niech tak zostanie. Dla mnie to powieść o kobietach – sile, która napędza świat, a mnie napawa dumą.

Czytajcie bez wahania. Nie sądzę, by ktokolwiek się rozczarował.

Moja ocena: 6/6

piątek, 19 sierpnia 2011

Bo młodzież musi z czegoś żyć


Galerianki, 2009
reż. Katarzyna Rosłaniec

Przyzwyczaiłam się do pisania o filmach dobrych. Łatwiej jest zwrócić na nie uwagę, obudzić w sobie chęć podzielenia się wrażeniami i przetopić emocje na słowa. A przecież nie tylko takie filmy spotykam na swojej drodze. Mnóstwo jest filmów, które wywołują gorzkie rozczarowanie i niesmak bezpowrotnie straconego czasu. Najczęściej szybko wrzucam je do jednej z szuflad swojej pamięci z naklejką „nie otwierać pod żadnym pozorem” i dalej żyję beztrosko, oddzielając ziarno od plew. Z książkami rzadziej trafiam jak kulą w płot, z filmami bywa różnie…

Dwa lata temu debiutancki film Katarzyny Rosłaniec pt. Galerianki przetoczył się przez nasz kraj z wielkim hukiem jako dzieło kontrowersyjne, ważne, obnażające smutną prawdę o zaniku moralności wśród polskiej młodzieży. Źródła upadku doszukiwał się w rodzinnej patologii i ułomności polskiego sytemu nauczania. Próbował nakreślić trudne relacje między nastolatkami, oparte na wzajemnym dowodzeniu swojej wyższości poprzez drogie gadżety, ciuchy i znajomości na mieście. Nie mniej trudne okazały się relacje dziecko-rodzic, gdzie brak autorytetu i wzajemnej chęci poświęcenia sobie czasu doprowadziły do skrajnej degrengolady wśród młodych ludzi.

A tak to się zaczęło. Ala, biedna, zahukana i dobrze ucząca się nastolatka, przejeżdża ze wsi/prowincji do Warszawy. Trafia do ostatniej klasy gimnazjum, gdzie doznaje nie lada upokorzenia w związku z przestarzałym modelem komórki, który przyszło jej odziedziczyć po wujku Mieciu. Postanawia jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odmienić swoje życie i z szaroburej kujonki przepotwarza się w nieletniego wampa, a celem jej życia staje się zdobycie funduszy na wypasioną komórę (bo nikt jej nie chce takowej kupić). Przyłącza się więc do liderek klasowego rankingu popularności, które same zaradnie zarabiają na siebie, wiodąc przy tym, przynajmniej w oczach Ali, życie pełne uciech, mężczyzn, używek i drogich zabawek. Później oczywiście okazuje się to, a jakże, wewnętrznym krzykiem rozpaczy i desperacką próbą zwrócenia na siebie uwagi.

Taaak… Film przewidywalny do bólu, bazujący na sprawdzonych schematach i drażniący stereotypami. Nie wątpię, że są TAKIE dziewczyny i TAKIE problemy, ale ugryźć ten temat i stworzyć o nim film fabularny wcale nie jest łatwo. Temat, który świetnie nadawałby się na reportaż, niekoniecznie sprawdza się w kinie. Nie odnalazłam tu żadnych emocji, które targnęłyby mną boleśnie. Nie czułam współczucia, żalu, obrzydzenia, szoku – najczęściej rozbawienie, gdy głównodowodząca Milena klepała kolejne hasła przewodnie galerianek (przystojny dość był, inteligentny, na tematy różne rozmawialiśmy... nie powiem, że nie... ale co z tego, jak ja do niego żadnego uczucia nie mam... to z nim zrywam, nie? zresztą... miłość w naszych czasach nie istnieje... trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać…). Nie przekonała mnie również metamorfoza Ali, która na przekór rodzicom i światu – świadomie – wybrała tę gorszą drogę. Mimo wszystko wierzę w instynkt samozachowawczy. Jedynym światełkiem w tunelu chybionej jak dla mnie wizji była mała, acz wielka kreacja Izy Kuny, mamy Ali. Młode, debiutujące aktorki radziły sobie jak mogły, ale moim zdaniem wyszło to średnio, odrobinę komicznie. Ale czy tak miało być?

