sobota, 30 stycznia 2010

Śmiech przez łzy


Michaił Zoszczenko, Opowiadania
Зощенко, М., „История болезни”, Азбука-классика, Санкт-Петербург 2003
s: 313

Michaił Zoszczenko to rosyjski pisarz, który u nas chyba nigdy nie święcił wielkich triumfów popularności. A przynajmniej nie wśród mojego pokolenia, ale to w sumie niczego nie dowodzi. W każdym razie tylko część z jego utworów została przetłumaczona na język polski (najpopularniejsze są chyba Opowiadania o Leninie). Dla mnie Zoszczenko to autor krótkich, humorystycznych opowiadań, w których ukazał swoją matuszkę-Rossiję, próbując jej zmęczone, szare ciało przyodziać w kolorowe piórka satyry.

Zbiór opowiadań Michaiła Zoszczenki, który niegdyś przywiozłam z Moskwy, nosi tytuł jednego z utworów zamieszczonych w tej małej książeczce: Istoria bolezni, czyli Historia choroby. Jest to krótkie opowiadanie o tym, że pacjent zawsze sam sobie jest winien i najlepiej byłoby dla całej służby zdrowia (i chorego), jakby opuścił szpital nogami do przodu. Taka jest Rosja w oczach Zoszczenki: nie ma w niej miejsca dla człowieka i jego indywidualnych potrzeb. I taka jest też cała twórczość Zoszczenki: nie ma w niej przeintelektualizowanego filozofowania i moralizatorstwa. Jest śmiech przez łzy.

Opowiadania są króciutkie, ale większość z nich trafia jak kulka snajpera. W samo serce. Najbardziej podziwiam Zoszczenkę za zwięzłość formy, która aż ocieka treścią. Wiem, ile wysiłku (lub talentu!) wymaga taka konstrukcja tekstu, bo sama nigdy nie potrafię swoich recenzji zamknąć w kilku, sensownych słowach…

Zoszczenko ukazuje życie w porewolucyjnej Rosji (początki ZSRR) w okresie NEP-u (polityka ekonomiczna, która miała uzdrowić radziecką gospodarkę). Pisarz patrzy na swoją ojczyznę szeroko otwartymi oczami i z rozdziawioną buzią. Miesza język prostego człowieka ze sztucznie nadąsanym urzędniczym bełkotem. Jego styl przypomina trochę Czechowa i Gogola. Zresztą Zoszczenko czerpał garściami z rosyjskiej spuścizny literackiej, bo, jak mawiał sam pisarz, przy tak bogatych tradycjach literackich trudno napisać coś, co jeszcze nie wykwitło spod pióra jednego z wielkich rosyjskich klasyków. Poza tym krytycy i znawcy literatury porównują Zoszczenkę do Kafki. Obaj pisarze może i poruszają podobną problematykę, ale atmosferę literacką tworzą zupełnie inną.

Długo wchłaniało mi się tę Rosję, widzianą przez pryzmat komunalnych mieszkań… Ale zawsze tak mam z krótkimi formami literackimi – za szybko się kończą, jeszcze potrzebuję chwilki na refleksję, jeszcze się nie otrząsnęłam, a już trzeba stawić czoła nowej wizji. Opowiadania powinno się dawkować po jednym łyczku, żeby się nie zachłysnąć, żeby docenić poszczególne smaki. Trzeba czasu, żeby przyjrzeć się każdemu bohaterowi, który jest śmieszny w swojej powadze, który desperacko próbuje żyć godnie w tym świecie nabrzmiałym od paradoksów, który jest wilkiem drugiemu człowiekowi, bo inaczej nie można...

Niby zabawne te opowiadanka, a obciążone silną koniecznością zadumy…

Lekturę polecam tym czytelnikom, którzy chcą dołożyć kolejny element do układanki pt. „Rosja”. Z całą pewnością obraz nie będzie pełny bez Michaiła Zoszczenki.

***
A teraz zdobywam „tysięcznik” pt. Atlas Shrugged (Atlas zbuntowany) i podejrzewam, że wspinaczka zajmie mi kilka tygodni… Dlatego w najbliższym czasie będzie więcej o filmach i poezji:)

Moja ocena: 4,5/6

wtorek, 26 stycznia 2010

Gdy świat został w tyle...


