środa, 25 listopada 2009

Czekając na koniec


Ildefonso Falcones, Katedra w Barcelonie
Falcones, I., „Katedra w Barcelonie”, Wyd. Albatros A.Kuryłowicz, Warszawa 2008
tłum: Magdalena Płachta
s:700

Sięgając po tę powieść, niestety miałam zbyt wielkie oczekiwania. Nie wiem, kiedy się w końcu nauczę, że słowo "bestseller" bynajmniej nie zawsze jest gwarancją dobrej uczty literackiej. Ale gdy się tak błąkam wśród księgarskich półek, często daję się złapać na tanie chwyty marketingowe. O tym, jak sromotnie się nabrałam i tym razem, przekonało mnie już pierwsze dziesięć stron, a (o zgrozo!) czekało mnie kolejne sześćset dziewięćdziesiąt! Ale jako że nie nawykłam do porzucania niedokończonej lektury, również Katedrę w Barcelonie doczytałam do ostatniej strony.

Książka aspirująca do miana powieści historycznej opisuje losy Arnaua Estanyola, potomka wyzwolonego chłopa pańszczyźnianego, na tle barwnych wydarzeń umiejscowionych w XIV-wiecznej Barcelonie. Najpierw obserwujemy zmagania ojca Arnaua, którego celem życia było zapewnienie synowi wolności. Później widzimy, jak Arnau zdobywa kolejne szczeble na drabinie społecznej, rozkochując w sobie co rusz to nową niewiastę. A wszystko to dzięki swojemu dobremu sercu i dobrej woli innych ludzi. Przez to powieść jest trochę naiwna. Czy w średniowieczu ludzie naprawdę odczuwali tak silną potrzebę czynienia dobra, która nie była wymuszona strachem przed karzącym obliczem kościoła chrześcijańskiego? Możliwe, że Ildefonso Falcones zamierzał napisać baśń: postacie są płaskie, biało-czarne, brakuje im wyrazistych rysów psychologicznych. Złe postacie to te bogate, dobre – to te biedne. A dobro zwycięża. Nic nie zaskakuje.

A co mnie zniechęciło już po pierwszych stronach? Przede wszystkim język, jakim napisana jest Katedra w Barcelonie. Z doświadczenia wiem, że część winy zawsze ponosi tłumacz, ale myślę, że nie można przesadzać. Pisarz posługuje się językiem prostym i mało obrazowym. Stosowane przez niego niedopowiedzenia zupełnie nie skłaniają do refleksji, a denerwują. Dialogi są mało dynamiczne i przypominają raczej rozmowy między współczesnymi ludźmi, mimo nieporadnych wtrętów historycznych. Generalnie autorowi nie udał się zabieg dyskretnego scalenia historii z fikcją literacką. Jeśli sześcioletni chłopiec wyczerpująco opowiada drugiemu o zwyczaju zbierania się pospolitego ruszenia w obronie mieszkańca miasta, którego prawa zostały pogwałcone, dla mnie brzmi to trochę nieautentycznie.

Jednak mimo wszystko czas poświęcony tej powieści nie do końca uznaję za stracony. Duży plus stawiam autorowi za interesujący opis zwyczajów i praw panujących w czternastowiecznej stolicy Katalonii. Autor spędził wiele czasu na badaniu tego skrawka historii i myślę, że udało mu się dotrzeć do całkiem ciekawych zagadnień, które przynajmniej dla mnie były dotąd owiane tajemnicą, a do których na pewno nie trafiłabym, gdyby nie znalazły się na kartach powieści. Ale chyba nie polecam.

Moja ocena: 3/6

wtorek, 24 listopada 2009

Świat według człowieka


John Irving, Świat według Garpa
Irving, J., „The World According to Garp”, Wyd. Black Swan, Londyn 1999
s:570

Świat według Garpa to książka, wobec której nie można pozostać obojętnym. Z całą pewnością nie połyka się jej za jednym razem, gdyż spowodowałaby poważną niestrawność, ale nie pozwala odłożyć się na zbyt długo. Kolejne historie i przypadki przedstawione w powieści wzbudziły we mnie refleksję: czy również mnie w prawdziwym świecie mogłoby spotkać to samo? Życie Garpa wydaje się tak nieprawdopodobne, a jednak przedstawione jest w tak przekonujący i bezpośredni sposób, że wszystkie obawy głównego bohatera pozostawiły mnie rozedrganą. W czasie lektury zastanawiałam się czasem: śmiać się czy płakać. Gorycz chyba jednak częściej przeważała nad śmiechem.

John Irving w swojej powieści rysuje portret człowieka, który od początku swojego istnienia skazany jest na inność (wyjątkowość?). Sposób, w jaki został poczęty, miejsce, w którym się wychował, ludzie, którymi był otoczony – wszystko to nie pozostało bez wpływu na jego życie. Obdarzony niezwykłą wyobraźnią i talentem postanowił zostać pisarzem. Zabawnym i uroczym wydaje się bodziec, który pomógł mu w podjęciu tej życiowej decyzji, zważywszy że ostatecznie okazuje się pisarzem całkiem dobrym, chęć zaimponowania kobiecie, którą pragnął poślubić. Smutne z kolei jest to, że swoje najlepsze dzieło (zaledwie opowiadanie) stworzył na początku kariery pisarskiej, a kolejne, które mogło dorównać pierwszemu zostało brutalnie przerwane jego śmiercią. Pomyślałam sobie wówczas, że może niekoniecznie dobrym pomysłem jest odkładanie dobrych pomysłów na później, chociaż do tej pory lubiłam swoje lenistwo usprawiedliwiać powiedzonkiem Scarlett O’Hary: pomyślę o tym jutro… Ale powieść Irvinga przypomniała mi o nieubłaganie upływającym czasie i o tych niemiłych niespodziankach, które los może trzymać dla nas w zanadrzu.

Świat według Garpa to nie tylko powieść o pisarzu. To powieść o człowieku, który w poszukiwaniu szczęścia krzywdził tych, których kochał najbardziej. To powieść o ojcu, którego strach o dzieci paraliżował i zmuszał do podejmowania działań nierozsądnych i wbrew logice. To powieść o mężczyźnie, którego pożądanie kilkakrotnie zwiodło na manowce i doprowadziło do tragedii.

Powieść z pewnością nie należy do tych najłatwiejszych, ale mimo iż przepełniona goryczą niesie z sobą nadzieję. Polecam ją wszystkim tym, dla których tak jak i dla mnie w literaturze najważniejszy jest człowiek. Człowiek ze swoimi słabościami i ułomnościami, który z całych sił próbuje przeciwstawić się mocy śmierci. Człowiek, który nieustannie próbuje utrzymać się na karuzeli wszechświata.

Moja ocena: 5/6