Podsumowując, film porusza ważny problem, ale jedynie prześlizguje się po jego powierzchni, czym wywołuje rozdrażnienie. Nie zagrał na moich uczuciach, więc skazuję go na zapomnienie.

Moja ocena: 2/6

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Świat, za którym każdy tęskni


Fannie Flagg, Smażone zielone pomidory
Flagg F., „Fried Green Tomatoes at the Whistle Stop Cafe”, Random House, New York 2005
s: 403

Już dawno nie znalazłam w książce tyle ciepła, które rozlałoby się po mnie ciepłą, słoneczną falą, napełniając ciało od koniuszków palców po sam czubek głowy. A są przecież takie książki, które chce się dotykać, wąchać, gładzić po raz setny po okładce, zastanawiając się jak, nie odrywając się od czytania ani na chwilę, nigdy nie dobrnąć do ostatniej strony. Z namaszczeniem przewracamy kolejne strony, połykamy zdania, nie roniąc ani słowa i malujemy w swoim sercu obrazy, które na zawsze pozostaną z nami.

Taką książką, która wnosi do życia wiele słońca, nie będąc przy tym trywialnym czytadłem wypełnionym po brzegi złotymi myślami, są bez wątpienia Smażone zielone pomidory Fannie Flag. Jest to książka niezwykle mądra, ale swoje prawdy przemyca dyskretnie, otulając je jedynie niepospolitym humorem i wyrzekając się wszelkiego moralizatorstwa.

Powieść przenosi nas do Alabamy lat trzydziestych ubiegłego wieku, gdzie poznajemy mieszkańców małego miasteczka Whistle Stop wraz z ich radościami, smutkami i dramatami. Co przede wszystkim zdumiewa to niezwykła jedność i optymizm mieszkańców, które pozwoliły im wyjść cało z niejednej opresji. A nie były to łatwe czasy: wielki kryzys, wojna, segregacja rasowa, nie brakowało również lokalnych tragedii, a jednak mieszkańcy miasteczka potrafili odnaleźć w sobie siłę, by wspierać się wzajemnie. Jedną z nich była Ninny Threadgoode, której pod koniec życia przyszło się przeprowadzić do domu spokojnej starości. Tam przypadkowo poznaje Evelyn, bywającą z regularnymi wizytami u swojej teściowej. Ninny bez pytania opowiada jej historię swojego życia - barwną, optymistyczną i przepełnioną wiarą w ludzi - o nieistniejącym już świecie. Nie mogła lepiej trafić. Evelyn, która akurat znalazła się w zaułku swojego życia, przytłumiona objawami menopauzy, rozczarowana małżeństwem, zagryzająca swoje rozgoryczenie kolejnymi batonikami, powoli zatracająca się w sztucznie napędzanej przez siebie depresji dała się porwać niezwykłej historii. Zrozumiała, że źródło problemów leży głęboko na dnie jej duszy i tylko od niej zależy czy będzie umiała do niego dotrzeć.

Książka Fannie Flagg to również galeria smaków. Podczas swoich spotkań Ninny i Evelyn ciągle coś chrupały i podgryzały, a ja jak głupia latałam do kuchni, szukając godnej ich przekąski. Ninny udało się przekonać swoją przyjaciółkę, że to nie jedzenie jest problemem – jest przyjemnością, nagrodą i ucztą dla ducha, a to my robimy z niego wroga. Aż kipi od mnóstwa smaków również w Whistle Stop Cafe, gdzie Idgie, Ruth i Sipsey przyrządzają grzechu warte potrawy, którymi często częstują zupełnie bezinteresownie. Ile to razy miałam ochotę rzucić książkę i upichcić coś na miarę smażonych zielonych pomidorów, ale… wrodzone lenistwo sprawiało, że wybierałam jednak kanapę i literacką ucztę, oblizując się jedynie ze smakiem, gdy wspominano kolejną potrawę. Ale może kiedyś się wezmę, zważywszy że na końcu książki autorka darowuje nam przepisy wszystkich wspomnianych w powieści smakołyków. Mniam!