Aviator
(oryg. The Aviator), 2004
reż. Martin Scorsese

Szum medialny skoncentrował się ostatnimi czasy wokół Avatara, a ja chciałabym wspomnieć zapomnianego już Aviatora. Od razu spieszę podziękować polskim tłumaczom i producentom za to, że nie pokusili się o zastąpienie oryginalnego „aviatora” swojsko brzmiącym "lotnikiem" albo "pilotem" czy o zaprezentowanie polskim widzom liryczno-banalnego tytułu w stylu „na skrzydłach szaleństwa” czy „pod niebem obłędu”… Nie ma się do czego przyczepić. A dalej też jest nie najgorzej, chociaż mogłoby być lepiej. Aviator nieodłącznie kojarzy mi się z kwaśną miną Martina Scorsese prezentowaną dumnie na gali rozdania Oskarów w 2005 r. Wielki reżyser prawdopodobnie liczył, że TYM razem uda mu się zgarnąć upragnioną statuetkę (niestety przegrał z Clintem Estwoodem). Dlaczego wydaje mi się, że wiem, na co liczył Scorsese? Po pierwsze, było o tym dosyć głośno, a po drugie, film Aviator skrojony jest jak najlepszy garnitur od Armaniego według wzoru: jak zgarnąć Oskara. Ale najwidoczniej ścieg był nierówny…


Aviator
– to biografia amerykańskiego miliardera Howarda Hughesa (w tej roli równie niedoceniony Leonardo DiCaprio), którego imperium kwitło w pierwszej połowie XX wieku. Pierwsze kroki na drodze ku wielkiej karierze młody Hughes stawia w Hollywood. Rozgłos zyskuje, gdy na ekranach pojawia się wyprodukowany przez niego film Aniołowie piekieł. Jego nowotarskie podejście do kręcenia filmów (m.in. Hughes jako jeden z pierwszych zrezygnował z filmu niemego) zjednuje mu zarówno zwolenników, jak i powiększa rzesze przeciwników. Ale to nic nowego: każdy człowiek będący krok przed innymi budzi strach i niechęć. Prawdziwą pasją młodego miliardera jest jednak górowanie nad innymi - w przestworzach i nie tylko. Hughes pragnie być najszybszym człowiekiem na Ziemi, chce zbudować największy samolot, domaga się miłości najpiękniejszych kobiet. Naj, naj, naj…

Film na pewno nie jest największym arcydziełem kinematografii, ale za każdym razem, gdy go oglądam boli mnie postać samego Howarda Hughesa – człowieka, który wielu wielkich rzeczy mógł dokonać tylko dlatego, że sam łożył grube miliony na swoje szalone pomysły. Czy w innym przypadku ktokolwiek by go posłuchał? Wątpię. Boli mnie jego potrzeba bycia „naj”, która jak przywiązany do szyi kamień ciągnęła go w zastraszającym tempie w dół. Hughes chciał pokonać nie tylko ówczesne granice czasoprzestrzenne, ale również nieustannie dążył do tego, by pokonać samego siebie. Szaleństwo paliło mu trzewia, ale dzięki temu nie czuł strachu i nie tłamsiły go żadne ograniczenia. Zastanawiam się tylko czy rewolucjonista zawsze musi być szaleńcem? Czy szaleniec musi być człowiekiem chorym? Hughes był. Szaleństwo próbował kontrolować poprzez natarczywe powtarzanie niektórych czynności, poprzez recytowanie tych samych fraz. Dziś nazywamy to zaburzeniem obsesyjno-kompulsyjnym albo nerwicą natręctw. Próbował uwolnić się od wewnętrznego lęku, szukał ukojenia u najpiękniejszych kobiet ówczesnego świata: Jean Harlow, Katharine Hepburn, Avy Gardner… Nie znalazł. Ale na niebie osiągnął wiele, a może zbyt wiele... Dla mnie to kolejny dowód na to, że zawsze trzeba trzymać w zanadrzu jakieś niezrealizowane marzenie, bo inaczej życie staje się jałowe i pozbawione sensu.