A książka - również mniam. Polecam wszystkim cynikom i tym tylko odrobinę zgorzkniałym i zniesmaczonym życiem, chociaż wiem, jak trudno się do tego przyznać, szczególnie przed samym sobą. Ja po lekturze bardzo zatęskniłam za taką prawdziwą, wielką w swej prostocie, nienadąsaną przyjaźnią, która po prostu jest i nie trzeba jej sklejać na siłę.
Ech, tylko czy w dorosłym życiu to w ogóle możliwe…

Moja ocena: 5,5/6

czwartek, 11 sierpnia 2011

Piękna (i sztuki) nie da się ujarzmić definicją


Zygmunt Bauman, Między chwilą a pięknem. O sztuce w rozpędzonym świecie
Bauman Z., „Między chwilą a pięknem. O sztuce w rozpędzonym świecie”, Officyna Wydawnictwo, Łódź 2010
s: 145
Przetrawienie nowych jakości przeżywanego świata i artykulacja wynoszonych zeń doznań jest chyba głównym zajęciem sztuki wrzuconej w świat, w którego zdolności trwania i dotrwania do momentu skompletowania jego podobizny ufać nie można. [s. 11]
Sztuki nie da się uwięzić w sztywnych ramach definicji, bo jest nieuchwytna i nie lubi być metkowana. Nie da się jej też zamknąć w czterech ścianach (muzeach, galeriach), bo woli wyjść na ulicę, do ludzi, bo tylko wśród nich ma szansę na niekontrolowaną ekspansję. Czy wolno nam założyć, że sztuka jest wyrazicielem i nośnikiem piękna, czy może jest jej przejawem? Czy piękno może być obiektywne czy jest tylko „w oku obserwatora” (M. Hungerford)?

Te i inne pytania podsuwa nam, bo bynajmniej nie próbuje na nie odpowiedzieć, Zygmunt Bauman w swoim zbiorze esejów. Poświęcone są one luźno rozumianej sztuce, jak również jej znanym przedstawicielom: Grzegorzowi Klamanowi, Mirosławowi Bałce, Milanowi Kunderze czy Ryszardowi Kapuścińskiemu. Bauman zastanawia się nad kondycją człowieka i jego miejscu w „rozpędzonym świecie”, spoglądając na niego przez pryzmat sztuki.

Ciekawie pisze o modzie, czyli sztuce współczesnego świata, ulotnym i niekiedy kontrowersyjnym pięknie, którego główną cechą jest tymczasowość. Śmieje się, że ludzie sami dali się zniewolić i zaprzęgli się do wyścigu, w którym zawsze będą na straconej pozycji. Zawsze z tyłu. Moda jest dziwnym tworem, który z jednej strony sprawia, że ludzie czują się przynależni do określonej grupy społecznej, a z drugiej – zapewnia nas o indywidualizmie.