Lubię szaleńców, stąd wzmianka o Aviatorze. Lepiej mieć w sobie zbyt wiele pasji niż za mało. Przeraża mnie tylko, że granica między szaleństwem i chorobą psychiczną jest taka cieniutka.

Tak jak napisałam na wstępie, film jest odrobinę sztampowy i może trochę przydługi, ale warty obejrzenia, chociażby ze względu na postać samego Howarda Houghesa - szaleńca, który nie śnił o przyszłości, ale ją tworzył.
Miejmy szacunek do szaleńców. To oni pchają ten świat do przodu.

Moja ocena: 4,5/6

piątek, 22 stycznia 2010

Żona powszednia

Malowanie żony
Ernest Bryll


Takie są właśnie, co wołamy: żony;
konstrukcja szczygła — a ten nie uniesie jesieni.
Więcej liścia niż kwiatu — kwiat już znaczy owoc
więcej wiatru niż rzeki...

Gładzimy co rano
uda, chcemy tak tkliwie jakby porcelany
dźwięku jej ledwo dotknąć
nim od tętna pryśnie.

U palców lotki
i tak jakby kowal walił Mozarta...
Bo takie są właśnie
małe jak ziarno, brak im tego ugru
którym ciężarne kwitną.

Ramiączko koszuli
odsłania piersi (w renesansie duchy
bywały tęższe, gotowe, by w biodra
przyjąć błogosławieństwo)...

A one bezbożne
nie chcą przymierza, nieprzydatne garnkom
znienawidzone przez kuchnię.

I jeśli
trzeba rodzinę równać do ogniska
nie znicz to będzie, nie dostojny płomień
lecz suchość dymu, ognik,
który osłaniasz w dłoniach przeciw wiatrom.



Ten wiersz pokochałam, gdy sama zostałam żoną. Przypomina mi o tym, jak się zmieniam, jak zmieniają się moje role i cele jako kobiety. Samoistnie. Bezwolnie. Naturalnie.

Kobieta zmienia się również w oczach mężczyzny. Czy powinnyśmy się łudzić, że w tych jedynych, ukochanych oczach zawsze pozostaniemy niezmienne? Piękne? Odpowiedź zależy prawdopodobnie od definicji piękna, którą każdy wyznaje. Ale to banał.

Widzę też kobietę silną… mimo słabości, która jest znakiem naszych czasów. Dzisiejsza kobieta tylko z wierzchu jest przebojowa, a w środku płacze i łka. Tak, żeby nikt nie widział. Broni, walczy, przeciwstawia się złemu światu, którego dzisiejsze granice przesunęły się daleko poza obręb kuchni i światło domowego zacisza. Kobieta codzienna, powszednia, walcząca dopóty... dopóki widzi swoje odbicie w oczach mężczyzny.

Czuję przez skórę, że wiersz ten chowa przede mną mnóstwo sekretów. Dostrzegacie któryś z nich? Nie umiem interpretować poezji, ale umiem ją czuć. Słyszę tylko te dźwięki, które układają się w MOJĄ piosenkę. Poezja tłumaczy mi wiele. Chcę, by towarzyszyła mi częściej.

Bo jest jak powiew wiosny w środku zimy…

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Polowanie na dziewice


Niebezpieczne związki
(oryg. Dangerous Liaisons), 1988
reż. Stephen Frears

Są takie dzieła kinematografii światowej, o których istnieniu zdarza mi się czasem zapomnieć i nie wymieniam ich, gdy ktoś pyta mnie o ulubione filmy. Przez zapomnienie, przez zaniedbanie, przez zlekceważenie, bo to niby kostiumowe, nieżyciowe… A później przypadkiem natykam się na TEN film i znowu powtarzam: genialny! Nie inaczej było tym razem.

Niebezpieczne związki
to film, który powstał w oparciu o powieść epistolarną osiemnastowiecznego francuskiego pisarza Choderlosa de Laclosa. Miałam przyjemność ją czytać i ośmielam się twierdzić, że ekranizacja przewyższa literacki pierwowzór, chociaż powieść również zajmuje wysokie miejsce w moim prywatnym rankingu. Film ma jednak coś, czego powieść nie miała szansy mieć: elektryzujące kreacje aktorskie. Tak złapać za gardło potrafią tylko Glenn Close i John Malkovich.

Film przenosi nas do Francji u schyłku XVIII w. Tam to właśnie jesteśmy świadkami intryg markizy de Merteuil (Close) i jej dawnego kochanka, wicehrabiego de Valmont (Malkovich). Markiza postanawia zemścić się na swoim byłym mężu, który zamierza ułożyć sobie życie z młodziutką Cecile. Chce, by Valmont uwiódł niewinne dziewczę, co wicehrabia niespodziewanie przyjmuje jako policzek wymierzony jego uwodzicielskim talentom. Stawia sobie poprzeczkę znacznie wyżej: postanawia uwieść cnotliwą, bogobojną i zamężną panią de Tourvel (Michelle Pfeiffer). Jej nieskazitelna reputacja stanowi nie lada wyzwanie dla Valmonta. Markiza, nie wierząc w powodzenie tej misji, zgadza się na zakład – nagrodą dla Valmonta ma być ostatnia noc spędzona z markizą de Merteuil.

W przypadku tego filmu niezmiernie ważne jest, by zacząć go oglądać od samego początku. Nie wolno parzyć herbaty czy kończyć rozdziału książki w czasie początkowych napisów. Pierwsza scena filmu – poranna toaleta markizy i wicehrabiego – jest symboliczna. Widzimy, jak nakładają na siebie wszystkie te peruki, pudry, róże, gorsety… Wymowa jest prosta: wszelkie uczucia i emocje zostały schowane pod maską. Rozpoczyna się gra pozorów.

Markiza ma już za sobą pierwszą młodość, ale wciąż święci triumfy na polu alkowianych podbojów. Jak to się stało, że dotąd jej reputacja pozostała nietknięta? Nauczyła się sterować mężczyznami, a wszelkie ciepłe uczucia odłożyła na bok. Znamienne są jej słowa, wypowiedziane do Valmonta:

I’ve always known I was born to dominate your sex and revenge my own. *

Markiza de Merteuil jest okrutną intrygantką, gotową uczynić wszystko, by dopiąć swego. Nie zna litości dla nikogo... nawet dla siebie. Nie potrafi przyznać się, jak bardzo pragnie Valmonta. Ważniejsza jest władza i dominacja, której nie potrafi mu oddać. To ona musi pociągać za sznurki, nawet kosztem schowanych głęboko uczuć. A Glenn Close tak pięknie zagrała ukłucia zazdrości i stłumione cierpienie, gdy uchwyciła w spojrzeniu Valmonta rodzącą się miłość do pani de Tourvel...

A Valmont? No cóż, kolejny antybohater, który mnie uwiódł. Obarczyć za to winą (!) mogę tylko i wyłącznie Johna Malkovicha, którego dzikie i bezczelne spojrzenia sprawiły, że miałabym nogi z waty, gdyby nie to, że siedziałam na kanapie. Wirtuozeria, z jaką Malkovich zagrał bezwzględnego wicehrabiego, który na śniadanie pożerał niewinne, niewieście serca, oblizując się przy tym smakowicie, wprawia mnie w zakłopotanie. A sposób, w jaki manipulował słowami… Niebezpieczna, ale godna podziwu sztuka.
Dla mnie pozostaje zagadką: czy Valmont był w ogóle zdolny do głębszych uczuć? Czy kochał, ale skrywał uczucia pod maską ? Czy dopiero pani de Tourvel po raz pierwszy wznieciła płomień?
W ogóle kwestia reputacji w XVIII w. była śmieszną sprawą. Damy zabiegały o reputację nietkniętej damy, a Valmont martwił się z kolei o reputację najlepszego kochanka.
A czy dziś ktoś jeszcze pamięta, czym jest reputacja?