Zaciekawił mnie również esej o nieznajomych, których miasto nigdy się nie wyzbędzie. Anonimowość jest jedną z zalet miejskiego życia, ale wiąże się również ze strachem przed tym, czego nie znamy. Dlatego ludzie coraz częściej zamykają się w swoich czterech kątach, a domy/mieszkania odgradzają od świata płotem. Osiedla strzeżone, domofon, ochrona – sprawiają, że czujemy się bezpiecznie, ale jednocześnie izolujemy się od ludzi w ogóle. Paradoksalnie, na osiedlu strzeżonym jesteśmy dalej od swoich sąsiadów niż gdziekolwiek indziej:
Zamknięte w murach „społeczności” to zbiorowisko jednoosobowych czy jednorodzinnych kokonów zawieszonych w przestrzennej próżni. [s. 118]
Tak więc eseje Baumana dotykają różnorodnej tematyki, trudno nawet powiedzieć, że ich wspólnym mianownikiem jest pojęcie sztuki, no chyba że sztuką nazwiemy samo życie. Czasami brakowało mi spójności między poszczególnymi tekstami, dlatego dawkowałam je sobie pojedynczo. Szukałam w nich sensu dla siebie. Dawno nie miałam takiej książki w ręku, bo daleka dziś jestem od eseistyki. Czasami żałuję, bo to prawdziwa kopalnia wiedzy i niewyczerpalne źródło tematów do rozważań. Tylko erudycja autorów niekiedy onieśmiela…


[Za egzemplarz - wydanie niezwykle atrakcyjnie - dziękuję Wydawnictwu Officyna]


Moja ocena: 4/6

niedziela, 7 sierpnia 2011

"Słyszę i jestem posłuszny"


Księga tysiąca i jednej nocy. Wybór
„Księga tysiąca i jednej nocy. Wybór”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1976
pod red. Władysława Kubiaka
s: 577

Dla dziecka baśnie są drogowskazami życiowymi, dekoderami moralnych postaw oraz bramą do niezwykłego świata, w którym negatywne emocje, smutek, żal, strach nie goszczą długo. Pełnią rolę pocieszyciela i pomagają zrozumieć świat. Dlatego są tak ważnym narzędziem dydaktycznym. Dzieci mogą z nich samodzielnie przefiltrować najważniejsze wartości, które później mają szanse ukształtować ich życie. To wszystko prawda. Ale po co w takim razie wracać do baśni w dorosłym życiu? Przecież dawno zostaliśmy obdarci z tej dziecięcej naiwności, która pozwalała nam widzieć świat w czarno-białych barwach…

Dla dorosłych baśnie to nie tylko powrót do beztroskich ogrodów dzieciństwa, ale i konfrontacja z ideałami, których dawno się wyrzekliśmy. Dziś nie przypomnimy ich sobie z zawstydzeniem, ale raczej z przymrużeniem oka, bo kto z nas może sobie pozwolić na wcielanie baśniowych ideałów w życie? Niestety włożyliśmy je między bajki. Ale baśnie wciąż odgrywają ważną rolę – są ucieczką od szaroburej codzienności i podróżą w nieznane.

Nie inaczej jest w przypadku Księgi tysiąca i jednej nocy, o której na pewno każdy słyszał, ale na pewno nie każdy wie, że nie ma ona nic wspólnego z literaturą dziecięcą. Baśnie, które powstały wiele wieków temu, miały zabawiać dworzan, zawierały więc elementy przyjemne dla dorosłych: okrucieństwo i erotykę, co przyznaję, szczerze mnie zaskoczyło. Książka nie nadaje się zatem do czytania dziecku do poduszki – radzę poszukać odpowiednich adaptacji.

Przewodni motyw stanowi opowieść o królu Szahrijarze, który po nocy poślubnej pozbawiał życia każdą ze swoich żon, w ten sposób chcąc się ustrzec od ich niewierności. Dopiero Szeherezada przerwała okrucieństwo sułtana, każdej nocy snując nową opowieść, której zakończenie zostawiała na noc następną. Ciekawość Szahrijara ocaliła jej życie. Szeherezada zajmuje sułtana opowieściami przez tysiąc i jedną noc. Wydanie, o którym piszę, zawiera tylko wybrane opowieści (egipskie, irackie, irańskie, perskie), ale stanowią one unikalny obraz wyobrażeń biednych ludzi o życiu wyższych klas społecznych. Roi się tu od dżinów, ifritów, ghul i olbrzymów, przewyższających mocą ludzi, poddanych samemu tylko Allachowi. A on nie pozwala skrzywdzić sprawiedliwych i jemu wiernych, więc dobro zawsze zwycięża zło, jak to w baśniach bywa. Ale niegodziwiec nie ma co liczyć na przebaczenie Allacha. Spotka go zasłużona i okrutna kara. Pozostaje więc słuchać i być posłusznym.