Czytałam, że w 1988 r. Niebezpieczne związki przegrały wyścig o Oskara z Rain Man. No nie wiem… Ale to pewnie kwestia przesłania. Nominowane były również Glenn Close i Michelle Pfeiffer. A Malkovich – nie. Wygląda na to, że naprawdę się nie znam…
------------
* Zawsze wiedziałam, że urodziłam się po to, by zdominować waszą płeć, a zemścić się na mojej (tłum. Inez)

Moja ocena: 6/6

__________________________________________________
Widziałam Avatara. Piękny wizualnie, wtórny treściowo, a przez chwilę nawet zawstydziłam się, że jestem człowiekiem… Nie żałuję czasu spędzonego w kinie, ale recenzji nie chce mi się pisać:)

czwartek, 14 stycznia 2010

O ciasnocie umysłu i ustach splamionych wiśnią



Jack London, Martin Eden
London, J., „Martin Eden”, Polskie Media Amer.com SA, Warszawa
s: 414

Powieść Martin Eden przeczytałam kolejny raz po to, żeby potwierdzić jej wielkość lub strącić ją na zawsze z piedestału. Swój debiut w moim sercu miała ponad dziesięć lat temu, więc spojrzałam na nią okiem świeżym i niepewnym. Jest to jedna z tych książek, którą przez wiele lat nosiłam w swojej świadomości jako dzieło wielkie. Wywarła ona znaczny wpływ na moje życie i nie pozostała obojętna na moje życiowe wybory. Jest to również powieść, której zakończenie, jak żadnej innej, przez tyle lat pulsuje w mojej głowie jak nieznośna zapowiedź migreny.

Akcja powieści zakotwiczona jest na początku XX w. w zachodniej części Stanów Zjednoczonych (Oakland). Przedstawia losy prostego marynarza, który w szale niepohamowanej miłości postanowił wspiąć się na szczyt drabiny społecznej. Jego celem życiowym stało się przedarcie do wyższych sfer, a tym samym, okazanie się godnym kobiety z jego snów, Ruth Morse, wywodzącej się z tego obcego dla niego świata. Martin nakreślił w swojej głowie wyidealizowany portret kobiety, która w rzeczywistości była zimna, ograniczona i niezdolna do spojrzenia dalej niż czubek własnego nosa. Na początku jego miłość wydaje się zbyt sentymentalna i naiwna, a przez to irytująca. Autor przedstawia Martina jako mężczyznę doświadczonego, którego walory fizyczne żadnej kobiecie nie pozwalają pozostać obojętną, więc jego początkowe relacje z Ruth pozbawione większej namiętności trochę mnie zawiodły. Ale takie to były czasy… Bezgranicznie urzekł mnie dopiero moment, w którym Martin po raz pierwszy zwlókł Ruth z firmamentu, obserwując ją podczas… jedzenia wiśni:

(...) serce uderzyło mu potężnie, kusząc do rozpoczęcia gry miłosnej z kobietą, która przestała być duchem z zaświatów, a stała się tą, której wargi może splamić wiśnia [s. 102].

Potem niestety panna Morse spadała już tylko coraz niżej. A Martin dokonał rzeczy niemożliwych. Mając jasno wytyczony cel, osiągał nieprawdopodobne rezultaty. Pochłaniał takie ilości książek, że wkrótce znacznie zaczął przewyższać swoich wielkich przyjaciół – inteligencją, otwartością umysłu i wrażliwością na piękno. Ciągle jednak nie mógł sprostać wymogom Ruth i jej rodziny, gdyż nie miał najmniejszego zamiaru spętać swojej nieposkromionej indywidualności. Do końca nie dał się wcisnąć w sztywne ramy narzucane mu przez „lepszą” część społeczeństwa.

Krytycy literaccy dopatrują się w tej powieści wielu wątków autobiograficznych: miejsce akcji, pasje głównego bohatera, droga do kariery, jak również niespodziewana śmierć pisarza kilka lat po wydaniu Martina Edena. Możliwe, że Jack London przelał na karty powieści cały swój żal i rozczarowanie społeczeństwem. Możliwe, że przepowiedział swoją samobójczą śmierć. Tego nie wiemy. Ale z całą pewnością nie może umknąć uwadze gorycz i kompletny brak wiary w ludzi wyzierające między wersami powieści. Dla mnie to była najstraszliwsza prawda! Należę raczej do skrajnych optymistek i moja wiara w ludzi bywa czasami naprawdę niepoprawna, dlatego z wielkim bólem obserwowałam porażkę Martina. Człowiek, który tak bardzo kochał życie, mimo wszystkich jego wad; człowiek, który ostatecznie mógł mieć wszystko, czego zapragnął, nagle ujrzał bezsens swoich pragnień. Przerazili go ludzie, którzy w dniu sukcesu otoczyli go ciasnym wianuszkiem. Ich ograniczone umysły, które nie potrafiły i nie chciały uwolnić się z więzów stworzyły obraz Martina fałszywy i złudny. Tak wiele chciał im dać, a tak mało otrzymał w zamian. Dzieło Londona nie jest powieścią o miłości do kobiety. To była tylko mrzonka, nic nieznaczące zauroczenie. To powieść o miłości do życia. Miłości zdradzonej.