Zaskoczyły mnie kobiety w Księdze tysiąca i jednej nocy. Nie są to tylko piękne niewolnice i nałożnice. Nie brakuje wśród nich bohaterek przebiegłych, chytrych, mądrych, roztropnych, chciwych i brzydkich. Jednym słowem, ich portrety zostały namalowane przy użyciu pełnej palety barw, chociaż rzadko bywały głównymi bohaterkami opowieści.

Na zakończenie kilka pikantnych cytatów, które pomogą zrozumieć, dlaczego nie należy tych baśni czytać dzieciom. Osoby poniżej 18-ego roku życia proszone są o zaniechanie dalszego czytania!
…ucałował ją, pochwycił w objęcia i rzucił się na nią jak lew na owcę […] Wsunął swój miecz do jej pochwy, stał się odźwiernym jej wrót i imamem w jej mihrabie, a ona wraz z nim klękała, biła pokłony, podnosiła się i siadała, a modłom tym towarzyszyły ruchy i miłosne westchnienia. [s. 201]
…poiła niedźwiedzia ze złotego kubka tak długo, aż wino ich oszołomiło. Wówczas zdjęła z siebie szaty i położyła się, a niedźwiedź zaś podszedł i legł na niej, a ona dała mu to, co córy człowiecze mają najpiękniejszego. Gdy zaś niedźwiedź skończył, usiadł i odpoczywał, po czym znów podszedł, legł na niej i zażywał z nią rozkoszy. [s. 218]
…A kiedy służebne pokazały Alemu Zajnab w szacie Kamar, wszedł w nią Ali i znalazł ją jako perłę nie przewierconą i jako klacz, której nikt przedtem nie ujeżdżał. Potem połączył się z trzema pozostałymi dziewczętami i stwierdził, że pełne są piękności i wdzięku. [s. 443]

Moja ocena: 5/6

wtorek, 2 sierpnia 2011

Z niewyspania


Czwarta nad ranem
Wisława Szymborska


Godzina z nocy na dzień.
Godzina z boku na bok.
Godzina dla trzydziestoletnich.

Godzina uprzątnięta pod kogutów pianie.
Godzina, kiedy ziemia zapiera nas.
Godzina, kiedy wieje od wygasłych gwiazd.
Godzina a-czy-po-nas-nic-nie-pozostanie.

Godzina pusta.
Głucha, czcza.
Dno wszystkich innych godzin.

Nikomu nie jest dobrze o czwartej nad ranem.
Jeśli mrówkom jest dobrze o czwartej nad ranem
- pogratulujmy mrówkom. I niech przyjdzie piąta,
o ile mamy dalej żyć.



Czwarta to godzina, która ostatnio otwiera moje oczy. Czasami na chwilę, a czasami, tak jak minionej nocy, na dłużej. To naprawdę niezwykły czas, gdy dom i miasto jeszcze śpi, a senne myśli niestrudzenie kołatają się po głowie. Najbardziej niesamowite jest przekraczanie granicy między dniem i nocą, gdy kontury świata zaczynają się wyostrzać, a pojedyncze, nieśmiałe dźwięki powoli wypełniają świat. Spokój i nadzieja, których nie znajdziemy o żadnej innej porze dnia. Może i jestem jak ta mrówka, bo mi jest dobrze o czwartej nad ranem. Przyjemnie mi myśleć, że zdążę jeszcze przytulić skołataną głowę do poduszki, że jeszcze nie trzeba stawiać czoła prawdziwemu dniu...

A Wam czasami zdarza się czwarta nad ranem?