Dla mnie jest to niezmiennie dzieło najwyższych lotów z wciąż aktualną przestrogą:

Ludzie, nie spieszcie się z realizacją marzeń!

Moja ocena: 5/6

niedziela, 10 stycznia 2010

Nie taki diabeł straszny




Parnassus. Człowiek, który oszukał diabła
(oryg. Imaginarium of Doctor Parnassus), 2009
reż. Terry Gilliam

Jako że w ostatnim czasie nie udało mi się spłodzić żadnej recenzji książkowej, postanowiłam podzielić się swoimi wrażeniami z filmu, który wczoraj obejrzałam. Niesprzyjające warunki pogodowe sprawiły, że wyściubienie nosa z domu okazało się nie lada wyzwaniem, więc miałam ogromną nadzieję, że wspaniałe widowisko zrekompensuje trudy wyprawy. Poza tym czekałam na ten film od dawna, praktycznie od momentu, kiedy w swój świat chaosu i opętania wciągnął mnie Joker grany przez Heatha Ledgera, który godnie zastąpił samego Jacka Nicholsona. Moje oczekiwania osiągnęły niebezpieczne rozmiary i czekałam na ten film z lekkim drżeniem i niepokojem w sercu. Niestety chodzenie do kina w takim stanie powinno być surowo zabronione. Im mniejsze oczekiwania, tym mniejsze rozczarowanie lub większy zachwyt.

Tytułowe imaginarium to widowisko, podczas którego, ludzie mogą wędrować po wszystkich zakamarkach swojej wyobraźni, urzeczywistniając swoje najskrytsze pragnienia. Takiej podróży po własnej podświadomości można było zaznać, biorąc udział w przedstawieniu organizowanym przez wędrowny teatr, któremu przewodzi doktor Parnassus w towarzystwie swojej córki Valentiny, podkochującego się w niej Antona i karła Percy’ego. W tajemniczych okolicznościach dołącza do nich również Tony (Ledger), który przewróci cały ich świat do góry nogami. Czytałam gdzieś, że jego postać była wzorowana poniekąd na postaci byłego premiera Tony’ego Blaira, który zwykł wygadywać najbardziej nieprawdopodobne rzeczy, a później sam w nie wierzył. Z kolei Parnassus to człowiek, który dawno, dawno temu zawarł pakt z diabłem, dzięki czemu otrzymał nieśmiertelność i możliwość tworzenia swojego wspaniałego imaginarium. Niestety w końcu, jak to w życiu bywa, nadszedł czas spłacenia długu. Historia stara jak świat, ale z ogromnym potencjałem.

Cóż mogę powiedzieć? Mimo szczerych chęci film nie zrobił na mnie wrażenia i mogę zaliczyć go jedynie do przeciętnych. Wiele scen na pewno jest godnych uwagi poprzez swoje nawiązania do Latającego Cyrku Monty Pythona, którego Terry Gilliam był członkiem, ale film jako całość okazał się dla mnie zupełnie nieprzekonujący. Największe wrażenie wywarł na mnie Tom Waits w roli Pana Nicka (Diabła). W ogóle sama postać została ciekawie pomyślana, bo czego by nie powiedzieć o Diable, w filmie Gilliama na pewno nie była to postać negatywna. Mr Nick był przebiegły, ironiczny, irytujący, ale zło nie było jego domeną. Uwielbiał hazard i cały czas był gotowy kupczyć duszami ludzkimi. Podoba mi się wizja, że człowiek zawsze sam skłania się ku Diabłu, dokonując konkretnego wyboru. Człowiek za każdym razem ma dwie drogi, zawsze może wybrać między złem a dobrem, a tak często dobrowolnie zmierza ku Diabłu. Podobał mi się również motyw niekończącej się opowieści, która wprawia w ruch motor wszechświata. Opowieść musi trwać, żeby świat istniał. Co się stanie, gdy opowieść zostanie przerwana? Zobaczcie sami…

Nie chcę pisać o aktorach. Wiadomo, że niespodziewana śmierć Heatha pokrzyżowała plany reżysera i konieczne było dodanie nowych nazwisk do obsady, jeśli film miał pojawić się na ekranach. Myślę, że pomysł wprowadzenia pojęcia alter ego do filmu o potędze wyobraźni to rozwiązanie całkiem zręczne. Najbardziej zdumiałam się, gdy dopiero po kilku chwilach zorientowałam się, że Heatha Ledgera zastąpił już Johnny Depp! Dosłownie przeniknął w jego skórę… Sztuczka się udała.

No i zabrakło mi powalającej muzyki. Szkoda.

Heatha Ledgera zapamiętam jednak głównie z powodu dwóch ról: Ennisa z Tajemnicy Brokeback Mountain i Jokera z Mrocznego rycerza (film, który warto zobaczyć głównie dla jego roli, nawet, jeśli ktoś nie jest wielkim fanem przygód Batmana). Zobaczcie, jak Joker wciela w życie swoją mroczną filozofię świata pogrążonego w chaosie, gdzie dobro dopełnia zło, tworząc całość.

A Parnassus? Niby piękna opowieść, ale zabrakło jej szczypty magii. A w filmie o potędze wyobraźni, to niewybaczalne...

Moja ocena: 4,5/6

wtorek, 5 stycznia 2010

Gdy umiera dziecko


Ja
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
(1891-1945)


Było raz dziecko zabawne i tłuste. Umarło. Nie ma go nigdzie.
Biegało po domu, krzyczało. Są jeszcze jego fotografie w salonie.
Aż śmiać się i istnieć przestało, i nikt się nie zdziwił tej krzywdzie,
choć było tak kochane i rozpieszczone.

Gdy z domu powoli znikało, obyło się jakoś bez płaczu i pisku.
Zabawki, sukienki, niepotrzebne pamiątki zalegają poddasze.
Mama nieraz i do późnej nocy czuwała nad jego kołyską,
a jednak dzisiaj, gdy je wspomina nie płacze.

Nazywało się tak jak ja, więc wszyscy myślą, że ja to ono,
i nie usypali mu gróbka, choćby takiego jak kopiec kreta.
Toteż płacze nocami w kominie, że je zapomniano, zgubiono,
że miejsce jego zajęła jakaś niedobra kobieta...


"Różowa magia", 1924


Maria Pawlikowska-Jasnorzewska jest poetką moich lat szczenięcych. Pamiętam, spotkałam jej poezję gdzieś po drodze ze szkoły do domu, w którym moje wołania o miłość odbijały się o ściany jak piłeczka pingpongowa... Tak przynajmniej sobie wmówiłam. Tak sobie na pewno wmawia co druga zbuntowana i szczęśliwa w swoim nieszczęściu nastolatka. Dobrze jest znaleźć w takich chwilach sprzymierzeńca, choćby bezgłośnego, na kartach tomiku poezji... Pamiętam te niespodziewane uderzenia gorąca, gdy, czytając któryś z liryków Pawlikowskiej, wydawało mi się, że ktoś przejrzał moją duszę na wskroś. Świetna terapia.

Dziś, po latach, gdy z rzewnością wspominam swoją bezcelową walkę z sobą i z całym światem, poezja Pawlikowskiej dokładnie odtwarza stany, uczucia, emocje i frustracje, które towarzyszyły mi w tamtym czasie.

Wiersz Ja jest dla mnie trenem opłakującym stracone na zawsze dzieciństwo. Niby każde dziecko przebiera się w fatałaszki mamy, bo chce dorosnąć tu i teraz, a gdy tylko przekroczy ten próg, już patrzy, jakby tu zawrócić... Czasami łudzę się, że tak naprawdę nic się nie zmieniło, że ciągle jestem małą dziewczynką, nikt ode mnie niczego nie oczekuje i jak trzeba, pogładzi tylko po włosach, a ja, gdy mi się zachce, mogę schować się pod kołdrą, odcinając się od całego świata. Myślę, że gdzieś głęboko w sobie schowałam to małe i naiwne dziecko, które czasem tupie nóżkami, kiedy indziej rozśmiesza do łez, a jeszcze innym razem daje prztyczka w nos, gdy się nabzdyczę...

Bo ja niedobra kobieta jestem.

sobota, 2 stycznia 2010

Naprawdę się zapomniałam...



Charlotte Brontё, Dziwne losy Jane Eyre
Brontё, Ch., „Jane Eyre”, Penguin Books, Harmondsworth 1994
s: 447

Czasami na naszej drodze spotykamy książki, które nie pozwalają odłożyć się na długo. Są to książki, które kuszą nas swoimi pożółkłymi stronicami, chociaż są nowe; książki, które każą się przewracać strona po stronie, chociaż ich zakończenie jest do bólu przewidywalne; książki, które wywołują wciąż nowe i żywe emocje, chociaż przefiltrowały je już miliony czytelników. Ja spotkałam taką książkę u schyłku minionego roku i zapomniałam się zupełnie. Mój zegar odmierzający dzień i noc poplątał wskazówki, przez co zaniedbałam parę obowiązków i osób (szczególnie jedną, przepraszam, Kochanie...). Ale pewnie doskonale znacie to uczucie, kiedy nie chce się odrywać od czytania ani na chwilę, ale równocześnie ostatnia strona straszy zakończeniem opowieści… Taki mały dylemat czytelniczy.

Myślę, że losy Jane Eyre nie do końca były takie dziwne. Były raczej skonstruowane wokół sprawdzonego schematu: miłość natrafia na przeszkody, a dobro i prawda ostatecznie zwyciężają. Jednak to, co odróżnia tę XIX-wieczną powieść od popularnych harlequinów to magiczny świat słów wyczarowany piórem Charlotte Brontё. Świat i portrety, które nakreśliła w swojej powieści są barwne i wielowymiarowe. Jane to nie blada, chorowita i skłonna do omdleń ślicznotka, ale silna, pewna swoich osądów i gotowa walczyć o swój honor do upadłego… brzydula. Dzięki Brontё wiemy dokładnie, co kłębi się w główce Jane, jakie targają nią uczucia. No i Pan Rochester. Nie jest on typowym amantem: mało urodziwy, ponury, mrukliwy i do tego skrywający straszną tajemnicę. Chociaż już dawno mam za sobą okres szczenięcych zauroczeń, uwielbiam męskich bohaterów, którzy nie do końca są perfekcyjni: Rhett Butler, Heathcliff, a teraz Edward Rochester. Jednemu brakuje urody, inny to krętacz, a jeszcze inny zaprzedał duszę diabłu. Ale każdy z nich kochał miłością tak wielką i szaloną, jaką chciałaby być kochana każda kobieta. Nie zaprzeczajcie, drogie panie... Bez rozumu, bez opamiętania, dumnie i zgubnie.

Czy widzę coś z siebie w głównej bohaterce? Jane była sierotą bez urody i grosza przy duszy, uzależniona od dobrej woli innych ludzi, do tego obdarzona dość niepokornym charakterkiem i silną potrzebą postępowania zgodnie z sumieniem. Wielu wyborów Jane nigdy bym nie poparła: no bo jak można porzucić miłość w potrzebie, nawet gdy moralność trochę pogubiła się po drodze? Przecież nie wszystko w życiu jest białe albo czarne. Jak często musimy wybierać między różnymi odcieniami dobra i prawdy? Jane Eyre widziała świat w dwóch kolorach. To nie ja.

Może niektórzy się zdziwią, że Dziwne losy Jane Eyre wywołały takie wypieki na mojej twarzy, ale jestem wielką miłośniczką XIX-wiecznej literatury angielskiej. Dla mnie ten wiktoriański świat zimnych konwenansów i tłumionych emocji to prawdziwa kraina zapomnienia. Nic tak nie działa na moją wyobraźnię jak buzujące pod gorsetami i surdutami namiętności, które zawsze eksplodują - bądź to miłością, bądź nienawiścią. Bo wszystko jest tam białe albo czarne.

Taka ze mnie niepoprawna romantyczka…

Moja ocena: 6/6